Niedziela Rogate

[O większą sprawiedliwość]

ks. bp Zygmunt Michelis


"Albowiem powiadam wam: Jeśli sprawiedliwość wasza nie będzie obfitsza niż sprawiedliwość uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios". - Ew. Mat. 5,20.


EWANGELIA niedzieli dzisiejszej jest fragmentem Kazania Jezusa na Górze. Powiedziano, że to kazanie zawiera najpiękniejsze i najświętsze myśli kiedykolwiek wypowiedziane przez usta ludzkie. Powiedziano też, że gdybyśmy o Jezusie nie mieli innego przekazu, jak tylko tę jedną pamiątkę: "Kazanie na Górze", to byłby to już nieodparty i wymowny pomnik wielkości i świętości Tego, który te słowa wypowiedział. Zawiera ono wielkie, głębokie myśli, trafia nie tylko do naszego serca, ale porusza duszę, uderza w nasze sumienie, wskazuje nam w całej pełni wielkość naszego ubóstwa, niedoskonałości, a także ukazuje wielkość łaski i miłości Ojca świętego w niebiesiech.

Ewangelia dzisiejsza jest właściwie początkiem tego kazania. Bo jego wstępem są przecudne, może najpiękniejsze w tym kazaniu błogosławieństwa.

Tematem dzisiejszego kazania jest wiersz 20 z piątego rozdziału Ewangelii Mateusza: "Jeśli sprawiedliwość wasza nie będzie obfitsza niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios".

Straszne to i twarde są słowa. Od dzieciństwa przecież, z ławy szkolnej i katechizacji lat dziecięcych wiemy i pamiętamy, że faryzeusze byli zawziętymi wrogami Jezusa, moralnymi sprawcami Jego męki i śmierci. Ale czy powiedziano nam także i czy wiemy i pamiętamy, że ci uczeni w Piśmie i faryzeusze to była elita nie tylko narodu, ale i Kościoła starotestamentowego? Nie tylko oni sami uważali siebie za prawowiernych, najbliższych doskonałości, ale cały naród ich za takich uważał. I teraz właśnie o nich Jezus mówi te twarde słowa: "Jeśli sprawiedliwość wasza nie będzie obfitsza niż faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios".

Jakież zdumienie musiało ogarnąć Jego słuchaczy, gdy usłyszeli te słowa o ludziach, których cały naród uważał za niedościgniony wzór pobożności. To też nic dziwnego, że między Jezusem a kapłanami zawrzała teraz walka na śmierć i życie. My albo On, wołali zgorszeni. Przecież my jesteśmy stróżami depozytu wiary, bronimy czystej wiary, nauczamy lud, jesteśmy stróżami świątyni. Jeżeli więc my jesteśmy tym, czym jesteśmy, to w takim razie On jest wrogiem Kościoła, On jest wrogiem Boga, więcej, On jest sługą szatana. Najpierw mówiono to za Jego plecami, a potem mówiono Mu to w oczy. Jezus nie cofnął się przed walką. Mówił nadal słowa prawdy, choć te słowa były czasami gorzkie jak piołun dla tych, których dotyczyły. Potem zaś nie tylko mówił, ale biczem przepędzał handlarzy z przedsionka świątyni, mówiąc im publicznie: Wyście z domu Bożego uczynili dom handlu, obłudy i przekupstwa. I z tego powodu, jak mówi inny ewangelista, wielu odeszło od Niego. Ale część ludu instynktownie wyczuwała, że to jest ich prawdziwy przyjaciel, ktoś, kto naprawdę przyszedł od Boga. Powiększała się więc liczba Jego zwolenników i tych, którzy słuchali Jego kazań. A potem przyszła Niedziela Palmowa i triumfalny wjazd do Jerozolimy, i zdawało się, że chwila Jego triumfu jest bliska. Lecz potem przyszło niepojęte i dramatyczne załamanie. Niepojęte - ci sami ludzie, którzy w Niedzielę Palmową wołają: "Hosanna Synowi Dawidowemu", ścielą pod stopy oślęcia szaty swoje, obrzucając Go kwiatami, ci sami ludzie za kilka dni będą wołali z jakąś niepojętą nienawiścią i złośliwością: "Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go!" A nawet ci spośród najbliższych Jego uczniów nie zdali egzaminu: jeden Go sprzedał, inny się Go zaparł, reszta się rozbiegła. To jest to niepojęte zdemaskowanie wartości naszej ludzkiej wiary.

Powyższe słowa są skierowane dziś i do nas w każdym Kościele, w każdym wyznaniu, w największym i najmniejszym. A jeżeli tak jest, to wyobraźmy sobie, że Jezus przychodzi dziś na świat i mówi publicznie do nas wszystkich: "Jeśli wasza pobożność nie będzie obfitsza niż pobożność waszych Kościołów, waszych teologów, waszych wielu kapłanów" ...Przecież to byłby grom z jasnego nieba; takie słowa musiałyby nas napełnić przerażeniem. Czy to znaczy, że wszystko jest i było złe w Kościele wtedy i dziś? Nie, to nie znaczy wcale, że ten sąd odnosi się do wszystkich minionych i dzisiejszych czasów i ludzi. To tylko jest potępienie pewnego gatunku pobożności, pewnej pobożnej postawy, która wyżywa się w pobożnych gestach i zewnętrznych ceremoniach, a nie płynie z serca, ani do serca. Przecież obok tych, którzy o Nim mówili, że jest sługą szatana, którzy Go wydali w ręce pogańskich wrogów i władz, byli ludzie innego pokroju. Był Nikodem i Józef z Arimatei, który przyjął Jego ciało do swego grobu rodzinnego, był teolog największy ówczesnych czasów Gamaliel; a więc to nie dotyczyło i nie dotyczy wszystkich ludzi. A jeżeli tak było wtedy to może jest także i dziś.

Przecież my wszyscy jesteśmy dzisiaj Jego zwolennikami, Jego wyznawcami; dziś Kościół jest Kościołem Chrystusowym, głosi Jego naukę, sprawuje ustanowione przez Niego sakramenty. To się nie tyczy naszych czasów. To jest przecież zasadnicza różnica między tymi, którzy zwalczali i zwalczają chrześcijaństwo, a tymi którzy go bronią.

A jednak... Nie chcę nikogo przekonywać i nie chcę nad nikim wypowiadać sądów słowami Chrystusa. Bądź co bądź słowa te są bardzo niepokojącą analogią.

Zastanówmy się nad tym i odpowiedzmy sobie sami; przede wszystkim zastanówmy się nad swoim osobistym stosunkiem do Chrystusa, do Kościoła, do wiary Chrystusowej, a przede wszystkim do naszych braci, do tych inaczej wierzących, do niewierzących.

Tak, gdyby Chrystus dzisiaj przyszedł i stał się opozycją przeciwko inaczej wierzącym niż ja, albo, ty, albo przeciwko niewierzącym, albo bezbożnikom, to byśmy Go wszyscy przyjęli z wielkim entuzjazmem. Ale gdyby przyszedł do nas i stanął przed tobą, przede mną, spojrzał ci w oczy i poprzez oczy spojrzał w twoje serce i czuł byś Jego wzrok w swoim sercu i powiedziałby do ciebie: Czy ty Mnie naprawdę tak miłujesz, jak Ja ciebie umiłowałem? Czy naprawdę tak miłujesz brata swego, a najbardziej tego, który tej miłości potrzebuje: brata grzesznego, czy grzeszącego, jak Ja ich umiłowałem - jak byśmy zareagowali?

Niech sobie każdy sam da odpowiedź. Ja jestem tylko jednego pewny, że nie ci, w jakimkolwiek Kościele, którzy uważają siebie za najlepszych, najświętszych i najdoskonalszych, najbliższych Bogu, najbardziej prawowiernych i nieomylnych, nie ci są najbliżsi Chrystusowi, nie ci są dziećmi Jego Kazania na Górze, ale ci inni, we wszystkich Kościołach, którzy mówią szczerze i praktycznie w słowach i czynach: Boże bądź miłościw mnie grzesznemu; którzy powtarzają modlitwę owego pokornego wyznawcy, którego Pan Jezus pytał o jego wiarę, a on odpowiedział: Mierzę, ale zmiłuj się nad słabością mojej wiary.

Teraz rozumiemy, że Ten, który wypowiedział Kazanie na Górze nie karcił, tylko pouczał, nie potępiał lecz pocieszał; był przyjacielem celników i grzeszników, mówił: "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzyście spracowani i obciążeni, przyjdźcie wszyscy, którzy walczycie z grzechem i swoją słabością". Jezus nigdy nie złorzeczył, nikogo nie ekskomunikował, nikogo nie przeklinał. Od wszystkich żądał jednego tylko: miłujcie mnie choć trochę, jak ja was miłuję. Miłujcie mnie w moich braciach, w moich siostrach, nawet gdyby byli dalecy od was, nawet gdyby byli poza murami waszych Kościołów, poza wspólnotą waszego wyznania, a nawet gdyby byli moimi wrogami i przeciwnikami; miłujcie ich! Bo tylko w ten sposób staniecie się odrobiną tego, czym Ja byłem i będę do końca tego świata, czyli jego zbawieniem. Tylko wtedy staniecie się uczestnikami tajemnicy tego zbawienia, która jest zwycięską miłością. A wtedy staniemy się wszyscy nie tylko deklaratywnie, słownie, w dobrych chęciach, ale i w czynach ekumenistami, to znaczy Kościołem jednego pasterza i jednej owczarni, a to znaczy: zbawieniem skłóconego i pogrążonego w nienawiści, nieszczęsnego dzisiejszego świata. Amen.

bp Z. Michelis, "Panie, mów do mnie", Wydawnictwo "Zwiastun", Warszawa 1988.

(BA)

[Do Głównej Strony Kościoła]


(c) Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, 2002 r.