![]() |
|
[Testament Chrystusa] ks. bp Zygmunt Michelis "Na koniec ukazał się jedenastu uczniom, gdy siedzieli u stołu, i ganił ich niewiarę i zatwardziałość serca, ze nie uwierzyli tym, którzy go widzieli z martwych wskrzeszonego. I rzekł im: Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiany, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony. A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą, węże brać będą, a choćby cos trującego wypili, nie zaszkodzi im. Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją. A gdy Pan Jezus to do nich powiedział, został wzięty w górę do nieba i usiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i wszędzie kazali, a Pan im pomagał i potwierdzał ich słowo znakami, które mu towarzyszyły". - Ew. Mar. 16,14-20. MÓWIŁEM niedawno o testamencie, który Jezus pozostawił i że ta Jego ostatnia wola, jak każdy testament jest najdroższą i najbardziej obowiązującą spuścizną, którą nam pozostawił. Mówiłem o tym w związku z ostatnią i pierwszą wieczerzą w Wieczerniku, z ustanowieniem sakramentu Komunii Świętej. Dziś słyszymy jak gdyby jeszcze raz drugą ostatnią wolę Jezusa. Ten drugi, ostateczny testament Jezus wypowiedział w chwili swego wniebowstąpienia. Tamten pierwszy testament był testamentem dla pojedynczego człowieka. Kościół występuje tam jako szafarz i pośrednik Chrystusowy, ale ta ostatnia wola i prośba, wypowiedziana w chwili Jego odejścia do nieba skierowana jest do wszystkich wyznawców. Tamten testament, który Komunię Świętą czyni pamiątką i znakiem Jego świętego męczeństwa, a także znakiem naszej wiary i miłości dla naszego ukrzyżowanego Zbawiciela jest tą ostatnią wolą Boga - człowieka przed Jego męczeństwem, przed Jego śmiercią i zmartwychwstaniem. Tu mamy natomiast ostatnią wolę zmartwychwstałego Chrystusa, przemienionego i wywyższonego. Ma to głęboki sens i znaczenie, że tę ostatnią wolę Pan Jezus łączy z faktem swego wniebowstąpienia i wypowiada ją jako już wywyższony, siedzący po prawicy Bożej. Ten wywyższony Zbawiciel zostawia swój ostatni testament nie pojedynczemu chrześcijaninowi, ale całemu Kościołowi, jako kontynuatorowi dzieła Chrystusowego, jako depozytariuszowi prawdy Bożej do końca tego eonu. Przyjrzyjmy się więc uważnie temu testamentowi, który jak gdyby już z wysokości tronu niebiańskiego zostaje przekazany Kościołowi, którego przecież i my wszyscy stanowimy żywą i nieodłączną cząsteczkę. Ale znamienne są wstępne słowa przed wypowiedzeniem tej ostatniej woli w chwili wniebowstąpienia Jezusa. Rozpoczyna ten swój testament od wymówki i skarcenia tych, których ma niebawem wyróżnić, a zarazem obarczyć wielkim zadaniem i wielką odpowiedzialnością. Wyrzuca uczniom, że mimo świadectwa tych, którzy Go widzieli, przede wszystkim niewiast, nie zdobyli się na pełną, ufną i niezachwianą wiarę w Zmartwychwstałego. Było to coś tak niezwykłego i niepojętego dla rozumu ludzkiego, iż nic dziwnego, że uczniowie nie mogli w to uwierzyć. Trzeba było rzeczywiście łaski z góry, aby to zrozumieć i uwierzyć. I dlatego nie dziwimy się, że nie tylko ten upamiętniony na kartach Nowego Testamentu niewierny Tomasz, który jako taki przeszedł w formie przysłowia do historii Kościoła, ale i ci wszyscy inni, walczyli wciąż ze zwątpieniem, czy wierzyć, czy nie wierzyć. I to im właśnie Pan Jezus wymawia, chcąc zarazem ich ostrzec, że z taką chwiejną, ludzką wiarą, z tą małowiernością w Jego zwycięstwo nad śmiercią i grobem, nie zbudują na ziemi Królestwa Bożego i nie staną się filarami Kościoła Chrystusowego na ziemi. Dlatego muszą przezwyciężyć swoje zwątpienie, odrzucić swoją małowierność, gdyż tylko ludziom o mocnej i niezachwianej wierze w zmartwychwstanie Chrystusa może On powierzyć wypełnienie testamentu. A wszak oni do tego zostali wybrani i powołani, aby świadczyć o tej cudownej. Boskiej prawdzie aż po dzień sądu ostatecznego. Czy my posiadamy taką wiarę? Czy Kościół Chrystusowy praktycznie, realnie w swojej działalności, a nie tylko w słowach, księgach wyznaniowych, ale w swojej walce, ofiarach, w poświęceniu i cierpieniu dla Chrystusa i dla Ewangelii, przejawia taką wiarę? Pan Jezus nie tylko natchnął swoich uczniów taką wiarą zanim mogli świadczyć o Nim, ale wyposażył ich także w nadprzyrodzone, specjalne siły, które łączą się organicznie z taką właśnie wiarą. Dziwne to są słowa, jak dziwne zresztą jest wszystko to, co działo się w życiu Chrystusa i Jego Kościoła od chwili zmartwychwstania, aż po dzień zesłania Ducha Świętego. Wszystko takie nieziemskie, nieracjonalne, niezrozumiałe, takie niewiarygodne i nieprawdopodobne, a przecież prawdziwe i realne. "A takie, znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą (...) a choćby coś trującego wypili, nie zaszkodzi im. Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją". Wyposażę ich w nadziemskie moce, które uzdolnią ich nie tylko do przeciwstawiania się światu bez obawy, nie tylko do przyjęcia na siebie ciężaru odpowiedzialności, ale także cierpienia i męczeństwa. Duch ich i ciało będą wyposażone w nadziemskie siły, tak ze będą potrafili walczyć nie tylko ze złymi duchami; będą uzdrawiać chorych przez położenie swoich dłoni, będą wyganiać nieczyste siły z człowieka. Czy to jest prawda? Czy te znaki towarzyszyły potem apostołom, obdarzonym tym wielkim i świętym zadaniem głoszenia światu Ewangelii Chrystusowej? Karty biblijne świadczą o tym, że tak było. Apostołowie rzeczywiście tak, jak ich Mistrz niejedną duszę opętaną przez diabła wyzwalali, niejednego chorego uzdrawiali, przywracając mu radosną i zwycięską wiarę w Boga. Rzeczywiście, wszelki lęk i wszelka obawa znikła z ich serc, tak że potrafili nie tylko oni, ale i ci wszyscy, którzy tę wiarę przejęli od nich, iść bez obawy na męczeństwo i śmierć za Chrystusa i Jego sprawę. My sobie tego dziś nie możemy nawet wyobrazić, co to była za niesłychana rewolucja duchowa w sercach i duszach obdarzonych tą wiarą. Punkt ciężkości w życiu tych ludzi został przeniesiony z ziemi do nieba. Straciło dla nich znaczenie i swoją ważność wszystko, co doczesne i ziemskie. I właśnie takim ludziom, których punkt ciężkości życia został w taki rewolucyjny i dogłębny sposób przeniesiony z ziemi do życia wiecznego i duchowego, Jezus powierzył i powierza i dziś sprawę Królestwa Bożego na ziemi, obdarzając ich niezwykłymi darami i mocami duchowymi. I tylko w tym świetle zrozumiemy zachowanie się pierwszych chrześcijan i apostołów. Nie byli doskonałymi ani świętymi, ale jeżeli chodziło o to, czy z światem przeciwko Chrystusowi albo przeciwko światu dla Chrystusa, nie było ceny, której by nie zapłacili bez wahania. I właśnie takim ludziom Kościół zawdzięcza swoje zwycięstwo. A dlaczego dzisiaj w Kościele nie ma takich znaków? Nazywamy je teologicznie charyzmatami, co oznacza, że są darem łaski. A więc to jest coś, co nie jest związane wyłącznie czy automatycznie ze znajomością Pisma Świętego ani z naszymi zdolnościami, ani z naszym urzędem kościelnym. To wszystko jest ważne, ale to nie jest ta zasadnicza, głęboka odnowa, to nie jest ta rewolucyjna przemiana w naszej psychice, w całej naszej istocie, jaka miała miejsce u apostołów i pierwszych wyznawców Chrystusa... Te charyzmaty, te znaki są jeszcze i dziś w Kościele. Tylko one są niezależne od tego wszystkiego cośmy tu przed chwilą wymienili. Można ich nie znaleźć u najmądrzejszego biskupa czy najzdolniejszego kaznodziei, czy najwyższego hierarchy kościelnego, natomiast można je znaleźć u prostaczka z dziecięcą, ufną wiarą w każde słowo Chrystusowe i z gotowością oddania za tę wiarę swego życia. Gdyby już takich ludzi nie było w chrześcijaństwie, dawno by już przestało ono istnieć. Ale ci ludzie są, chociaż my ich nie widzimy lub nie rozpoznajemy, lub zgoła ich mylnie osądzamy. Nasz Kościół Ewangelicki zna takie postacie w swojej historii, które potrafiły mocą swej wiary uzdrawiać chorych i wypędzać demony z opętanych. Ale, niestety, mało było i jest takich ludzi. I to stanowi słabość naszego Kościoła, że my znajdujemy tak łatwo i chętnie wymówkę teologiczną na zanik tych znaków w Kościele. Naucza się, że takie specjalne znaki są związane z początkiem powstania Kościoła, że to są kwiaty, które kwitną tylko na wiosnę, w okresie który szybko mija: pierwszej miłości i entuzjazmu wiary. A teraz nastał jakoby tylko okres codziennej, żmudnej pracy. Owszem, taką żmudną, uczciwą i ofiarną pracą można zbudować imponujący system kościelny, piękne parafie, liczne zakłady dobroczynne, ale nie można zwyciężać demonów, które przecież i dziś w tak jawny, straszliwy sposób potrafią opętać człowieka, a nawet całe narody i państwa, pchając je na drogę masowych zbrodni i grzechów. A wobec tej mocy demonów nasz ziemski, pobożny, zorganizowany i czcigodny Kościół nie poradzi! Dlatego musimy się uderzyć we własne piersi i pytać Tego dziś wywyższonego na prawicę Boga Syna Bożego, czy zanik tych znaków nie płynie czasami z naszej małowierności, z tego, że staliśmy się może nazbyt mądrzy i pewni siebie? Zamiast więc wynajdywać, wyszukiwać dla siebie teologiczne wymówki, bolejmy jako Kościół nad naszym ubóstwem duchowym i szukajmy spotkania z Chrystusem w sakramencie Komunii Świętej, prosząc Go o uzdolnienie nas do przyjęcia charyzmatów, owych darów łaski. Bo jeżeli na to się nie
zdobędziemy, jeżeli w ufności w naszą mądrość, organizację, w ludzką
pobożność znajdziemy swoje usprawiedliwienie, to razem z utratą wiary w te
cuda, z utratą zdolności do tych znamion wiary, utracimy swoje
posłannictwo i Jego pełnomocnictwo. Utracimy także i misję świadków
zmartwychwstałego i wywyższonego Chrystusa, a staniemy się tylko ludzką,
ziemską, niedoskonałą, może i pożyteczną, ale, tylko w małym stopniu i w
małym zakresie ziemskim, organizacją kościelną. I tego nam dziś potrzeba w
tych ciężkich, decydujących dla chrześcijaństwa czasach, które stoją przed
nami, przed pokoleniem naszych dzieci i naszych wnuków. bp Z. Michelis, "Panie, mów do mnie", Wydawnictwo "Zwiastun", Warszawa 1988. (BA) (c) Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, 2002 r. |