Witryna Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP


"Zwiastun Ewangelicki"
 nr 1/1963

[Człowiek, który miał na imię Job]

Axel Hambraeus (1)

Już na schodach usłyszał dźwięki pierwszej części kwintetu Haydna. To było powodem, że nie zadzwonił u frontowych drzwi wejściowych, lecz cicho zastukał do drzwi kuchennych. Otworzyła je pomocnica domowa w czarnej sukience i ładnym białym fartuszku, czarne włosy przykrywał nakrochmalony czepeczek.

— Ależ, panie profesorze, dlaczego tędy? — zapytała z uśmiechem. Profesor położył palec na ustach:

— Cichutko, cichutko, czy pani nie słyszy, że tamci już grają? To utwór Haydna, jest tak piękny, że nie można przeszkadzać.

Profesor delikatnie odsunął dziewczynę i wszedł do kuchni. Poczuł zapach smakowicie smażonej cebulki i małych doskonałych zrazików. Wieczory muzyczne u doktorostwa były doprawdy pod każdym względem znakomite. Profesor, zadomowiony widać w kuchni doktorostwa, wysunął szufladkę, z której wyjął mały widelczyk, po czym ułamał kawałek bułki i wyjął widelcem zrazik wprost z garnka. Z bułeczką w jednej ręce i zrazikiem na widelcu w drugiej mrugnąwszy w stronę Majken zniknął za drzwiami, prowadzącymi do mieszkania. Przeszedł długim korytarzem do przedpokoju. Zjadł zrazik i bułeczkę, a widelec położył na stoliku, gdzie go później znalazła pani domu, co jej dało powód do rozmyślań nad nową zagadką poza licznymi innymi, w które obfituje życie.

Z przedpokoju profesor prześliznął się do pokoju przyjęć doktora. Usiadłszy w wygodnym skórzanym fotelu, przymknął oczy i słuchał. Drzwi do salonu były otwarte. Po środku pokoju, pokrytym dużym perskim dywanem, siedzieli członkowie kwartetu. Doktor Sjöberg — pierwsze skrzypce, krępy, nieco otyły mężczyzna, pochodzący ze Skanii, o żywym temperamencie i nieskazitelnej technice gry. Dalej inspektor kolejowy Palm — drugie skrzypce, o postawie wojskowego, posiadający lakoniczny humor i celujący w opowiadaniu kawałów. Następnie proboszcz Ahle — altówka, wysoki, szczupły, o płomiennych oczach, pełen zapału zarówno do swego zawodu jak i muzyki. Wreszcie handlowiec Henriksson — wiolonczela, tęgi i flegmatyczny; grube jego palce, pokryte pierścieniami, nie wydawały się odpowiednie do gry na wiolonczeli, potrafił jednak wyczarować ze swego instrumentu takie tony, że kobiety, słuchające jego gry na jakichś uroczystościach czy też w kościele na pogrzebach, niemal omdlewały z zachwytu i wzruszenia.

Profesor Hagermark nie grał na żadnym instrumencie, kochał jednak muzykę na swój sposób. Mawiał na wpół żartem, na wpół serio: „Muzyka — to jedyna religia, którą wyznaję". Nikt się chyba nigdy nie dowiedział, co czuł i myślał, słuchając z przymkniętymi oczami gry kwartetu smyczkowego. Jedno jest pewne: kto by spojrzał na niego ukradkiem, zobaczyłby na jego twarzy, zwykle pozornie gładkiej, a zdradzającej głęboką melancholię, wyraz rozpromienienia. Wyglądał raczej na aktora, na którego twarzy grywanie przeważnie ról melancholijnych, wyżłobiło ślad nieuleczalnego tragizmu.

Poza profesorem obecna była tylko jedna słuchaczka — żona doktora, kwartet bowiem grywał tylko dla własnej przyjemności. Doktorowa Sjöberg była niegdyś śpiewaczką, występowała nawet w operze i stałaby się z pewnością sławna, gdyby nie stanęła temu na przeszkodzie ciężka choroba nerek. Choroba wywołała u niej melancholię, którą łagodziły jedynie dwie rzeczy: muzyka oraz nieoceniony humor jej męża. Trudno sobie wyobrazić pogodniejszego człowieka niż doktor Sjöberg. Kochały go pielęgniarki, uwielbiali pacjenci. Nawet w czasie ciężkich operacji mruczał cichutko jakiś motyw swych ukochanych klasyków muzyki.

Ukończono właśnie pierwszą część kwartetu; gdy strojono instrumenty, by przejść do cudnej drugiej części, profesor Hagermark podniósł na chwilę wzrok. W kącie salonu spostrzegł doktorową Sjöberg, siedziała przy przysłoniętej lampie, zajęta robótką ręczną. Obserwował jej klasyczne, spokojne rysy, zakłócone jedynie kilku bolesnymi głębokimi zmarszczkami koło ust. Jej powieki, ciężkie i jakby lekko opuchnięte, świadczyły o tym, że często płakała. Gdy popłynęły pierwsze tony, zmarszczki jakby się wygładziły, objęła spojrzeniem grających, a jasny blask opromienił jej oczy, jakby ujrzana piękne zjawisko.

Po ukończeniu kwintetu w drzwiach salonu ukazała się Majken i poprosiła do stołu. Muzycy wstali, odłożywszy troskliwie instrumenty. Doktorowa weszła do gabinetu — wiedziała, że tam zazwyczaj siedział profesor Hagermark — i przywitała się z nim. Podał jej uprzejmie ramię, był zawsze gościem honorowym na tych małych przyjęciach muzycznych. Przy stole mówiono przeważnie o muzyce. Gdy po ukończeniu posiłku udawano się do salonu na kawę i papierosa, rozmowa schodziła często na inne tory. Zazwyczaj kończono wieczór wykonaniem jeszcze jednego kwartetu, często jednak wiele czasu upływało, zanim wyczerpano ożywioną pogawędkę.

Nikt dobrze nie wiedział, jak do tego doszło, że tego wieczoru zaczęto mówić o religii.

— Nie mogę zrozumieć, jak można cos takiego, jak teologię nazywać nauką!

— Jak to? Teologii nie można nazywać nauką? — uniósł się proboszcz Ahle. — Pomyślcie tylko o uczonych dziełach, które napisali badacze-teolodzy, studiujący religie świata. Czy to nie jest nauka? Pomyślcie, ile filozoficznych problemów i trudności nastręcza Biblia jako literatura! Pomyślcie o badaniach źródłowych starożytnych rękopisów hebrajskich i greckich. Zważcie, jak poważną nauką jest historia Kościoła. I historia dogmatów. Chodzi tu przecież o duchową rzeczywistość i fakty historyczne. I to nie miałoby być nauką? Podobnie jak historia filozofii i filozofów jest nauką, tak i historia religii i jej przedstawicieli jest również nauką!

— Nie mogę zaprzeczyć, że istnieje pewien dział, zwłaszcza historia religii, który jest nauką — odparł profesor — niestety jednak samej religii nie można zaliczyć do nauki. Filozofia jest wiedzą ścisłą, zajmuje się myślą ludzką, a czym jest właściwie religia? To fikcje, zjawiska, urojenia, zabobony.

Te słowa, wypowiedziane przez profesora z gorzkim cynizmem, zdumiewającym u człowieka zdawałoby się tak spokojnego, wywołały falę sprzeciwów w tym małym gronie. Jedynie doktorowa i proboszcz milczeli. Ale podobny był do młodego rumaka bojowego, który gotów był rzucić się w wir walki na śmierć i życie. Zanim się jednak odezwał, profesor Hagermark zapytał z wyzywającym gestem ręki, w której trzymał zapalone cygaro:

— Czy możesz temu zaprzeczyć, Ahle? Czy możesz dowieść, że religia jest czymś rzeczywistym?

Ksiądz Ahle spoglądał właśnie w tej chwili na doktorową i miał przez chwilę złudzenie, że pytanie profesora pochodziło od niej. W spojrzeniu Hagermarka wyczytał pełne zarozumiałości retoryczne pytanie. Oczy doktorowej były pełne palącej trwogi i rozpaczy. Miał wrażenie, że to ona pytała, nie profesor. Sprawa obchodziła jego jedynie teoretycznie, lecz doktorowa... W tej chwili zrozumiał całą tragedię jej życia: przerwana kariera artystyczna, nieuleczalna choroba, bezdzietne małżeństwo jako przystań, w której zakotwiczyła się łódź jej życia chroniąc się przed wezbranymi falami. Pewnego dnia ta przystań przestanie jej wystarczać. Pewnego dnia ogarną ją fale okrutnego cierpienia, którego w skrytości tak się obawia. Zdawała sobie sprawę z tego, że to rak, i wiedzieli to wszyscy, choć nie chcieli o tym myśleć. Taka piękna młoda kobieta! Proboszcz widział utkwione w nim oczy pełne trwogi i szukał w pamięci, co mu to spojrzenie przypomina. Czyje to było spojrzenie i gdzie je widział? Już sobie przypomniał, już wiedział.

d.c.n.


Powrót do spisu treści numeru. Ks. Axel Hambraeus, duchowny szwedzki, autor wydanej przez Zwiastun interesującej powieści: „Proboszcz z Udarbo".


(c) 2001-2003 - Kościół Ewangelicko-Augsburski w RP - internet@luteranie.pl