Niedziela Palmowa

[U progu Wielkiego Tygodnia]

ks. bp Zygmunt Michelis


"Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie by to w Chrystusie Jezusie chociaż byt w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i byt posłuszny aż do śmierci, t to do śmierci krzyżowej. Dlatego tez Bóg wielce go wywyższył i obdarzył go imieniem, które jest ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zginało się wszelkie kolano na niebie i na ziemi, i pod ziemią i aby wszelki język wyznawał, ze Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca " - Filip. 2,5-11.


WSTĘPUJEMY w Wielki Tydzień. Co jest wielkiego w tym Tygodniu? Odpowiedź nie jest trudna. Wielka ze strony człowieka jest jego wina, jego niewdzięczność, i grzech; albowiem grzech całej ludzkości, która jest odarta ze wszelkich zasłon, staje przed oczyma świata na Golgocie. Ale większe od ich grzechu okazuje się cierpienie Jezusa. Tu przecież chodzi nie tylko o cierpienie cielesne. Najgorsze były cierpienia duchowe; straszliwa niewdzięczność i niewierność, słabość nawet najbliższych i najwierniejszych, tych, którzy Mu wcześniej ślubowali miłość i posłuszeństwo, którzy chcieli pierwotnie razem z Nim oddać życie. A ponad tym wznosi się to, co jest największą tajemnicą; że Bóg do tego dopuścił. Powiadają niektórzy, że Bóg się domagał, aby ten jedyny niewinny i święty, który chodził po ziemi zginął w straszliwych okolicznościach, aby został przeznaczony na ofiarę przebłagania za grzech ludzkości. A jeszcze większą tajemnicą jest to, że ta ofiara mogła być wystarczająca oraz stać się dostatecznym zadośćuczynieniem za grzechy ludzkości, popełnione od początku jej istnienia aż do dnia sądu. I to stanowi o istocie tego Tygodnia i jest zarazem największą tajemnicą Chrystusa, istoty Jego ofiary. I dlatego też, żeby to podkreślić i uwydatnić, ten sam Jezus, który uciekł przed entuzjazmem ludzi, pragnących okrzyknąć go królem i władcą, teraz zgadza się i pozwala, aby w Jerozolimie witano Go z królewskimi honorami. Nie wjeżdża, co prawda, jak król ziemski na bojowym rumaku, otoczony zakutymi w zbroję rycerzami, ale wjeżdża jako skromny pielgrzym na oślicy w zwykłych szatach, aby podkreślić inność swego królestwa i swego królowania. Ale gdy parę dni później zostanie zapytany na przesłuchaniu u Piłata, czy jest królem, nie zaprzeczy i powie: Tak, ale królestwo moje nie jest z tego świata, bo gdyby było z tego świata, to moi rycerze rozpędziliby moich wrogów wzywając mnie do władzy.

I tylko na tle tej wielkiej tajemnicy, na tle boskości Chrystusa, staje się zrozumiałe, dlaczego Jego śmierć i męczeństwo mogły mieć tak wielką wartość i być tak wielką i dostateczną ceną za grzechy całej ludzkości (od początku do końca jej istnienia). To nie święty człowiek, to nie wielki prorok, to sam Bóg stał się człowiekiem, aby wyzwolić nas od grzechu. I tylko dlatego, że to się dzieje w łączności z tą tajemnicą, w tym największym misterium na ziemi i w niebie, tylko dlatego ta śmierć potrafiła za sobą pociągnąć takie skutki, że i dziś po dwudziestu wiekach miliony i setki milionów czczą Go jako swego Zbawiciela, a także i aniołowie w niebie padają do Jego stóp, śpiewając: ,,Święty, Święty, Święty, Pan zastępów"; bo wielbią w Nim Boga. A On nie przestał być żywym Bogiem w postaci ludzkiej, Słowem, które ciałem się stało i mieszkało między nami. Tym samym Słowem, o którym czytamy: "I rzekł Bóg, niech stanie się światłość; i stała się światłość". O tym trzeba pamiętać i to trzeba mieć przed oczyma, gdy wchodzimy w pielgrzymkę Wielkiego Tygodnia. Nie przychodźmy jak gawiedź oglądać grób Chrystusowy, ale upadnijmy na kolana, bo tu sam Bóg cierpi za nasze grzechy. A myśmy często zrobili tylko pobożne widowisko z tej największej i najtragiczniejszej tajemnicy Boga.

Trzeba wyraźnie powiedzieć: jeżeli to jest takie wielkie święto, to wszystko powinno zamrzeć w pokucie i zachwyceniu. Dlatego też w Wielkim Tygodniu wołamy: "Mea culpa. Mea maxima culpa! Baranku Boży, zmiłuj się nad nami! Takiego bądźmy wobec siebie usposobienia, jakie było w Jezusie Chrystusie". Zapytacie, czy to możliwe? Przecież nie jesteśmy wcieleniem Słowa Bożego; jesteśmy słabymi ludźmi. Tak, to jest trudne i wielkie zadanie, ale usiłujmy to uczynić przynajmniej w tych wielkich dniach, aby Zbawiciel w swoim cierpieniu i męce nie był osamotniony. Pamiętajmy, że czysty i święty Bóg przyjął postać człowieka, poniżając samego siebie, będąc cierpliwym i posłusznym aż, do śmierci krzyżowej. Dobrowolnie, bo nikt Go do tego nie zmuszał. Kusiciel dobrze wiedział, gdy szeptał: Czyżby to było możliwe, żeby Syn Boży miał cierpieć taki ból i mękę? Powiedz, a te kamienie staną się chlebem. Wiem, że chcesz założyć Królestwo Boże na ziemi; uczyń cud, skocz z wieży, a wszyscy w Ciebie uwierzą. Albo daj nam chleba, żebyśmy go nie musieli zdobywać w pocie czoła, a zostaniesz uwielbiony. A innym razem szatan szepce: Nie bądź takim niewinnym, zawrzyj pakt z mocami tego świata, wyzyskaj je dla swoich celów, niech się im zdaje, że pomagasz budować ich chwałę, że służysz świeckim celom, a Ty tymczasem dyplomatycznie buduj swój Kościół; bądź trochę przebieglejszy i bardziej chytry!

Tak szatan kusił Chrystusa, a potem nieraz szeptał w ten sposób do sumień sług Kościoła; do tych, którzy Kościołem rządzili, i szepce także i dziś do tych, którzy w Kościele pracują i mają w nim coś do powiedzenia. Po co szukasz męczeństwa? Trzeba być dyplomatą, trzeba coś zapłacić, aby ratować to, co ważniejsze, świętsze. Tak, tylko że przez tę ofiarę złożoną szatanowi święte zostanie zbezczeszczone. Apostoł powiada: "Bądźcie naśladowcami moimi". Chrystus nie po to przyszedł na ziemię i złożył ofiarę za wasze grzechy, żebyście Mu urządzali piękne groby, budowali wspaniałe świątynie, układali piękne pieśni, urządzali wspaniałe oratoria; nie, nie po to przyszedł. Przyszedł po to, abyście Go naśladowali, abyście szli tą drogą, którą On szedł, bo to jest jedyna droga na której osiągniecie ten cel, którego pragnie i który wam zapewnił. "Bracia, napominam was, bądźcie naśladowcami moimi" i: "Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie było w Chrystusie Jezusie". Czy to jest możliwe? Coś trzeba zmienić w naszym życiu, żeby tak się stało i wypełniło się w nas. Wielu mówi: Przecież modlę się, przecież przystępuję do sakramentu Komunii Świętej, jestem wiernym członkiem swego Kościoła. I pozornie nic więcej nie trzeba! Ale tylko pozornie. Musisz jednak wyjść ze swojej ludzkiej szaty, nawet ze swoich rzeczywistych zasług, z samo zadowolenia, ze swojej "prawowierności" i "chwały", tak jak On wyszedł ze swojej chwały niebiańskiej i poniżył się, wziął krzyż i był posłuszny aż do śmierci! Wewnętrznie trzeba w nas wszystko zmienić! Kto się nie narodzi na nowo, kto nie przejdzie przez chrzest Ducha Świętego, kto się nie nawróci całym sercem i całą duszą, kto nie padnie na kolana przed Jezusem jako Królem i Panem, ten nie wejdzie do Królestwa Bożego. A Pan pragnie i oczekuje od nas oddania serca i duszy.

Czy są ludzie, którzy to uczynili i czynią dzisiaj? Nie w takim stopniu jak On, bo przecież On za wszystkich złożył swoje życie w ofierze; a każdy z nas ma swój mały krzyż, chociaż nieraz bolesny i ciężki. Ale na szczęście są ludzie, którzy odwracają się z lekceważeniem i obojętnością od świata, idą na przykład za kraty klasztorne, poświęcając siebie i wszystko co posiadają Bogu. Mamy wszelki respekt i cześć dla tych którzy to czynią, ale nie sądzą, żeby to miał na myśli Apostoł Paweł. Chrystus nie krył się przed światem, owszem, uciekał przed nim, ale tylko na chwilę, aby odpocząć, nabrać nowych sił duchowych przez obcowanie z Ojcem w niebiesiech. Potem jednak wracał do świata i ludzi, bo to jest przecież świat Boży, dzieci Boże, to są Jego bracia i siostry; także ci poza Kościołem - wrogowie krzyża. I my nie uciekajmy od wrogów krzyża; żyjmy wśród nich, pokażmy im, że chrześcijanin jest innym człowiekiem. Chrześcijanin nie wyrządza krzywdy, nie kłamie, nie jest obłudny, nie kradnie, jest wytrwały w cierpieniu, chorobie, ucisku i biedzie. Pokażmy, co znaczą w praktyce słowa: ,,Bądźcie naśladowcami moimi". Są tacy chrześcijanie. Znałem pewnego księdza, który w najtrudniejszych warunkach, sam obarczony nieuleczalną chorobą, pełnił dobrowolnie służbę na swojej placówce, choć w każdej chwili mógł otrzymać lepszą i lżejszą pracę. Kiedy mu powiedziałem: Człowieku, zmiłuj się nad sobą, on mi odpowiedział: Moi parafianie potrzebują mnie i mam na nich wpływ! Musiałem lata pracować, aby zdobyć ich zaufanie. Są więc ludzie, którzy jak światełka oświecają nam drogę, po której kroczył Chrystus. Znam też innego księdza, kapelana w zakładzie dla nieuleczalnie chorych, w którym jest około tysiąca ludzi. Przebywa tam od lat i nie może nawet na kilka dni wyjechać, bo zawsze ktoś go potrzebuje; potrzebuje pomocy z góry, którą im niesie. A gdy mu mówię: Człowieku, miej litość nad sobą, odpowiada mi: Pan Jezus także nie miał litości nad sobą, a ja jestem Jego sługą. A więc oddanie Chrystusowi jest możliwe, chociaż nie każdy może zostać księdzem. Ale usiłujmy czynić podobnie; jeżeli będziemy tego pragnęli, to w pewnym stopniu się to powiedzie.

I tak idźmy w ten Wielki Tydzień i patrzmy na Golgotę i na krzyż Jezusa Chrystusa, który był i jest wzorem oddania Bogu. Niech nasze myśli choć trochę staną się podobne do Jego myśli; bądźmy posłuszni Bogu aż do śmierci, do naszej śmierci, pod naszym krzyżem.

Spraw to, Panie Jezu, przez swój krzyż, mękę, ofiarę i śmierć. Amen.

bp Z. Michelis, "Panie, mów do mnie", Wydawnictwo "Zwiastun", Warszawa 1988.

 B.A.

[Do Głównej Strony Kościoła]


(c) Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, 2002 r.