"Ewangelik" 2006, nr 3, s. 99.
Felieton
Kaznodzieja ewangelicki: czy autentyczny?
Dobry kaznodzieja musi być wiarygodny. Dziś, gdy rynek idei jest wolny, wygrywają ci, którzy przeżywają i wierzą w to, co mówią. Skończyły się czasy złotoustych kaznodziejów, wróciły czasy kaznodziejów autentycznych. Jeśli nie, z ust księży padają zdania ogólnie słuszne, ale nic nieznaczące. Ksiądz uciekając w żargon straci kontakt z wiernymi. A wierny jest żywym uczestnikiem dialogu, nie owieczką. Ale ksiądz próbujący na siłę unowocześnić swój przekaz wypada równie żałośnie. Furorę wśród mówców ewangelizacyjnych zrobiło słowo „niesamowity”. Dobrze, gdy na tym się kończy.
Przed polskim Kościołem ewangelickim wkraczającym w XXI wiek stoją dwie pokusy. Pierwsza, by wbrew zmieniającemu się światu okopać się w tradycjonalizmie. I druga – by nieustannie dogadzać zmieniającym się gustom swych wiernych. Jednak Kościół żywy nie może być ani muzeum dawnego obyczaju, ani producentem duchowych wideoklipów i „tokszołów”. Mimo to musi pamiętać, że wierny, który słucha kazania, przed chwilą jadąc do kościoła włączył w samochodzie głośną muzykę pop, zaś po powrocie do domu obejrzy talk show.
Wierni się zmienili – tak jak zmienił się otaczający ich świat. Żyją w pośpiechu, rozprasza ich coraz więcej spraw. I choć są lepiej niż kiedyś wykształceni, coraz trudniej im skupić uwagę na zawiłych kwestiach. Żeby więc prawda wiary do nich dotarła, musi zaatakować z większą siłą niż dawniej.
Księża na ogół są świadomi wyzwań nowych czasów i zdają sobie sprawę ze swej nieraz bezradności. Oni czekają na głosy rzetelnej krytyki od słuchaczy. Jednak blokuje dialog milczenie wiernych, którym nierzadko rola niemych owieczek bardzo przypada do gustu. Wygodniej jest obgadywać księdza za plecami, niż po nabożeństwie stanąć z nim do rzeczowej dyskusji.
Jan Szturc