
![]()
"Zwiastun Ewangelicki" |
[Człowiek, który miał na imię Job]
Axel Hambraeus (1)
Już na schodach usłyszał
dźwięki pierwszej części kwintetu Haydna. To było powodem, że nie zadzwonił u
frontowych drzwi wejściowych, lecz cicho zastukał do drzwi kuchennych. Otworzyła
je pomocnica domowa w czarnej sukience i ładnym białym fartuszku, czarne włosy
przykrywał nakrochmalony czepeczek.
— Ależ, panie profesorze, dlaczego tędy? — zapytała z uśmiechem. Profesor
położył palec na ustach:
— Cichutko, cichutko, czy pani nie słyszy, że tamci już grają? To utwór Haydna,
jest tak piękny, że nie można przeszkadzać.
Profesor delikatnie odsunął dziewczynę i wszedł do kuchni. Poczuł zapach
smakowicie smażonej cebulki i małych doskonałych zrazików. Wieczory muzyczne u
doktorostwa były doprawdy pod każdym względem znakomite. Profesor, zadomowiony
widać w kuchni doktorostwa, wysunął szufladkę, z której wyjął mały widelczyk, po
czym ułamał kawałek bułki i wyjął widelcem zrazik wprost z garnka. Z bułeczką w
jednej ręce i zrazikiem na widelcu w drugiej mrugnąwszy w stronę Majken zniknął
za drzwiami, prowadzącymi do mieszkania. Przeszedł długim korytarzem do
przedpokoju. Zjadł zrazik i bułeczkę, a widelec położył na stoliku, gdzie go
później znalazła pani domu, co jej dało powód do rozmyślań nad nową zagadką poza
licznymi innymi, w które obfituje życie.
Z przedpokoju profesor prześliznął się do pokoju przyjęć doktora. Usiadłszy w
wygodnym skórzanym fotelu, przymknął oczy i słuchał. Drzwi do salonu były
otwarte. Po środku pokoju, pokrytym dużym perskim dywanem, siedzieli członkowie
kwartetu. Doktor Sjöberg — pierwsze skrzypce, krępy,
nieco otyły mężczyzna, pochodzący ze Skanii, o żywym temperamencie i
nieskazitelnej technice gry. Dalej inspektor kolejowy Palm — drugie skrzypce, o
postawie wojskowego, posiadający lakoniczny humor i celujący w opowiadaniu
kawałów. Następnie proboszcz Ahle — altówka, wysoki, szczupły, o płomiennych
oczach, pełen zapału zarówno do swego zawodu jak i muzyki. Wreszcie handlowiec
Henriksson — wiolonczela, tęgi i flegmatyczny; grube jego palce, pokryte
pierścieniami, nie wydawały się odpowiednie do gry na wiolonczeli, potrafił
jednak wyczarować ze swego instrumentu takie tony, że kobiety, słuchające jego
gry na jakichś uroczystościach czy też w kościele na pogrzebach, niemal
omdlewały z zachwytu i wzruszenia.
Profesor Hagermark nie grał na żadnym instrumencie, kochał jednak muzykę na swój
sposób. Mawiał na wpół żartem, na wpół serio: „Muzyka — to jedyna religia, którą
wyznaję". Nikt się chyba nigdy nie dowiedział, co czuł i myślał, słuchając z
przymkniętymi oczami gry kwartetu smyczkowego. Jedno jest pewne: kto by spojrzał
na niego ukradkiem, zobaczyłby na jego twarzy, zwykle pozornie gładkiej, a
zdradzającej głęboką melancholię, wyraz rozpromienienia. Wyglądał raczej na
aktora, na którego twarzy grywanie przeważnie ról melancholijnych, wyżłobiło
ślad nieuleczalnego tragizmu.
Poza profesorem obecna była tylko jedna słuchaczka — żona doktora, kwartet
bowiem grywał tylko dla własnej przyjemności. Doktorowa Sjöberg
była niegdyś śpiewaczką, występowała nawet w operze i stałaby się z pewnością
sławna, gdyby nie stanęła temu na przeszkodzie ciężka choroba nerek. Choroba
wywołała u niej melancholię, którą łagodziły jedynie dwie rzeczy: muzyka oraz
nieoceniony humor jej męża. Trudno sobie wyobrazić pogodniejszego człowieka niż
doktor Sjöberg. Kochały go pielęgniarki, uwielbiali
pacjenci. Nawet w czasie ciężkich operacji mruczał cichutko jakiś motyw swych
ukochanych klasyków muzyki.
Ukończono właśnie pierwszą część kwartetu; gdy strojono instrumenty, by przejść
do cudnej drugiej części, profesor Hagermark podniósł na chwilę wzrok. W kącie
salonu spostrzegł doktorową Sjöberg, siedziała przy
przysłoniętej lampie, zajęta robótką ręczną. Obserwował jej klasyczne, spokojne
rysy, zakłócone jedynie kilku bolesnymi głębokimi zmarszczkami koło ust. Jej
powieki, ciężkie i jakby lekko opuchnięte, świadczyły o tym, że często płakała.
Gdy popłynęły pierwsze tony, zmarszczki jakby się wygładziły, objęła spojrzeniem
grających, a jasny blask opromienił jej oczy, jakby ujrzana piękne zjawisko.
Po ukończeniu kwintetu w drzwiach salonu ukazała się Majken i poprosiła do
stołu. Muzycy wstali, odłożywszy troskliwie instrumenty. Doktorowa weszła do
gabinetu — wiedziała, że tam zazwyczaj siedział profesor Hagermark — i
przywitała się z nim. Podał jej uprzejmie ramię, był zawsze gościem honorowym na
tych małych przyjęciach muzycznych. Przy stole mówiono przeważnie o muzyce. Gdy
po ukończeniu posiłku udawano się do salonu na kawę i papierosa, rozmowa
schodziła często na inne tory. Zazwyczaj kończono wieczór wykonaniem jeszcze
jednego kwartetu, często jednak wiele czasu upływało, zanim wyczerpano ożywioną
pogawędkę.
Nikt dobrze nie wiedział, jak do tego doszło, że tego wieczoru zaczęto mówić o
religii.
— Nie mogę zrozumieć, jak można
cos takiego, jak teologię nazywać nauką!
— Jak to? Teologii nie można nazywać nauką? — uniósł się proboszcz Ahle. —
Pomyślcie tylko o uczonych dziełach, które napisali badacze-teolodzy, studiujący
religie świata. Czy to nie jest nauka? Pomyślcie, ile filozoficznych problemów i
trudności nastręcza Biblia jako literatura! Pomyślcie o badaniach źródłowych
starożytnych rękopisów hebrajskich i greckich. Zważcie, jak poważną nauką jest
historia Kościoła. I historia dogmatów. Chodzi tu przecież o duchową
rzeczywistość i fakty historyczne. I to nie miałoby być nauką? Podobnie jak
historia filozofii i filozofów jest nauką, tak i historia religii i jej
przedstawicieli jest również nauką!
— Nie mogę zaprzeczyć, że istnieje pewien dział, zwłaszcza historia religii,
który jest nauką — odparł profesor — niestety jednak samej religii nie można
zaliczyć do nauki. Filozofia jest wiedzą ścisłą, zajmuje się myślą ludzką, a
czym jest właściwie religia? To fikcje, zjawiska, urojenia, zabobony.
Te słowa, wypowiedziane przez profesora z gorzkim cynizmem, zdumiewającym u
człowieka zdawałoby się tak spokojnego, wywołały falę sprzeciwów w tym małym
gronie. Jedynie doktorowa i proboszcz milczeli. Ale podobny był do młodego
rumaka bojowego, który gotów był rzucić się w wir walki na śmierć i życie. Zanim
się jednak odezwał, profesor Hagermark zapytał z wyzywającym gestem ręki, w
której trzymał zapalone cygaro:
— Czy możesz temu zaprzeczyć, Ahle? Czy możesz dowieść, że religia jest czymś
rzeczywistym?
Ksiądz Ahle spoglądał właśnie w tej chwili na doktorową i miał przez chwilę
złudzenie, że pytanie profesora pochodziło od niej. W spojrzeniu Hagermarka
wyczytał pełne zarozumiałości retoryczne pytanie. Oczy doktorowej były pełne
palącej trwogi i rozpaczy. Miał wrażenie, że to ona pytała, nie profesor. Sprawa
obchodziła jego jedynie teoretycznie, lecz doktorowa... W tej chwili zrozumiał
całą tragedię jej życia: przerwana kariera artystyczna, nieuleczalna choroba,
bezdzietne małżeństwo jako przystań, w której zakotwiczyła się łódź jej życia
chroniąc się przed wezbranymi falami. Pewnego dnia ta przystań przestanie jej
wystarczać. Pewnego dnia ogarną ją fale okrutnego cierpienia, którego w
skrytości tak się obawia. Zdawała sobie sprawę z tego, że to rak, i wiedzieli to
wszyscy, choć nie chcieli o tym myśleć. Taka piękna młoda kobieta! Proboszcz
widział utkwione w nim oczy pełne trwogi i szukał w pamięci, co mu to spojrzenie
przypomina. Czyje to było spojrzenie i gdzie je widział? Już sobie przypomniał,
już wiedział.
d.c.n.
Powrót do spisu treści numeru. Ks. Axel Hambraeus, duchowny szwedzki, autor wydanej przez Zwiastun interesującej powieści: „Proboszcz z Udarbo".
(c) 2001-2003 - Kościół Ewangelicko-Augsburski w RP - internet@luteranie.pl