"Ewangelik" 2006, nr 1, s. 112.
Felieton
Czy to już koniec czasów?
Ostatnio obserwujemy wiele anomalii i coraz częstsze ekstremalne zjawiska pogodowe. Ale również wiele tragicznych w skutkach katastrof, z których szczególnie wstrząsnęło światem tsunami w Azji. Łatwo byłoby powiedzieć, że są to znaki czasu oznajmiające, że ziemskie dzieje są bliskie dopełnieniu, ale wielokrotnie już w dziejach taką tezę ogłaszano - bezskutecznie. Pozostaje jednak pytanie, które mimo woli może się nasunąć: czy to aby nie już?
Zdaję sobie sprawę, iż pytanie to brzmi bardzo naiwnie. Chcemy bowiem wierzyć, że czasy dopełnią się same, czyli bez udziału Boga, na przykład przez wypalenie się naszego Słońca, co jednak jest niewyobrażalnie odległe, albo przez uderzenie asteroidy - tu jednak mamy pewne możliwości obrony. Bo taki koniec niesie dla nas osobiście mniejsze ryzyko, niż stanięcie twarzą w twarz przed Stwórcą.
Czy jednak nie zniszczymy się sami? Pomijając widmo wojny atomowej, coraz realniej wygląda groźba zmian klimatycznych wywołanych ocieplaniem klimatu z powodu naszej działalności. Długo zdawało się, że klimatolodzy goniąc za sensacją medialną przesadzają w swych wyliczeniach, bo lata mijały, a nic szczególnego się nie działo. Ale wygląda na to, że zdolność przyrody do samoregulacji wyczerpuje się. Że podobne anomalie temperaturowe, opadowe, mogą zdarzać się coraz częściej pociągając za sobą takie groźne zjawiska, jak powodzie, tornada, susze itd. Będą one zdarzać się coraz częściej i na większą skalę.
Wydaje się więc, że groźba - lub obietnica (!), zależnie od naszej wiary - "końca świata" zagląda nam w oczy coraz realniej. Ale czy perspektywa ta wiąże się z Sądem Ostatecznym? To już nie sprawa wiary, bo wówczas Sąd albo odbędzie się albo nie, bez względu na to, czy w niego wierzymy. W związku z tym pytanie, czy Koniec Świata nadejdzie "z zewnątrz", w formie "nadprzyrodzonej", czy sami go sprowokujemy, wydaje się mieć drugorzędne znaczenie...
Jan Szturc