Niedziela Przewodnia

[W drodze do ojca]

ks. bp Zygmunt Michelis


"Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca" - Ew. Jana 14,12.


DZISIEJSZA Ewangelia robi wrażenie bardzo skromnej, niepozornej, a przecież właśnie ona daje nam odpowiedź na najważniejsze pytanie naszego życia i naszej egzystencji. Przypomina nam ona to, co już nieraz mówiłem słuchając Ewangelii, czy wypowiedzi Chrystusowych, że należy na nią patrzeć pod podwójnym kątem. Po pierwsze, trzeba sobie zdać sprawę, jaka była ówczesna sytuacja ludzi, do których Pan Jezus mówił i jakie znaczenie miały dla nich te słowa, i co Pan Jezus chciał przez te słowa powiedzieć. I dopiero na tle tej odpowiedzi znajdziemy odpowiedź na najważniejsze pytanie, wynikające ze słów Chrystusowych: co On nam, w dzisiejszej sytuacji, dzisiejszemu człowiekowi chce przez te słowa powiedzieć.

Otóż z treści dzisiejszej Ewangelii wynika wyraźnie, że pochodzi ona z ostatnich czasów przebywania Jezusa wśród uczniów przed Jego śmiercią krzyżową." Przygotowuje ich na ten wielki cios, który ich ma spotkać, który się miał rozegrać przed ich oczyma, a który był nie tylko wielkiem cierpieniem dla Niego, ale dla nas jest jeszcze wielką i niepojętą tajemnicą. Tajemnica śmierci krzyżowej, tajemnica ofiary Chrystusowej na krzyżu Golgoty. I na tę chwilę Pan Jezus ich przygotowuje, mówiąc: Niedługo stanie się tak, że mnie więcej oglądać nie będziecie, odejdę od was, umrę! On im to nieraz i przedtem mówił, ale to się nie mieściło w ich głowach, to było coś tak niepojętego, tak niezwykłego i niewiarygodnego, że te słowa po prostu nie wchodziły do ich serc. Otóż teraz w ostatnich chwilach obcowania z nimi przygotowuje ich na to: za chwilę mnie już widzieć nie będziecie. I to będzie chwila wielkiego smutku, wielkiego płaczu dla was. Ale dla świata będzie to chwila radości i triumfu. Ale to tylko będzie chwila, a potem mnie znowu ujrzycie i wtedy będzie to dla was chwilą radości, a dla świata chwila rozczarowania i smutku.

To było wtedy i dla tych, którzy przed wiekami obcowali z Chrystusem. Wiemy, że tak się stało i że to wszystko się spełniło. Wielka chwila rozpaczy i smutku w dniach Golgoty, a potem ta chwila niepojętej, nieoczekiwanej radości, że znów był z nimi i wśród nich chociaż inaczej, ale jednak widzialnie, dotykalnie. Ale dlaczego Kościół każe nam mówić o tym i wykładać te słowa po Wielkiej Nocy, po zmartwychwstaniu Jezusa? Przecież to już wszystko należy do przeszłości: W tym mieści się wielka prawda, którą Duch Święty nam objawił i natchnął mężów, którzy układali przed wiekami porządek czytań i kazań biblijnych w Kościele Chrystusowym. Dla nas bowiem te słowa mają podobne, a przecież inne jeszcze znaczenie. Powiedział im wtedy: "Bo ja idę do Ojca". A oni pytali siebie: Co On chce przez to powiedzieć, że za chwilę Go już nie będziemy oglądać, a potem znów Go będziemy oglądać?

My już dzisiaj tak nie pytamy. To było pytanie dziecinne, nierozumne, gdyż oni wtedy nie dostrzegali tej wielkiej prawdy, która się w tych słowach mieści: bo ja idę do Ojca! To jest, kochani, odpowiedź na najważniejsze pytanie. "Idziemy do Ojca", to jest ten wielki, daleki i święty cel naszego życia, któremu poświęcony i podporządkowany być musi cały nasz wysiłek. Ale czy rzeczywiście idziemy do Ojca? Czy tak swoje życie rozumiemy? Czy je tak kształtujemy i czy taki nadajemy mu sens, żeby można pod nim napisać, jako nasze najgłębsze i ostateczne wyznanie: "Idę do Ojca", do Ojca w ojczyźnie niebiańskiej, do Ojca w niebiesiech, od którego przyszedłem jako dusza życia i do którego wracam jako cząstka Jego boskości? Bo przecież tym jest nasza dusza, gdy tchnął w nas w dniu stworzenia człowieka swego ducha, a więc i cząstkę swojej boskiej istoty. I teraz my tę świętość i światłość Bożą niesiemy przez życie, aby ją doskonalić, rozmnażać, utwierdzać i złożyć ją jako plon naszego życia u stóp naszego Boga i Stwórcy i od niego wziąć nagrodę żywota wiecznego, pełną szczęśliwości i doskonałej chwały wiekuistej.

"Idę do Ojca". Ale jak to mam czynić? Jak mam ukształtować życie, jaką wkładać w niego treść, żeby ono odpowiadało temu celowi? Jezus daje nam na to konkretną odpowiedź: "Idę do Ojca". To jest zrozumiałe dla każdego. Nie po to żyję, żebym budował wielkie państwa, żebym gromadził wielkie bogactwa dla siebie, dla swego narodu, żebym badał kosmos cały. Nie po to żyję, żeby ubóstwiać samego siebie i siebie na tronie posadzić, nie po to jestem, żebym był panem tego świata i nad nim sprawował sądy. Nie! To wszystko są rzeczy marginesowe, to wszystko są pewne ramy, pewne etapy, pobożne, może potrzebne, ale nie zawsze konieczne. I to tylko ma wtedy wartość i prawo egzystencji, o ile służy temu ostatniemu celowi: "Idę do Ojca". Czy życie nasze jest tym? Jezus odpowiada nam innym razem w tej samej Ewangelii: "Nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie". A więc nie ma innej drogi, jak ta, która na imię ma Chrystus i nie ma innego drogowskazu, jak ten, który On postanowił na początku tej drogi dla nas wszystkich, a na której skończyła się Jego ziemska droga. Tym drogowskazem jest krzyż! l teraz może rozumiemy tę wielką tajemnicę krzyża. "Teraz smutek macie i smutek mieć musicie, ale ten smutek jest potrzebny, żeby z niego wyrosła wielka radość. Ten wasz upadek, ta wasza rozpacz, to zdruzgotanie waszej chwały, waszej pychy, pewności siebie potrzebne jest ażeby z gruzów wyrosła nowa rzeczywistość, piękna, doskonała i święta, tak różna od tej waszej ziemskiej, doczesnej mądrości i chwały, jak różną była postać Chrystusa zmartwychwstałego, dla którego nie było żadnych drzwi, żadnej przeszkody, ani żadnej mocy na tym świecie. On był prawdziwym człowiekiem, podlegającym wszystkim prawom ludzkim na tej ziemi. I to jest także nasza droga i nasze przeznaczenie: Chrystus. I teraz rozumiemy, co to znaczy chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo to Chrystus, a Chrystus to naśladowanie Boga. A więc chrześcijaństwo jest naśladowaniem Chrystusa. A więc nasze życie musi być tym, czym było życie Chrystusa. Tak, jak On cierpiał za nas, jak On się poświęcał, jak On był zniczem światłości, jak On był świecą, która się zapala, aby innym wskazać drogę, tak coś z tego ducha służby, poświęcenia, miłości i wytrwania musi być i w naszym życiu. To jest wtedy prawdziwe chrześcijaństwo. Nie piękne kościoły i nie wspaniałe ceremonie. A więc nie uwielbienie Chrystusa w ludzki sposób, choćby najbardziej entuzjastyczny, piękny i artystyczny, ale służba Chrystusowa dla świata i dla człowieka. Świat się z tego cieszy, że. Kościół jest prześladowany i uciskany, mówiąc: Bóg umarł. Boga nie ma, dawno już Go mądrość ludzka zdetronizowała. To są przesądy, to są resztki, nie prześladujcie ich, oni sami już umierają, bo przecież nie wierzą w to, co głoszą, bo ta ich wiara nie daje im szczęścia, ani czyni z nich innych ludzi. Świat się cieszy, że Kościół jest uciskany, że tyle jest obłudy, słabości, zaprzaństwa w Kościele wśród tych, którzy znamię krzyża otrzymali na Chrzcie Świętym. Niech się cieszą, a my nie upadajmy na duchu, wierzmy, że to jest tylko chwila, gdy Go nie widzimy, gdy nie widzimy Jego zwycięstwa; owszem, widzimy triumf wrogów, triumf bezbożnictwa, fałszu i niewiary. Ale to jest tylko chwila, to jest drogowskaz, a gdy ta chwila minie On stanie przed nami i wtedy nastąpi chwila wielkiej radości. Ewangelia dzisiejsza opisuje tę przemianę nie tylko symbolicznie, ale i głęboko: jak niewiasta rodząca cierpi gdy wydaje na świat nowe życie, tak my musimy cierpieć.

Ty, człowieku doczesny, ziemski, cielesny, musisz się na nowo narodzić z Ducha Świętego, jak powiedział Chrystus: "Kto się nie narodzi z Ducha Świętego, ten nie będzie miał udziału w życiu wiecznym". To są bóle porodowe, które przechodzi człowiek nawracający się do Chrystusa, nie słownie, nie deklaratywnie, ale życiem i postępowaniem. To są bóle, które przechodzi naród, kiedy odstępuje od tego, co dla niego (po ziemsku mówiąc) jest ważne i wielkie, a idzie na drogę, którą mu wskazuje Chrystus i ceni to, co Chrystus przyniósł na ziemię: krzyż, a więc miłość, ofiarę, poświęcenie.

Mówi się, że jesteśmy ze świata. To nieprawda, jesteśmy na świecie i to nie dlatego, żeby mu służyć, żeby stać się jego sługą, ale żeby mu wskazać drogę do Chrystusa swoim postępowaniem, swoim przykładem, aby mu pokazać, co jest prawdziwą radością w naszym życiu, tak nieraz ciężkim i trudnym. Bo przecież to życie mimo jasnych i radosnych promieni jest jednak ciężkie, szczególnie dla tych, którzy trzymają się Boga, którzy idą drogą krzyża, poświęcenia i ofiary. Ale to jest tylko chwila! Potem Pan Jezus powiada: "Ujrzę was". I to jest takie znamienne. Na ziemi my Go szukamy i chcemy widzieć, a tam On nas będzie szukał, tam, jak powiada Chrystus, będzie już radość doskonała, której nam nikt nie zabierze. To jest ta nowa prawda, a raczej stara prawda Chrystusowa, którą On przyniósł na ziemię. Amen.

bp Z. Michelis, "Panie, mów do mnie", Wydawnictwo "Zwiastun", Warszawa 1988.

(BA)

[Do Głównej Strony Kościoła]


(c) Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, 2002 r.