"Ewangelik" 2008, nr 2, s. 33-43.
Dr hab. Tadeusz J. Zieliński
(Chrześcijańska Akademia Teologiczna, Warszawa)
Protestancka oferta dla Polski na początku XXI wieku
Wywody pod powyższym tytułem mogą być okazją do zmierzenia się ponownie z twierdzeniami, jakie pod tytułem Protestancka alternatywa
przedstawiłem na łamach pierwszego numeru „Myśli Protestanckiej” w 1997 roku. Miniona dekada to ponad połowa okresu istnienia III Rzeczypospolitej – wiele się w tym czasie w Polsce zmieniło, niemało się też zmieniło w rodzimym i światowym chrześcijaństwie.
Warto na nowo podjąć ten temat, bowiem żyjemy w Polsce w czasach – chyba to słowo nie na wyrost – dramatycznych. Bo kto by się spodziewał, że kilka lat po wkroczeniu w nowe millenium w naszym kraju frontalnie zakwestionowane zostaną wartości1, które przyświecały twórcom przełomu 1989 roku? Kto by się spodziewał, że mentalność ksenofobiczna wzorcowo uosabiana w PRL-u przez Władysława Gomułkę, znajdzie w Polsce naśladowców i gremialne poparcie wyborcze po wejściu do Unii Europejskiej? Kto by się wreszcie spodziewał, że po 25-letnim pontyfikacie życzliwego ludziom i otwartego na świat papieża Jana Pawła II, polski Kościół katolicki będzie sprzyjał strategii misyjnej ojca Tadeusza Rydzyka? Wszystko to ziściło się na naszych oczach i poważnie zagraża tym mieszkańcom naszego kraju, którzy wierzą w godność każdego bez wyjątku człowieka, w demokratyczny proces polityczny i pluralizm życia społecznego jako normę. A są to zarazem wartości, które po pięciu wiekach istnienia kultury ukształtowanej przez szeroką pojętą Reformację, kultywowane są przez główny społeczny nurt globalnego protestantyzmu.
Dlatego warto postawić pytanie o możliwości wkładu polskiego środowiska protestanckiego w rzeczywistość naszego kraju; wkładu, który dodatkowo potwierdzi rację naszego bytu. Innymi słowy: warto postawić pytanie, czy protestantyzm polski może być interesującą opcją dla mieszkańców naszego kraju?
Oferta religijna: religijność codzienności
Rozważania rozpoczniemy od namysłu nad propozycją, jaką Polsce może przynieść protestantyzm w sferze religijnej. Postawienie tej sprawy na pierwszym miejscu wiąże się z przekonaniem, iż swoje korzystne oddziaływanie w innych sferach ewangelicyzm zawdzięcza swym założeniom religijnym, wyraźnie zaznaczonym przez Reformację, i w dużym stopniu do dzisiejszego dnia nieprzedawnionym.
Należy jednak od razu zapytać, czy Polska, jeden z najbardziej religijnych krajów na świecie, ojczyzna najbardziej znanego w dziejach papieża, potrzebuje jeszcze jakiejkolwiek dodatkowej oferty religijnej? Czy w Polsce nie ma już wystarczająco dużo religii? Odpowiedź na to pytanie jest złożona.
Mam wrażenie, że religii w Polsce mamy już przesyt, że człowiek otwarty na życie we wszystkich jego wymiarach zasadnie może czuć się nadmiarem religii przytłoczony. Religijność polska w postaci, w jakiej jawi się w dniu dzisiejszym, przyjmuje coraz bardziej formy opresywne, przymuszające, natrętne. Staje się gorsetem nakładanym na ogół uczestników życia społecznego, bez baczenia, co na ten temat sądzi poszczególny człowiek w jego wyjątkowości, odrębności. Tytułem ilustracji podać można przykład organizowania w święto św. Krzysztofa przez policję drogową w Warszawie patroli złożonych z policjantów i księży katolickich, które w miejsce mandatów wręczały niektórym zatrzymanym kierowcom obrazki ze św. Krzysztofem i wzywały do modlitwy do owego patrona2. Drugi przykład również pochodzi ze Stolicy, gdzie Rada Miasta przyjęła statut z preambułą zawierającą odwołanie do Boga3. Poniżej podam dalsze przykłady owej opresywności wraz z sugestiami, co czynić, by przeciwdziałać nieznośnej instrumentalizacji religii w planie publicznym. Teraz chcę jednak zaznaczyć, iż owa natrętna religia bardzo często nie daje dojść do głosu religijności płynącej z przekonania, autentycznej, bo tej nie sposób wyobrazić sobie bez wolności wyboru, bez wolności sumienia.
Dominująca religijność, o której mówię, to oczywiście katolicyzm. Nie jest to jednak jedyne oblicze pobożności katolickiej. Są w Polsce znaczące kręgi katolików, którzy przeżywają religię głębiej niż proponuje to wiodąca część hierarchii kościelnej. Kręgi reprezentujące, nazwijmy to: „katolicyzm głębi”, znajdują się wszakże, co coraz mocniej widać, w wyraźnej mniejszości. Środowiska symbolizowane np. przez grono twórców świetnego „Tygodnika Powszechnego”, są coraz częściej i coraz śmielej karcone przez hierarchów. To pokazuje rozdźwięk między panującym obecnie katolicyzmem triumfalistycznym, który stopniowo rezygnuje z dobrodziejstw Soboru Watykańskiego II, a katolicyzmem w duchu Jana XXIII, który w znacznym stopniu – choć nie zawsze – był propagowany przez Papieża-Polaka. Wielu katolikom z tej ostatniej grupy coraz trudniej wyrażać zadowolenie z obecnych tendencji w Kościele polskim. Tym bardziej nie przystają na nie liczni wierni Kościoła katolickiego, zdolni do zajęcia w tej sprawie własnego stanowiska.
Coraz bardziej niepokojący stan polskiego katolicyzmu nie powinien być powodem satysfakcji chrześcijan innych konfesji. To się może przydarzyć niemal każdemu: integryzm potencjalnie zagraża różnym wspólnotom ludzkim, w tym i religijnym. Można by wiele pisać o fundamentalizmie protestanckim, na co brak tu miejsca (wskażę tylko trzy symboliczne miejsca: Południe USA, RPA i Irlandię Północną). Nie przedstawiam stanu katolicyzmu polskiego po to, by wywołać w polskich protestantach pragnienie nawracania rozczarowanych katolików do swoich trzód. Opisywana sytuacja powinna raczej rodzić ducha chrześcijańskiej solidarności, która wspiera partnera w czasie próby i wzmacnia go w tym, co w jego postawie dobre. Widoczny kryzys katolicyzmu polskiego, który nie dotyczy jego stanu posiadania statystycznego ani majątkowego, a jest raczej kryzysem etyczno-pobożnościowym, powinien wszakże być dla protestantów polskich sygnałem, jakich dróg należy unikać, a szczególnie jakich dróg Kościoły powinny się trzymać.
Protestantyzm ma pokaźne doświadczenia jeśli idzie o problem opresywnej, formalistycznej religijności. Od wystąpienia Lutra zaczynając, a na Sztuttgarckim wyznaniu winy kończąc (by wskazać tylko dwa punkty graniczne), zdecydowana większość protestantów różnych tradycji chyba nauczyła się, że 1) w sprawach wiary musi istnieć prymat sumienia, 2) wiary nie wolno ideologizować i wymierzać jej przeciwko komukolwiek, 3) Kościół nie może wykorzystywać władzy publicznej jako instrumentu w poddawaniu ludzi swemu władztwu. Czołowym problemem katolicyzmu polskiego dzisiejszej doby jest właśnie to, że przytłaczająca większość jego czynnych przedstawicieli uległa zasadniczo wszystkim tym trzem pokusom.
Tak duża liczba moich nawiązań do sytuacji w Kościele katolickim w Polsce bierze się stąd, iż katolicyzm polski wciąga w swoje sprawy
niemal całe polskie społeczeństwo, z członkami Kościołów protestanckich włącznie. Dlatego w tym kontekście trzeba mówić o zasadniczych aspektach religijności protestanckiej. Zasygnalizujmy je w trzech grupach:
1. Religijność codzienności. Przede wszystkim doświadczenia Marcina Lutra, jego anfechtungen, refleksja modlitewna i przywiązanie do Biblii, spowodowały, że protestantyzm osłabił akcentowanie w praktyce chrześcijańskiej religijności „od święta”, a położył nacisk na przeżywanie wiary w codzienności, w „prozie życia”. Dowartościował pojęcie „powołania” chrześcijańskiego i wskazał, że realizuje się je pośród wszystkich czynności, a nie tylko w trakcie publicznych celebracji religijnych. Nie zakwestionował oczywiście doniosłości kultu publicznego, ale podkreślał, że człowiek obcuje z Bogiem nie tylko uczestnicząc w rytach kościelnych, lecz także w innych fazach realizacji danego mu przez Boga losu. Przyjęcie protestanckich podpowiedzi w tej sprawie i niechęć do ostentacji może hamująco wpływać na praktykowanie takich mocno rozpowszechnionych w Polsce form religijności jak kult maryjny czy kult papieża. W Polsce, gdzie wielką wagę odgrywają rytualne manifestacje religijne, takie praktykowanie religii może otworzyć oczy wielu osób na głębsze przeżywanie wiary.
Zaznaczyć należy także rolę, jaką protestantyzm polski może spełnić akcentując doniosłość aktywnego udziału kobiet w kreowaniu rzeczywistości kościelnej. Angażowanie kobiet przez Kościoły z naszego kręgu na wszystkich szczeblach i we wszystkich aspektach życia wspólnotowego, jest jednoznacznym sygnałem ukazującym potrzebę silniejszej afirmacji kobiet w polskim życiu społecznym. W tym zakresie w naszym kraju jest dużo do zrobienia.
2. Religijność nieantagonistyczna. Każda forma religii ma pokusę absolutyzowania siebie. Religia jakby z definicji ma dostarczać wiążących odpowiedzi na ostateczne pytania. Stąd łatwość twierdzenia, iż tylko ta a nie inna forma religii, religijności daje pewne i niezrównane wskazówki. Jeśli tak się dzieje, to łatwo przyjąć postawę arogancką, a w konsekwencji antagonistyczną w stosunku do innych. W Polsce mamy szczególne problemy w tym zakresie. Naród historycznie rzecz biorąc źle zorganizowany i przekonany o swej wyjątkowości, otoczony bardziej przedsiębiorczymi sąsiadami, często padał ich ofiarą, walczył z nimi, przez co umacniał się w swej niechęci do otoczenia i stworzył własną ideologię nacjonalistyczną, kultywowaną zwłaszcza przez kręgi endeckie. Katolicyzm odegrał w tym doniosłą rolę. Rzecz jest skomplikowana i nie miejsce tu na bliższą jej eksplikację. Religijna baza ksenofobii Polaków została zakwestionowana przez natchnionych Soborem biskupów, zwłaszcza kardynałów Wyszyńskiego, Wojtyłę i Kominka, którzy dali temu dobitny wyraz w Orędziu biskupów polskich do biskupów niemieckich (1966). Jednak od końca lat 90. ksenofobia odżywa z dużą siłą na nowo: paradoksalnie ma wsparcie ze strony większości biskupów nominowanych przez Jana Pawła II, a i uzyskuje pewne impulsy z Rzymu, czego dowodem są ekskluzywistyczne deklaracje kardynała i papieża Ratzingera.
Protestantyzm czerpiąc ze swojego doświadczenia ekumenicznego może oferować Polsce impulsy do dialogu ludzi różnych wyznań, religii (zwłaszcza z pogardzanym tutaj judaizmem), narodowości i ras. Nie należy się przy tym zrażać ekumeniczną powściągliwością dzisiejszych przywódców polskiego katolicyzmu. Można się spodziewać, że dla ekumenizmu katolicko-protestanckiego w Polsce przyjdą jeszcze o wiele lepsze czasy. Trwając przy ośrodkowych prawdach wiary, pośród których znajduje się naśladowanie Jezusa z Nazaretu, Kościoły protestanckie mogą przejawiać postawę pokornego uczenia się od osób i wspólnot spoza ich tradycji. Przypomnę frazę biblijną: „Jedni drugich miejcie za wyższych od siebie”. Taki paradygmat ma znaczenie także dla wewnętrznego życia Kościołów, gdzie relacje międzyludzkie budowane będą na zasadzie partnerstwa, w tym i partnerstwa między świeckimi a duchownymi na zasadzie wykluczającej – typowy dla życia religijnego w Polsce – hierokratyzm.
3. Religijność „środków skromnych”. Upadek Polski Ludowej otworzył okres ostrożnych na początku, lecz teraz bardzo już stanowczych, eksperymentów związanych z wykorzystywaniem państwa – czyli „środków bogatych” – do realizacji ściśle religijnych celów Kościoła katolickiego. Wielu katolików, nie mówiąc już o innowiercach i osobach niewierzących, czuje się zmanipulowanych przez hierarchię katolicką współpracującą w tym zakresie z władzami publicznymi. Przymus religijny zdaje się – w odbiorze niemałej liczby osób – odzierać z autentyzmu akty religijne, do których się odnosi. Przykładowo, jak pokazuje to wiele publikacji prasowych, nauka religii w szkole, przyjmowana przez wiele dzieci z powodu presji społecznej, nie pełni tej funkcji, co katecheza prowadzona w punktach katechetycznych. Kościoły chroniące swe działania religijne przed opisanymi mechanizmami mogą stanowić jedną z oaz praktykowania wiary w sposób nieurzędowy. Oby tylko wola czynienia tego wynikała ze szczerego przeświadczenia, a nie z braku możliwości posługiwania się przywołanymi opresywnymi środkami.
Opisywane aspekty religijności protestanckiej stanowić mogą jakąś alternatywę dla dominujących postaci religii. Być może będzie to dla osób poszukujących takiego właśnie podejścia godna zaangażowania formuła przeżywania wiary. Nie jest konieczne agresywne pozyskiwanie chętnych. Wystarczy, że reprezentanci protestanckiej wersji chrystianizmu przeżywać będą swą wiarę porządnie.
Oferta społeczna: społeczeństwo inkluzywne
Rozważania zawarte w poprzedniej części dotyczyły propozycji o charakterze ściśle religijnym i przemawiających głównie do osób o silnych potrzebach religijnych. Teraz wypada przejść do protestanckich działań ad extra, które z jednej strony będą sposobem realizacji powołania społecznego tych środowisk, a z drugiej strony świadectwem i sygnałem dla osób ze świata nieprotestanckiego, by przyjmować inspiracje i wzorce bliskie m.in. protestantyzmowi, choć bez akceptowania religijnej oferty oferowanej przez Kościoły nawiązujące do Reformacji.
Szokujące jest to, że po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej, w Polsce zyskała szerokie poparcie wizja życia społecznego wyraźnie sprzeczna z filozofią leżącą u podstaw integracji europejskiej. Unia jest przecież zbudowana przede wszystkim na przekonaniu, iż źródłem dobrobytu społecznego jest możliwie szeroka współpraca i budowanie kompromisu między wszystkimi znajdującymi się w Unii narodowościami, grupami językowymi, światopoglądowymi, religijnymi, zawodowymi etc. Tymczasem w Polsce w latach 2005-2007 władzę przejęły trzy ugrupowania polityczne oparte na – bardziej lub mniej ukrytej – kontestacji węzłowych wartości Unii Europejskiej. Elektorat Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin w znacznej mierze podzielał to podejście, przez co możemy zobaczyć, jaka jest skala niechęci Polaków do założeń, które spajają cywilizację zachodnioeuropejską na przełomie XX
i XXI wieku. Można zaryzykować twierdzenie, że w tej sprawie Polska jest rozłupana chyba niemal dokładnie na pół.
W Unii Europejskiej sukces odnoszą kręgi społeczne o nastawieniu innowacyjnym, gotowe do uczenia się nowych rzeczy, do dialogu z innymi, gotowe do weryfikacji stereotypów, do odczarowywania rzeczywistości. Protestantyzm z wielu względów, chociażby z uwagi na fakt, iż u schyłku średniowiecza sam był rewolucją świadomości, może ułatwiać przyjmowanie takich postaw. W warunkach polskich, gdzie zaskakująco silna jest mentalność „oblężonej twierdzy”, potrzebne są grupy społeczne pomagające w praktyczny sposób (m.in. przez realizację projektów finansowanych przez UE) roztopić strach przed innością i nowością, by Polak miał odwagę korzystać z osiągnięć zjednoczonej Europy – poznawać ją i aplikować najlepsze jej rozwiązania w rodzimych warunkach. Należy jednak być w tej sprawie dobrej myśli: przeciwwagą dla grup konserwatywnych i wstecznych będzie ta część narażonej na ich hasła polskiej populacji, która pod wpływem braku perspektyw w kraju wyrusza na emigrację, poznaje dobrze radzące sobie pluralistyczne społeczeństwa Zachodu i ich doświadczenia będzie przenosić na grunt polski.
Mam wrażenie, że największym polskim problemem w omawianym zakresie jest ksenofobia. W minionych dwóch latach najmocniej podsycano ksenofobię antyniemiecką i antyrosyjską. Do ugruntowanej ksenofobii antyżydowskiej, która nie potrzebuje już podniet ze strony czynników państwowych, gdyż żyje własnym życiem, urzędowo kreuje się strach przed Niemcami i Rosjanami. Nie twierdzę, że Polska nie ma problemów na styku z obiema wymienionymi nacjami – z pewnością takowe są i trzeba je w sposób racjonalny rozwiązywać. Niedopuszczalne jest jednak zastępowanie twardych rozmów z zagranicznym partnerem prowadzących do ochrony interesów państwowych, szczuciem mitycznie jednolitego narodu polskiego na „odwiecznych wrogów”. Polak-ksenofob będzie w Europie nieporadny i niepełnosprawny, czym skazywać będzie swój kraj na trwanie w sytuacji zapyziałej prowincji. Co więcej, Polak-ksenofob, wobec nieuniknionego napływu do Polski ludności nie-europejskiej, fundować sobie będzie trudno usuwalne źródła konfliktów społecznych. Już teraz władze publiczne i społeczeństwo muszą być przygotowywane do przyjaznego i konstruktywnego integrowania w tkankę narodu naszych nowych współobywateli przybywających do nas w szczególności z szeroko pojętego Wschodu i świata arabskiego. Ekumeniczne i międzynarodowe doświadczenie protestantyzmu może być w tym względzie cennym czynnikiem wspomagającym.
Oferta z zakresu stosunków państwowo-religijnych: rozdział kościoła i państwa
Celowo tutaj odróżniam rozważania poświęcone życiu politycznemu od dotyczących życia społecznego. Rzecz jasna życie polityczne jest zarazem życiem społecznym. Jednakowoż nie wszyscy uczestnicy życia społecznego chcą angażować się – nawet jako obserwatorzy – w bieg spraw na scenie politycznej. Tutaj omówione zostaną kwestie właśnie z kręgu spraw natury politycznej, w ramach których protestanci, czując się odpowiedzialni za sprawy publiczne, mogą chcieć sprzyjać jakiejś wizji ułożenia wybranych zagadnień. Przez to mogą proponować lub wspierać alternatywę w stosunku do zapatrywań dominujących. Ze względu na rozległość tej tematyki dalszy wywód zostanie ograniczony do szerzej pojętej problematyki stosunków państwo – kościół. W warunkach polskich jest ona szczególnie doniosła, albowiem od ułożenia tych dwóch wielkości zależy – jak się okazuje – charakter państwa, w tym i sposób traktowania pojedynczego obywatela.
Na pierwszy plan pragnę wysunąć zagadnienie polskiej szkoły.
Polska szkoła publiczna, a w zasadzie już i szkoła i przedszkole, jest obecnie w olbrzymiej mierze instytucją o charakterze katolickim. Działa tak, jakby tylko na zasadzie odstępstwa od reguły dopuszczała za swoje podwoje dzieci niekatolickie. To za sprawą lekcji religii Kościół katolicki rozpoczął nasycanie publicznego systemu oświaty swoimi treściami konfesyjnymi. Duchowni i katecheci katoliccy pełnią w polskiej szkole w najgorszym razie rolę recenzentów, a najczęściej kreatorów ideowego charakteru tej utrzymywanej przez ogół podatników instytucji. Szybko wypełnili oni lukę po decydentach z PZPR i wykorzystują uległość grona nauczycielskiego, w przypadku którego nonkonformizm nie jest i chyba nigdzie na świecie nie był cechą charakterystyczną. Nawet w dużych miastach, z Warszawą na czele, główne uroczystości szkolne mają oprawę katolicką, szkoła dostosowuje rozkład zajęć do uroczystości parafialnych i pielgrzymek, dyrektor placówki konsultuje z lokalnym proboszczem, jakie organizacje i imprezy są w szkole dopuszczalne.
Szkolne zajęcia z religii nie są kursem wiedzy religijnej, czy nawet kursem wiedzy o katolicyzmie, ale stanowią metodyczne wdrożenie w pobożność katolicką i katolickie praktyki religijne. Tego się można było spodziewać od początku i tylko ktoś naiwny na etapie wprowadzania katechezy do szkół mógł oczekiwać czegoś innego.
Dzięki wykorzystaniu machinerii publicznego systemu oświaty, opartej na prawie przymusu edukacyjnego, Kościół katolicki gwarantuje sobie przeczesywanie całej populacji Polski i postawienie każdego przedstawiciela najmłodszej generacji wraz z jego rodzicami i opiekunami wobec fundamentalnego pytania: chcesz być w akceptowanej większości, czy chcesz być snującym się po szkolnych korytarzach i wytykanym palcami outsiderem?
Na los outsidera decydują się tylko najtwardsi dysydenci. Wielu z nas, niekatolików, pod różnymi pretekstami (np. by nie narażać dziecka na dodatkowy stres), wysyła dzieci na katechezę katolicką, by tam były poddane procesom inicjacji religijnej dominującego wyznania. Jak zasadniczą wagę do tego mechanizmu przywiązują przywódcy episkopatu polskiego, to widać w gwałtownych słowach arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia, który na delikatnie podniesione wątpliwości wobec wliczania oceny z religii do średniej ocen, zareagował w słowach: „Chcecie wojny? To będziecie ją mieli!” W tej sprawie biskupi są zgodni: nie zaznaczył się tutaj bynajmniej podział na „Kościół toruński” i „Kościół łagiewnicki”.
Wykorzystywanie szkoły do celów konfesyjnych zafundowało nam demokratyczne państwo, które na początku swojego istnienia nie miało siły, ale chyba też i szans, na przeciwstawienie się roszczeniom religijnej większości. Był to czas (wczesne lata 90.), kiedy nietaktem było wyrażać obiekcje wobec żądań Episkopatu Polski. Pamiętam, jak np. lubiana przeze mnie skądinąd „Gazeta Wyborcza” wyciszała krytyczne głosy w tych i podobnych sprawach, tłumacząc, iż to się Kościołowi katolickiemu, zasłużonemu z bojach z komunizmem, słusznie należy. Dzisiaj, kiedy zamontowane zostały ostatnie elementy oświatowego systemu rekrutacji w szeregi Kościoła katolickiego, w „Gazecie Wyborczej” pozwala się już drukować czytelnicze głosy sprzeciwu. Stoję na stanowisku, że quasi-religijny charakter polskiej szkoły publicznej powinien być postrzegany jako jedno ze znaczących niepowodzeń polskiej demokracji po 1989 roku.
Prowadzona w polskiej szkole publicznej selekcja uczniów na tle wyznaniowym i światopoglądowym, już na najwcześniejszym etapie życia mieszkańca Polski uczy go, że interes grupowy warto stawiać nad dobro wspólne, nad poszukiwanie wspólnych wartości. Uczy go, że popłaca dbanie przede wszystkim o siebie, że popłaca wyszarpywanie od państwa ile się tylko da. Innymi słowy, podstawowa misja szkoły publicznej w państwie demokratycznym, polegająca na budowaniu etosu państwowej jedności, jest podkopywana przez proces zawłaszczania szkoły przez dominującą grupę.
Chcę mocno podkreślić, że nie idzie mi o to, by szkoła była religijno-ekumeniczna i dopuszczała inne denominacje do łask i przywilejów posiadanych przez większość. Idzie o to, by szkoła była wspólnym domem dla wszystkich – bez najmniejszego wyjątku – a to jest możliwe tylko w przypadku edukacji świeckiej, ale uwzględniającej m.in. kulturową doniosłość religii, prezentowaną jednak w sposób niekonfesyjny i niedewocyjny.
W moim odczuciu protestantyzmowi najłatwiej jest dostrzec walory nieideologicznej świeckości i nieideologicznego rozdziału kościoła
i państwa. Dlatego działaniem dla dobra ogółu, zarówno wyznawców religii większości, jak i religii mniejszościowych oraz osób niereligijnych, byłoby zabieganie o odreligijnienie publicznej oświaty, a w ślad za tym odreligijnienie państwa. To byłaby alternatywa wobec modelu obecnego. W tym celu należałoby podjąć szereg kroków, które sprawią, że i szkoła i państwo będą jednakowo bliskie wszystkim jego obywatelom, także członkom np. rozrastającej się coraz bardziej rodzimej wspólnoty muzułmańskiej czy buddyjskiej. W innym razie, przy posiadających poczucie krzywdy mniejszościach, będziemy zbierać gorzki plon tego rodzaju praktyk, tak jak to się działo w Drugiej Rzeczypospolitej.
Kolonizacja religijna sfery publicznej dokonuje się i w innych zakresach życia państwowego, ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. Przykładem może być ekspansywna działalność katolickiego duszpasterstwa wojskowego. Ostatnim wyrazem tego była nagłośniona przez media wypowiedź ordynariusza polowego Wojska Polskiego, biskupa Tadeusza Płoskiego. Biskup przekonywał żołnierzy, iż w trakcie misji w Afganistanie bronią oni przedmurza chrześcijańskiej Europy przed nawałnicą muzułmańską, która chce przeobrazić nasz kontynent w „Euroarabię”. Duchowny ten ma najprawdopodobniej trudności z humanitarnym uzasadnieniem misji polskich oddziałów, przeto ucieka się do retoryki konfliktu religijnego. Fakt ten jest kolejnym argumentem za tym, by duszpasterstwo wojskowe, którego racja bytu jest w pełni uzasadniona (podobnie jak instytucja kapelana w innych zakładach zamkniętych, jak szpitale czy więzienia), operowało na płaszczyźnie bardziej indywidualnej, a nie zawiadywało ogółem żołnierzy.
Zatrzymanie tendencji realizujących ideologię konstantynizmu niewątpliwie będzie dobrą inwestycją na przyszłość. Pomoże zapobiec wykorzystywaniu państwa przez jeszcze bardziej roszczeniowe wspólnoty religijne, kto wie, w przyszłości może nawet przez radykalny islam rozwinięty nad Wisłą.
Zarysowałem trzy obszary, w których protestanci polscy, pomni na swe dziedzictwo, mogą tworzyć lub przyczyniać się do powstania wartościowej alternatywy dla rozwiązań społeczno-religijnych współczesnej Polski. Czy alternatywa ta ziści się na naszych oczach – trudno powiedzieć. Ale próbę uczynienia tego warto podjąć. Warto bowiem być wiernym swojemu powołaniu.
Przypisy
1 Artykuł powstał na podstawie referatu wygłoszonego podczas XIII Forum Ewangelickiego w Krakowie 15 września 2007 r., a więc przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi w 2007 roku, które znacząco zmieniły sytuację społeczno-polityczną w Polsce.
2 O takim przypadku jest mowa w informacji prasowej pt. Modlitewnik dla kierowców, „Gazeta Stołeczna” z 25 lipca 2006 r., s. 4. W informacji tej czytamy m.in.: „Zamiast mandatu policjanci drogówki będą dziś wręczać kierowcom modlitewniki i obrazki ze św. Krzysztofem. W ten sposób policja uczci Dzień Bezpiecznego Kierowcy. Na modlitewnik kierowcy i tzw. ubezpieczenie u św. Krzysztofa, patrona kierowców, na pewno mogą liczyć właściciele aut, którzy między godz. 10 a 12 pojawią się w okolicy ronda Dmowskiego. Tam niesubordynowanych zatrzymywać będą policjanci w towarzystwie duszpasterza kierowców ks. Mariana Midury. Dziś drobne wykroczenia, takie jak rozmowa przez telefon w czasie jazdy czy niezapięcie pasów, części zmotoryzowanych ujdą na sucho. – Karę darujemy jednak tylko tym, którzy wyrażą skruchę, pokażą, że rozumieją, iż ich zachowanie jest niewłaściwe, i obiecają poprawę – zaznacza szef warszawskiej drogówki mł. insp. Jacek Zalewski.”
3 Zob. D. Olszewska, Platforma wciąż za Panem Bogiem, „Gazeta Stołeczna” z 30 sierpnia 2007 r., s. 3; I. Szpala, Pan Bóg będzie wspierał stołecznych radnych, „Gazeta Stołeczna” z 7 września 2007 r., s. 3.
Dr hab. Tadeusz J. Zieliński – ur. w 1966 r. prawnik i teolog, w latach 1993-2001 był posłem na Sejm RP z listy Unii Wolności. Uzyskał doktoraty z teologii (ChAT) i prawa (Uniwersytet Warszawski), habilitację z teologii na ChAT, gdzie w 2003 r. został profesorem. Ponadto był przewodniczącym Komisji Wychowania Chrześcijańskiego Polskiej Rady Ekumenicznej (2002-2007) i dziekanem Wyższego Baptystycznego Seminarium Teologicznego w Warszawie. Jest autorem wielu artykułów i kilku monografii, m.in.: Roger Williams. Twórca nowoczesnych stosunków państwo – kościół (1997), Iustificatio Impii. Usprawiedliwienie sola fide jako główny artykuł wiary protestancko-konserwatywnego nurtu Kościoła Anglii na przykładzie teologii Alistera McGratha, Jamesa I. Packera oraz Johna R.W. Stotta (2002), Państwo wobec religii w szkole publicznej według orzecznictwa Sądu Najwyższego USA (2007). Członek Kościoła Chrześcijan Baptystów.