english version
Hasła biblijne na dzisiaj Ukryj hasła biblijne

Występy w Olsztynie i Węgrowie

14.48 sms o treści: „Dopiero z Cieszyna.” Pierwszą reakcją była myśl: „Nieźle! Sam początek, a już są opóźnienia”, ale zaraz potem: „Przecież jesteśmy artystami! A prawdziwi artyści nigdy nie są na czas!”

I tak zaczęła się dla mnie cała przygoda – wyprawa klaunów do Olsztyna  i Węgrowa. Zgodnie z planem wysłanym parę dni wcześniej, mieliśmy wyruszyć o 14.00 spod CME, a o ok. 15.00 spod mojego domu niedaleko Pszczyny. My, czyli Ula vel. Serduszka, Madzia vel. Kropka, Arnold tu w roli kierowcy i ja, poleciliśmy wszystko Bogu i wyjechaliśmy ze Śląska, by po drodze w Warszawie zabrać ze sobą Dorotkę vel. Tabi, ale najpierw u niej przenocować.
Następnego dnia wczesnym rankiem, oj bardzo wczesnym, mieliśmy zaplanowany wyjazd z Warszawy. W tym wypadku wszystko poszło planowo, bo o 6.00 udało nam się ruszyć w dalszą drogę. Pokonując trudne warunki na drodze, dzięki Bogu, udało nam się dotrzeć na wyznaczone miejsce –  stacja benzynowa po drugiej stronie Olsztyna, na której mieliśmy poznać tajemniczą panią Małgosię. W drodze Ula opowiedziała nam o niej. Pani Małgosia jest pozytywnie „zakręconą” osobą, która, kiedy usłyszała w radiu wywiad z klaunami, postanowiła nas znaleźć i zaprosić na akcję „Gwiazdkowa Niespodzianka” organizowaną przez jej zbór.
Tak więc poznaliśmy panią Małgosię i jej męża, którzy zawieźli nas do swojego domu; do domu w wiosce, która znajduje się na końcu świata (jak większość małych wiosek na Mazurach) - oddalona od drogi głównej gęstymi lasami, kilkoma innymi wioskami i paroma kilometrami nieodśnieżonej drogi. Dom tak, jak jego właściciele, okazał się ciepłym, gościnnym i radosnym miejscem. Mieliśmy parę chwil na bliższe poznanie Małgosi i jej rodziny, odpoczynek i oczywiście próby do czekających nas występów. W trakcie prób dołączyli do nas Wiola vel. Fumpel i Ariel vel. Włóczykij, którzy mieszkają stosunkowo blisko Olsztyna, więc zostali wezwani do pomocy przy występach.

Pierwszym miejscem, gdzie mieliśmy występować, była świetlica środowiskowa w Olsztynie. Dla biednych dzieci przygotowano paczki i przy okazji organizatorzy, czyli Chrześcijańska Misja Pomocy Ludziom Uzależnionym "Nowa Nadzieja", postanowili „przemycić” Ewangelię, w postaci konkursu „Jaka to kolęda,” dołączonych do każdej paczki książeczek, no i oczywiście w postaci chrześcijańskich klaunów.

Potem był występ na nabożeństwie w Kościele Chrystusowym. Okazało się, że byliśmy wielką niespodzianką dla dzieci w każdym wieku, którzy sądząc po reakcjach świetnie się bawili i dostali sporą dawkę Ewangelii do przemyślenia.

Późnym wieczorem wróciliśmy do domu Małgosi, gdzie mieliśmy przenocować. Wszyscy odczuwaliśmy zmęczenie, które było dla nas dobrą oznaką, że daliśmy z siebie wszystko.
Jednak następnego dnia czekało nas zdecydowanie trudniejsze zadanie: od 9.00 rano wizyta w salach i występ dla pacjentów Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego w Olsztynie. Trudności było wiele: była to pierwsza akcja „Gwiazdkowej Niespodzianki” w tym szpitalu, wiedzieliśmy, że będziemy obserwowani nie tylko przez dyrekcję szpitala, ale i przez miejscową telewizję, ale najcięższa do zniesienia była świadomość, że będziemy w bardzo trudnym miejscu, gdzie nie możemy przewidzieć niczego: ani reakcji dzieci i ich rodziców, ani ogromu cierpienia i bólu, które czeka na każdym kroku. Nie mieliśmy wyjścia – powierzyliśmy wszystko Bogu i ruszyliśmy do pracy. Podzieliliśmy się na grupy, wchodziliśmy do każdej sali, dawaliśmy każdemu dziecku paczkę, próbowaliśmy (z różnym skutkiem) wywołać uśmiech na twarzy tych małych pacjentów i staraliśmy się pozwolić dzieciom i ich rodzicom choć na chwilę zapomnieć o przyczynach przebywania w tym miejscu. Potem zaplanowany był występ dla wszystkich, którzy byli w stanie przyjść do sali konferencyjnej. Staraliśmy się wywołać tyle salw śmiechu, ile się dało, podawaliśmy pacjentom pigułki śmiechu wymieszane ze sporą dawką Bożego Słowa. A potem, kiedy już nikt na nas nie patrzył wzdychaliśmy z ogromnego zmęczenia i współczucia. Wzdychaliśmy też do Pana prosząc o każde dziecko, które odwiedziliśmy.

Trochę później musieliśmy pożegnać się z Małgosią, jej rodziną, przyjaciółmi ze zboru, z Fumplem i Włóczykijem i ruszyć w dalszą drogę. Do Węgrowa dotarliśmy późnym wieczorem. Zmęczeni marzyliśmy tylko o łóżkach. Pocieszająca była świadomość, że tym razem możemy dłużej pospać, bo nabożeństwo, na które zostaliśmy zaproszeni zaczyna się o 10.00. Na nabożeństwie dla najmłodszych Tabi opowiedziała o trzech mędrcach, a równolegle na nabożeństwie dla tych starszych Ula opowiadała o naszej działalności.

O 12.30 wyruszyliśmy do miejscowego szpitala na oddział dla dzieci. Jeden oddział, to już nie to samo, co szpital, ale i tak czuliśmy ciężar zadania. Dzięki Bogu, w szpitalu nie było wiele dzieci. Lekarze i pielęgniarki tak się ucieszyli z naszej wizyty, że od razu powyprowadzali małych pacjentów na korytarz, gdzie starałyśmy się zaaplikować trochę śmiechu i Ewangelii. Po występie w szpitalu postanowiłyśmy odwiedzić na chwilkę mieszkańców domu opieki.
W byciu klaunem jedną z niesamowitych rzeczy jest możliwość obserwowania zmiany na twarzach ludzi. Szczególne wrażenie robią pojawiające się iskierki w oczach, w których chwilkę wcześniej gościł smutek. I tych widoków nie zapomnę ani z występów w szpitalach ani z tej krótkiej wizyty w domu opieki.

I to był przedostatni ostatni punkt na planie wyprawy. Ostatnim był powrót do domów. Dzięki Bogu wszyscy wróciliśmy cało i zdrowo. Na tym skończyła się nasza styczniowa przygoda. Ciekawe, kiedy Pan zabierze nas na następną?

Ruta vel. Stopka