"Ewangelik" 2003, nr 4, s. 96.
Felieton
Nieszczęście z tą diakonią!
Jak biskup Diecezji, ks. Tadeusz Szurman zaznaczył we "wstępniaku" do niniejszego zeszytu "Ewangelika", zeszyt ten w dużej mierze jest poświęcony diakonii i działaniom diakonijnym, czyli dobroczynnym. Tymczasem gromadząc i opracowując materiały do tego numeru stwierdziłem z pewnym zawstydzeniem, że tematyka ta jest mi dziwnie obca. Udzielając się przez lata aktywnie głównie na polu publicystyki, szczególnie historycznej, jak i w działaniach organizacyjnych, bez nadzwyczajnego trudu poszło mi zebranie materiałów
na przykład o naszym Kościele w mediach do "trójki" ("Ewangelik" 3/2003). Teraz natomiast stanąłem przed materią bardzo mi niezręczną. Nie dlatego, że niewiele o niej wiedziałem, ale że zawsze wyobrażałem sobie, że ta dziedzina aktywności nie jest dla mnie, że jak każdy ma inne "talenty", to mój jest ulokowany w innych dziedzinach.
Rzecz w tym , że - jak zauważył w tymże "wstępniaku" ksiądz biskup -
"bez diakonii Kościół nie jest Kościołem". Oczywiście, że wiedziałem o tym wcześniej, ale jakby bez zbytniego przekonania. A tu przyszło mi stanąć twarzą w twarz przed ludźmi takiego formatu i serca, że są w stanie przyjąć do swego domu obce dzieci na wychowanie między swoje (podczas gdy ja z własnymi nie bardzo sobie radzę), podejmują się ich wychowania, mimo
że prawdopodobnie są genetycznie obciążone patologią... Jak do tego przyrównywać napisanie książki, choćby i wymagającej lat pracy, czy wikłanie się w sprawy organizacyjne, nawet jeśli są trudne i bardzo potrzebne.
Jak to przymierzyć do pracy takich ludzi jak Jacek Pikuła, o którym piszemy w bieżącym numerze, czy Andrzej Olszewski, o którego wielkim zaangażowaniu w rodzinne domy dziecka pisaliśmy w numerze 2/2003.
Tymczasem... Gdy przechodzę przez dworzec PKP w Katowicach, to zawsze kilku cuchnących, często pijanych meneli zaczepia mnie o drobne. To tutaj normalne. Ja wtedy zdecydowanie odmawiam i sądzę, że robię słusznie. A Jacek Pikuła... sam do nich przychodzi z pomocą!
O wiele łatwiej jest brać udział w diakonii zrzucając na jej potrzeby ofiarę z tego, co zbywa. Nawet i wówczas, gdy trzeba sobie coś odjąć od ust. Ale zbliżyć się do zdegenerowanego człowieka, rozmawiać z nim, starać się go zrozumieć nawet gdy jego umysł przestaje pracować, a on sam tak okropnie śmierdzi? Mimo, że felietonowa forma zezwala na pewną przesadę, to teraz najzupełniej poważnie wyznaję, że jestem pełen największego podziwu dla ludzi, którzy potrafią znaleźć w sobie aż tyle miłości bliźniego, a której mnie niestety brakuje.
Jan Szturc