Niedziela Palmowa

[Namaszczony do pogrzebu]

ks. bp Zygmunt Michelis


"A na sześć dni przed Paschy poszedł Jezus do Betami, gdzie był Łazarz, który umarł, a którego Jezus wzbudził z martwych. Tam więc przygotowali mu wieczerzę, a Marta posługiwała. Łazarz zaś był jednym z tych, którzy z nim siedzieli przy stole; a Maria wzięta funt czystej, bardzo drogiej maści, namaściła nogi Jezusa i otarła je swoimi włosami, a dom napełnił się wonią maści. A Judasz Iskariot, jeden z uczniów jego, syn Szymona, który miał go wydać, rzekł: Czemu nie sprzedano tej wonnej maści za trzysta denarów i nie rozdano ubogim? A to rzekł nie dlatego, iż się troszczył o ubogich, lecz ponieważ byt złodziejem, i mając sakiewkę, sprzeniewierzał to, co wkładano. Tedy rzekł Jezus: Zostaw ja; chowała to na dzień mojego pogrzebu. Albowiem ubogich zawsze u siebie mieć będziecie, lecz mnie nie zawsze mieć będziecie. A wielu z ludu żydowskiego dowiedziało się, ze tam jest, i przyszli nie tylko dla Jezusa, ale także, by zobaczyć Łazarza, którego wzbudził z martwych. A arcykapłani naradzali się, aby i Łazarza zabić, gdyż wielu Żydów z powodu niego odeszło i uwie­rzyło w Jezusa" - Ew. Jana 12,1-11.


NIEDZIELA dzisiejsza była w życiu Jezusa (albo raczej w życiu Jego uczniów i wyznawców) wielką radością i hołdem tłumów jerozolimskich, kiedy to szatami, kwiatami i zielenią ubierano drogę Jego wjazdu do miasta. Ale niedziela ta i jej radość stoją w jaskrawej sprzeczności z uczuciem, które wypełniało serce Jezusa i wypełnia dziś nasze serca. On wiedział, jak i my dzisiaj wiemy, że ta niedziela nie staje się początkiem triumfu, a raczej początkiem tygodnia wielkich cierpień, ofiary, a w końcu męczeńskiej śmierci. Triumf i radość były potrzebne przede wszystkim tłumom Jego wyznawców.

Uczucia Jezusa odtwarza uczta, na której obecni byli Łazarz i jego dwie siostry. Wiedział, co Go czeka w najbliższych dniach. Oni także wiedzieli, bo im to mówił, choć trudno było w to uwierzyć. W każdym razie okazują Mu to, czego Jego serce w tej chwili najbardziej potrzebuje: okazują Mu swoje przywiązanie i miłość, której nawet groźna chmura nadciągająca nad Jego głowę nie potrafi przygasić.

Pożegnalna uczta, którą przyjaciele i wyznawcy Go żegnają w przeddzień Wielkiego Tygodnia będzie uzupełniona inną ucztą pożegnalną, w Wieczer­niku. Ale tam Pan i Zbawiciel będzie żegnał uczniów największym, ostatnim na ziemi błogosławieństwem, ustanawiając sakrament Nowego Przymierza, jako pamiątkę swojej śmierci. Tam będzie żegnał, tam otworzy swoje serce, tam wzbogaci ich po raz ostatni ogromem swojej niepojętej miłości.

Tu - odwrotnie: oni Go żegnają, oni okazują swoje przywiązanie, swoją wdzięczność i miłość. A ponieważ jest to uczta pożegnalna, przeto smutek i niepokój wypełniają serca uczestników. Smutek, którym tchnie postać ich ukochanego Mistrza i to, co oni wiedzą o grożącym Mu niebezpieczeństwie, przygłuszają radość pożegnania. A myślą przy tym (i to jest takie ludzkie) nie tylko o Nim. Co będzie z nimi, jeżeli poniesie klęskę, jeżeli zostanie ska­zany na śmierć? Wszak opuścili dla Niego wszystko, nie tylko domy i zajęcia, ale i swoje rodziny. Co ich czeka? Będą bankrutami i rozbitkami? Takie myśli pogłębiały smutek i niepokój. I głęboka cisza zalegała raz po raz w miejscu, w którym byli zebrani. I gdy ta złowróżbna cisza tym większym ciężarem kładła się na ich serca, wtedy stało się coś, czego nikt nie przewidział.

Oto biedna i prosta niewiasta nie powiedziała nic, ale uczyniła coś, co zmieniło od razu nastrój i natchnęło nową nadzieją wszystkich, wypełniając serca otuchą. Czytamy, że Maria, siostra Łazarza, którego Jezus wzbudził z umarłych, podniosła się z miejsca, podeszła do Jezusa i, wylała na Jego nogi drogocenną maść nardową, a potem otarła te nogi, nic nie mówiąc, swoimi włosami. Ta niewiasta bez słów znalazła odpowiedź na nurtujące wszystkich pytanie: Co nam w takiej chwili czynić wypada? Ona oczyma ducha widziała śmierć, o której Jezus mówił, ale widziała także Jego zwycięstwo nad śmiercią. Choćby nawet umarł, to przecież zwycięży i wyprowadzi na jaśnię życie. Dała temu wymowny wyraz w swoim pełnym miłości czynie.

Jest wiara, jest miłość, której nawet śmierć zwyciężyć nie może. I taką wiarę i miłość w stosunku do Chrystusa przejawiła Maria z Betanii w ten piękny, symboliczny sposób. Jezus wytłumaczył obecnym ten jej czyn w sposób skromny i prosty: Ona na mój pogrzeb namaściła mnie tą drogo­cenną maścią.

Ale w duszy Marii żyła jeszcze inna prawda. Namaszczano drogocenną maścią ludzi w dwóch wypadkach: ludzi umarłych, ażeby usunąć trupi zapach ciała i tych, których lud wybierał na swoich królów. W oczach Marii było to z pewnością podwójne namaszczenie; nie tylko na pogrzeb, jak powiedział Jezus, ale także na króla. On pozostanie królem jej serca i życia, a także sercu i życiu tych wszystkich, którzy zawdzięczają mu nowe życie, i szczęście. Cokolwiek się stanie, królewskiej korony Zbawiciela i Pana żaden wróg, ani śmierć zabrać Mu nie zdoła. Oczyma wiary wszyscy ją wciąż będą widzieć i przy Nim pozostaną, i to co od Niego otrzymali, zachowają.

To jest nauka, którą Maria daje obecnym, siedzącym przy stole z Jezusem, a także i następnym pokoleniom wyznawców Kościoła Chrystusowego. Jakiekolwiek by moce przeciwko Niemu się nie sprzysięgły, na cokolwiek by świat go nie skazywał - na męczeństwo lub śmierć - tego życia nikt nie zgasi, tego imienia nikt nie wymaże z serc i dziejów ludzkich. Kto przy Nim trwa i trwać będzie, ten nie straci tego, co w Chrystusie znalazł: pokoju dla serca, szczęścia dla duszy, zbawienia wiecznego u Boga w Królestwie Niebieskim.

Ta scena i sytuacja powtarzały się wielokrotnie w historii. Potoki krwi męczeńskiej lały się w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, próbowano wszelkimi sposobami okrucieństwa i przemocy wyrwać to imię z serc ludzkich. Ale ludzie szli setkami i tysiącami na śmierć z imieniem Jezusa w pokoju i z radością przybliżając się do ojczyzny niebiańskiej.

A później? Ile atramentu wylano, ile papieru zużyto, ile mów wygłoszono i gróźb, ile szyderstw skierowano pod adresem wyznawców Chrystusa! Wszystko było i będzie daremne aż do końca dni tego świata, daremne, ale i bezskuteczne nie tylko w stosunku do Niego, ale i do każdego z Jego wy­znawców, który zachowuje wiarę, zaś w sercu nosi choć cząstkę postawy Marty.

Aż dziw bierze, jak zareagowali uczniowie. Wyrazili niezadowolenie. Po co tyle tej drogocennej maści wylewać na Jego nogi? Wszak koszt jej wynosi trzysta denarów! Lecz jest ważne nie to, co o tym sądzi człowiek, lecz istotna jest opinia Chrystusa. A Jezus wziął Marię w obronę. "Zostawcie ją, dobrą rzecz uczyniła", i z tego wynika, że On pragnie objawów miłości i przywiązania. Pragnie odrobiny serca i wiary w swoje zwycięstwo. To jest ludzkie. Wszak udaje się drogą skazańca na haniebną śmierć krzyżową; wszyscy od Niego odstąpią, stanie się pośmiewiskiem tych samych tłumów, które jeszcze dzisiaj wołają: "Hosanna!"

Może ofiara tej niewiasty z Betanii ważyła więcej wówczas - mówię po ludzku - niż wszystkie nasze świątynie i pałace kościelne. Miłość praktyczna jest bowiem tylko ludzkim, choć może nieświadomym wyrachowaniem, wiara praktyczna jest tylko naszym światopoglądem religijnym, ale wiara Chrystusowa i miłość Chrystusowa nie liczy, nie waży, ale zdobywa się na wszystko i oddaje wszystko. Jeżeli chcecie być godnymi siedzenia w tej wspaniałej świątyni, jeżeli chcecie być godnymi wzięcia udziału w tej pielgrzymce pod krzyż Jezusa, jeżeli chcecie wynieść z tego Wielkiego Tygodnia odrobinę Jego błogosławieństwa - tedy coś z tej wiary i z tej miłości nie wyrachowanej, pozapraktycznej musi być w naszym sercu, musi objawiać się w naszym życiu!

Idźmy ze słowem dzisiejszej Ewangelii do naszych domów i niech to bę­dzie początkiem i błogosławieństwem naszej pielgrzymki, naszego uczczenia krzyża Chrystusowego. Niech tegoroczny Wielki Piątek, obchodzony w tej pięknej świątyni, tak cudownie nam przez miłość Chrystusową darowanej i przywróconej, będzie w nas początkiem tej miłości i wiary, która zrodziła się w sercu Marii z Betanii.

A wiedzcie o tym, że każdy okruch podobnej wiary i miłości jest niczym kropla orzeźwiającej wody, która niesie ulgę w cierpieniu wciąż jeszcze - mówię obrazowo - krzyżowanego Zbawiciela. Nieśmy Mu więc tę ulgę przez odrobinę prawdziwej, ofiarnej miłości i wiary, wiary w Jego drogę, i Ewangelię. Amen.

bp Z. Michelis, "Panie, mów do mnie", Wydawnictwo "Zwiastun", Warszawa 1988, s. 75-78.

(BA)

[Do Głównej Strony Kościoła]


(c) Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, 2002 r.