"Ewangelik" 2006, nr 2, s. 115.

Felieton

Jak szatan podyktował „Kod Leonarda da Vinci” by zniszczyć chrześcijaństwo



Tak piorunujące wrażenie można odnieść z lektury prasy – ciągle ktoś nowy dołącza do potępiania. A tymczasem książka Dana Browna ma się dobrze, nawet znakomicie – jest kupowana, czytana, filmowana, organizowane są wycieczki śladami prof. Langdona.
Skąd jej tak fenomenalny sukces? Jest świetnie napisana, ale oczywiście nie to przesądziło. Zadecydował agresywny marketing Kościoła... rzymskokatolickiego. Trudno osądzić, na ile był on zamierzony, na ile zaś niektórzy hierarchowie chcieli zabłysnąć w blasku sławy książki publicznie wypowiadając co celniejsze opinie. Bo to one nakręciły emocje wokół powieści, a przecież owi hierarchowie świetnie wiedzą, że im głośniej o książce, tym bardziej będzie czytana.
Kościół lubi aurę tajemniczości, i to nie tylko ten rzymski. Kościół z natury jest Tajemnicą. Inna rzecz, że owa tajemnica bywa nadużywana do celów bynajmniej nie religijnych. I na tym Brown żeruje. Czy „Kod” szkodzi chrześcijaństwu? Nie sądzę. Nie drażni mnie naiwność czy absurdalność niektórych tez Browna, które są przecież fikcją wymyśloną na potrzeby powieści przygodowej. Szum wokół książki sprawił wprawdzie, że wielu w nią uwierzyło, ale w co ludzie nie wierzą? Z drugiej strony prowokuje jednak do świeższego spojrzenia na Wiarę.
Chrześcijaństwo po prawie dwóch tysiącach lat bycia w większości łatwo staje się rutyną, a zasady wiary banałami przyjmowanymi bezrefleksyjnie, by nie powiedzieć że bezmyślnie. Jeśli Brown, a raczej wrzawa wokół jego książki zmusi nas do zastanowienia się, choćby na krótko, w co tak naprawdę wierzymy – nic złego stąd nie wyniknie.

Jan Szturc