"Ewangelik" 2005, nr 3, s. 95-96.

Felieton

Czy nadchodzi wojna światów?



Niewielu z nas dotknęły one bezpośrednio, ale jesteśmy bombardowani przez prasę i telewizję informacjami o atakach terrorystycznych. Stały się one jednym z głównych tematów. Bo informacje te rzeczywiście na to zasługują. Samobójcze ataki islamistów to coś zupełnie innego niż walka, nawet nie przebierająca w środki, mająca na celu konkretne zadanie wywołania strachu w społeczeństwie by sterować nim tak, aby wymogło ono na swych rządzących spełnienie pewnych postulatów, na ogół politycznych i ekonomicznych, choć często chowanych pod przykrywka religijną. Walka ta często posługiwała się brutalnym terrorem na niewinnych, przypadkowych ludziach, tak robiła i robi IRA w Irlandii Północnej, EPA w Hiszpanii.
Ale teraz chodzi o coś inne-go. Zamachowcom w Nowym Jorku, Madrycie i Londynie nie chodziło bynajmniej o Irak, ale o jedno - by zabić jak naj-więcej wrogów. Zabić! To już wojna dwóch cywilizacji: świata "zachodniego" (Europa i Ameryka Północna), oraz świata muzułmańskiego. Spirala nienawiści nakręcana kolejnymi mordami i żądzą odwetu, może doprowadzić do najgorszego, do walki na śmierć i życie, w której jedna ze stron poniesie totalną klęskę.
Czyżby zajrzało nam w oczy widmo upadku naszej cywi-lizacji, kultury? Bo jesteśmy słabsi - jest nas mniej, jesteśmy ubezwłasnowolnieni zdo-byczami naszej cywilizacji, którymi tak się chlubimy: tolerancją, apoteozą wielokulturowości, poprawnością polityczną, przede wszystkim zaś brak nam jednego z najważniejszych czynników integrujących - religii, którą zepchnęliśmy z życia społecznego do głębi sumień. Jesteśmy słabsi. I choć wizja ta wydaje się jeszcze mało realna, ale kto wie, czy zaniedługo nie okaże się rzeczywistością. Nie będzie nas, naszej kultury, historii...
Czy jednak nie gotujemy sobie takiego losu już dzisiaj, i to własnymi rękami? Pospacerujmy ulicami większych miast europejskich, i to niekoniecznie po dzielnicach turystycznych. W Brukseli, Paryżu, Zurychu, większość ludzi mijanych na ulicy to nie biali - to Azjaci, Arabowie, Murzyni. Szczególnie wśród młodzieży proporcje są zatrważające. Oni nie zawsze asymilują się, często żyją z poczuciem krzywdy. Tak otwarte społeczeństwa europejskie są na wymarciu właśnie z powodu swej otwartości wynikającej ze szczytnych pobudek. Za kilkadziesiąt lat nawet bez zamachów terrorystycznych i wojen, kultura i historia tych krajów pójdzie w zapomnienie, pozostaną jedynie muzea, archiwa.
Czy idee wolnego świata, z tolerancją dla wszystkich i wszystkiego, wynoszeniem na ołtarz wszelkiej odmienności, uwidaczniane w wyśmiewanej już "poprawności politycznej", nie prowadzą do samounicestwienia? Być może nie, ale w obliczu zbliżającej się konfrontacji, i takie myśli mogą się pojawić. Czy nasz krąg cywilizacyjny, w którego potęgę tak niezachwianie wierzyliśmy, nie dokłada do swego panteonu ciągle nowych bożków? Czy poza pieniądzem i karierą - bo to już banał - nie są nimi tolerancja, otwartość?
Czy nie warto jednak wrócić do religii, a mówiąc całkiem wprost - do Boga? Tyle tylko, że Boga ludzie też sobie wybierają. Oby to był Bóg miłości i przebaczenia, ale jednocześnie obietnicy zbawienia i życia wiecznego. Bóg, o którym mówi Biblia.

Jan Szturc