"Ewangelik" 2005, nr 4, s. 112.
Felieton
Teraz... my!
Już za nami maraton wyborczy. Wszystko wygrał PiS braci Kaczyńskich, partia lewicowa, wręcz socjalistyczna w programie, ale za to światopoglądowo bardzo konserwatywna. Pod tym drugim względem szala politycznego wahadła przechyliła się mocno w prawo. Czy będzie to miało jakieś znaczenie dla społeczności ewangelickiej?
Raczej niewielkie, gdyż na nasze szczęście żyjemy już w kraju demokratycznym, w którym możemy rządzić się po swojemu. A fobie w społeczeństwie, które zawsze były i będą, i tak są niezależne od wyników wyborów. Można przypuszczać, że większość ewangelików głosowało na Donalda Tuska, choć nikt takich badań nie przeprowadził. Wskazuje na to wynik, który obiegł całą Polskę, że procentowo najwięcej - bo aż ponad 80% - Tusk zdobył w śląsko-cieszyńskiej Wiśle, gdzie żyje najbardziej zwarta społeczność ewangelicka w naszym kraju. Jest to zrozumiałe, ponieważ ewangelicy raczej unikają głosowania na kandydatów zbyt wyraźnie podczepiających się pod dominujący w Polsce Kościół. Niechby kandydat był z lewicy, nawet skrajnej prawicy, byle nie klerykał. To oczywiście wybór w sensie negatywnym: wybór mniejszego zła.
To, że wyniki wyborów dla naszego, ewangelickiego życia religijnego nie mają wyraźniejszego znaczenia, to dobrze świadczy o stanie demokracji w naszym kraju. Jest jednak i pewna ujemna strona takiej sytuacji. Otóż od kilkunastu lat brakuje nam rozgrzeszenia: że jako społeczność jesteśmy w takiej kondycji, w jakiej jesteśmy, bo niby są ograniczenia, naciski, nadzór, itd. To było wygodne, ale się skończyło, teraz sami odpowiadamy za siebie, za nasze zaniechania. W wolności jest trudniej, bo teraz jesteśmy już "tylko" pod naciskiem odpo-wiedzialności, która nie zawsze jest wygodna, bo jakże często przygniata...
Jan Szturc