
![]()
[Katarzyna
v. Bora (1499-1552)]
ks. O. Ernst (1899)
Na dzień 29 stycznia r.
b. przypadła czterechsetna rocznica urodzin Katarzyny v. Bora, małżonki
reformatora naszego Dr. M. Lutra. Pamięci tej wiernej towarzyszki
wielkiego męża poświęcić należy choć krótką wzmiankę.
Katarzyna v. Bora pochodziła ze starego, choć podupadłego rodu
szlacheckiego z miejscowości Miśnji (Meissen). W r. 1509 oddano 10-io
letnią Katarzynę do, klasztoru w Nimptzsch, w którym ciotka jej, Magdalena
v. Bora, zajmowała urząd dozorczyni chorych. Sześć lat później (1615 r.)
Katarzyna, mając lat 16, złożyła śluby zakonne.
Gdy wielki mnich wittenberski powstał przeciw zepsuciu ówczesnego kościoła
i głosić począł swą naukę, opartą jedynie na Piśmie Św., wieść o tem
przedostała się i poprzez mury klasztorne i rozbudziła w sercach wielu
zakonnic pragnienie wydostania się z miejsca, gdzie, niestety, pomimo
umartwień ciała i praktyk religijnych, spokoju duszy osięgnąć nie mogły.
Myśl, która w zarodku kiełkowała w sercach ich, że można służyć Bogu i
poza murami klasztornymi, spełniając zadanie, jakie Bóg wyznaczył
człowiekowi, popchnęła mniszki do czynu: postanowiły zerwać narzucone im
już w dzieciństwie, a tak niesłuszne śluby. Dziewięć zakonnic, a w ich
liczbie Katarzyna v. Bora, udało się do krewnych swych z prośbą, by je
oswobodzono. Gdy jednak prośba ich spotkała się z odmową, zwróciły się do
radcy miasta Torgawy, Leonarda Koppe, który też z pomocą dwóch mieszczan w
r. 1523, w nocy przed Wielkanocą, (a. więc nie w Wielki Piątek, jak
niektórzy głoszą, lecz w Wielką Sobotę) w nocy z 4-go na 5-ty kwietnia
uprowadził zakonnice z klasztoru i szczęśliwie dowiózł je do Wittenbergi.
Katarzynę przyjęła i przygarnęła, jak własną córkę, rodzina późniejszego
burmistrza miasta, Filipa Reichenbacha; i z tego to domu pojął ją Luter za
żonę.
Co skłoniło Lutra do wyboru Katarzyny, dociec trudno. Pewnem jest, że gdy
Katarzyna przybyła do Wittenbergi, Luter o ożenieniu się nie myślał, a
najmniej o małżeństwie z Katarzyną. Na dowód tego wystarczy przytoczyć
choćby tylko fakt, iż Luter szczerze starał się, by, wydać Katarzynę za
uczciwego i zacnego człowieka. Z początku serce Katarzyny skłamało się ku
patrycjuszowi z Norymbergi 11, Baumgartnerowi, i Luter chętnie
pobłogosławiłby ten związek. Lecz gdy Baumgartner ożenił się w r. 1525 z
inną, Luter chciał wydać Katarzynę za kaznodzieję Grlatza, lecz trafił tu
na niezłamany opór Katarzyny. Odmówiła ona stanowczo i zwróciła się do
Amsdorfa, przyjaciela Lutra, by ją wytłómaczył przed nim. Przytem
nieoględnie wymknęło się jej wyznanie, że gdyby Amsdorf lub Luter ją
poślubić chcieli, nie odmówiłaby. Choć Luter słowa te, powtórzone sobie,
przyjął z pewnem oburzeniem, widząc w nich wyraz dumy i zarozumiałości,
lecz, być może, że właśnie słowa te skłoniły go do zwrócenia baczniejszej
uwagi na Katarzynę, a ujęty bądź co bądź niepoślednim jej charakterem,
postanowił ją zaślubić. Erazm Roterdamczyk, a za nim katoliccy pisarze,
podają jako powód, iż Luter obrał za żonę Katarzynę, jej urodę; nazywa ją
Erazm prześliczną. Lecz portrety jej, wykonane przez Łukasza Kranacha,
zadają kłam takiemu twierdzeniu. Katarzyna wcale nie była ,,prześliczną,"
nie można jej nawet nazwać ładną; była ona zjawiskiem powszedniem.
Również zupełnie bezpodstawnem jest twierdzenie, iż Luter dlatego
rozpoczął dzieło reformacji, by módz się ożenić. Wszak wiemy, że Luter już
w r. 1517 zerwał z Rzymem; mógł więc wtedy już się ożenić, nie czekając
lat 8. Jedyną pobudką, że Luter zawarł związek małżeński była ta, że
chciał on przed światem całym złożyć świadectwo, iż nietylko powstaje
przeciw bezżeństwu duchowieństwa, lecz stwierdza słowa swoje czynem.
Kiedy i jak porozumiał się Luter z Katarzyną, o tem nie wiemy. Lecz to
pewne, że 13-go czerwca 1525 r. zawarł z nią związek małżeński.
Śmiały
ten krok reformatora, jak w ogóle wszystkie jego czyny, choćby były najuczciwsze
i najszlachetniejsze, starano się obrzucić błotem, nie cofając się przed
oszczerstwem. Pisarze katoliccy, sądząc zapewne, że zohydziwszy Lutra i
małżeństwo jego, tem samem zohydzą sprawę, której bronił, sprawę ewangelji,
utrzymują, że Luter przez swoje ożenienie się nietylko złamał ślub zakonny, lecz
że zawarte przez niego małżeństwo nie było ważnem, nie było wcale małżeństwem,
bo przez kościół nie pobłogosławionem. Zapominają ci panowie, może nawet z
rozmysłem zapominają, że ówczesny porządek zawierania małżeństw wielce się
różnił od obecnie istniejącego. Wtedy bowiem małżeństwo było ważnem, gdy
nastąpiła zobopólna zgoda narzeczonych, wyrażona wobec świadków; kościół zaś
żądał tylko, by małżonkowie udali się do kościoła nazajutrz, lub i później, w
celu otrzymania błogosławieństwa.
Że Luter zawarł związek małżeński z Katarzyną podług ówczesnych praw i
zwyczajów, dowodzą nam dwa listy: list pisany nazajutrz po ślubie Lutra, 14
czerwca, przez Jonasa, świadka przy zawarciu małżeństwa, do Spalatina, i list
Melanchtona do Kamerarjusza (Camerarius) z 16 czerwca. Z listów tych czerpiemy
następujące dane: We wtorek 13 czerwca 1525 r. zaprosił Luter do siebie malarza
Łukasza Kranacha z żoną, profesora prawa Dr. Apela, proboszcza miasta
Wittenbergi Bugenhagena i Jonasa, proboszcza przy kościele zamkowym. "W ich to
obecności zawarł Luter małżeństwo swoje z Katarzyną. Z rozmysłem obrał sobie
Luter takich świadków: Bugenhagen i Jonas — przedniejsi kaznodzieje Wittenbergi;
Kranach — cieszący się powszechnym szacunkiem, radca i skarbnik miasta; Apel —
profesor prawa przy wszechnicy. Najprawdopodobniej Bugenhagen połączył
narzeczonych. Obecność dwóch duchownych jest najoczywistszym dowodem, iż
małżeństwo zawarte zostało podług wszelkich przepisów kościelnych. Świadczy o
tem i list Melanchtona, który opiewa, iż wszelkie obrządki były zachowane.
Nazajutrz rano urządził Luter małą ucztę przyjacielską, na którą magistrat
miasta Wittenbergi z okazji „radosnej wieści o zawarciu małżeństwa przez Lutra"
przysłał wina wyborowego, a wszechnica ofiarowała młodym małżonkom w darze
piękny puchar srebrny. Czternaście dni zaś potem nastąpiła oficjalna uczta
weselna, na której obecni byli, prócz przyjaciół, i rodzice Lutra
Radość Lutra, niestety, nie była zupełną: brakowało na jednej, jak i na drugiej
uczcie najbliższego i najlepszego jego przyjaciela, Melanchtona. Bojaźliwy z
natury, Melanchton nie umiał się na razie pogodzić ze śmiałym krokiem Lutra.
Nakłaniał, co prawda, innych, by uczestniczyli w uczcie weselnej, lecz sam nie
odważył się pójść, obawiając się smutnych następstw, jakie według jego zdania
musiały wypłynąć z ożenienia się Lutra. Zdanie to podzielali i inni. Tak np.
prawnik Hieronim Schurf nie dowierzał, by Luter mógł uczynić krok podobny i
twierdził: „Jeżeli ten mnich pojmie, żonę, cały świat i djabeł śmiać się będą, i
sam całą swą sprawę popsute."
Okrzyk też radości i tryumfu rozległ się w obozie katolickim. Sądzono, że
krokiem swym Luter zadał cios ostateczny sprawie, której bronił. Oszczerstwa
sypać się poczęły, nawet Erazm Roterdamczyk, jeden z najświatlejszych ludzi
swego czasu, powtarzał je za innymi, choć je później cofnął.
Luter przeciwnie był dobrej myśli, a trzy dni po ślubie pisze do Spalatina:
„stałem się tak małym i pogardy godnym przez to małżeństwo, iż tuszę sobie, że
aniołowie się radują, a djabli płaczą." Nie żałował też Luter nigdy swego kroku.
Choć przybyło mu trosk, Katarzyna, mimo nieodłącznych wad pewnych, była mu
wierną towarzyszką, wytrwale stojącą przy nim w dniach radości i smutku.
Największą wadą Katarzyny może była jej duma, jej chęć "postawienia na swojem;"
lecz znalazł Luter w niej to, co stanowi podstawę małżeńskiego szczęścia: jasny
pogląd na rzeczy, zrozumienie dążeń i celów męża swego, ciepłe serce,
gospodarność i oszczędność, słowem, znalazł w niej prawdziwy skarb i po dwunastu
latach pożycia nie szczędzi jej pochwał: „Mam pobożną, wierną żonę, na której
polegać może serce męża, jak mówi Salomon (Przyp. 31, 11)."
O tem, że Luter był nadzwyczaj szczęśliwym w pożyciu z Katarzyną, świadczą
liczne miejsca z jego listów. Gdy Kranach przyniósł portret Katarzyny,
własnoręcznie malowany, Luter cieszył się serdecznie i rzekł: „A teraz każę do
tego namalować męża i takie dwa obrazy posłać na sobór do Mantui i zapytać się
tam zebranych ojców św., czy nie przekładają stanu małżeńskiego nad bezżenne
życie duchownych." Czem była Katarzyna dla Lutra, niechaj o tem jeszcze świadczą
słowa jego: „Najwyższą łaską i darem na ziemi jest mieć pobożną, bogobojną i
gospodarną małżonkę, z którą możesz żyć zgodnie, której powierzyć możesz swe
dobro i co posiadasz, nawet ciało i życie. Miłuję swą żonę, milszą mi ona, niż
ja sam sobie."
Katarzyna
wywierała też wielce dobroczynny wpływ na Lutra: łagodziła wybuchy jego
charakteru gwałtownego, uspakajała go, tak że za jej namową stawał się
cierpliwszym i mniej cierpkim; wiernie dopomagała mężowi swemu w chwilach
ciężkich i bolesnych. Podczas choroby czuwała nad nim i otaczała swą opieką. Gdy
w r. 1527 wybuchł mór w Wittenberdze, kto tylko mógł, opuszczał miasto. Luter
jednak, pomimo rozkazu elektora, wytrwał na stanowisku. Posłańcowi książęcemu
rzekł on: "Idźcie i powiedzcie panu memu łaskawemu: najemnik ucieka, gdy wilk
się zbliża, lecz pasterz pozostaje przy swojem stadzie." Wtem żona schwyciła go
za rękę mówiąc: "To jest słusznem, kochany doktorze, i tam, gdzie ty zostaniesz,
zostanę i ja." I wytrwała przy boku męża swego.
Obdarzyła Katarzyna Lutra sześciorgiem dzieci. 7 czerwca 1526 powiła mu
pierwszego syna, któremu nadano imię Jan; prócz tego została matką trzech córek:
Elżbiety, Magdaleny, Małgorzaty, i dwóch synów: Marcina i Pawła.
Jaką była żoną, taką była też matką. Choć z dzieci jej jeden tylko Paweł
zajmował wybitne stanowisko, gdyż był znanym lekarzem na dworze Augusta,
elektora saskiego, lecz wychowała je wzorowo i wpoiła takie zasady, że nawet
zwykle podejrzliwi jezuici nie mogli znaleźć plamy żadnej na ich życiu i żadnej
skazy w ich postępowaniu.
Prócz tych zalet należy wspomnieć o jej gospodarności i oszczędności a przytem
rozumnej gościnności. Luter mało dbał o dobra ziemskie, nie umiał zbierać grosza
na czarną godzinę, będąc z natury hojnym i szczodrobliwym. Nieraz też znajdował
się w bardzo krytycznem położeniu majątkowem. Za swoje wykłady nie pobierał
wynagrodzenia, za dzieła swoje nie brał zapłaty. Największa pensja, jaką
pobierał od elektora, wynosiła 300 złotych; podarunków od swych wielbicieli nie
brał, przyjmował tylko upominki od dobrych przyjaciół. I tu pomagała mu
Katarzyna swą skrzętnością i zabiegliwością, wiążąc koniec z końcem.
Hart woli i duszy objawił się szczególnie u Katarzyny wtedy, gdy śmierć jej
zabrała małżonka.
Z wielkim niepokojem puszczała ona w r. 1546 męża swego z synami do Mansfeldu,
dokąd Luter pojechał dla ułagodzenia nieporozumień, zaszłych w rodzinie hrabiów
Mansfeldu. Przeczucia nie zawiodły jej. W mieście, w którem się urodził,
otoczony gronem przyjaciół, spoczął wielki mąż w Bogu. Cios, którym Bóg dotknął
Katarzynę, był ciężki i bolesny. Ileż smutku, ileż przywiązania zawiera list
jej, pisany do siostry sześć tygodni po śmierci Lutra: „Iż macie współczucie
serdeczne dla mnie i dzieci moich, "wierzę zupełnie. Gdyż któż nie byłby
słusznie zasmuconym i, stroskanym po tak drogim mężu, jakim był mój kochany pan,
który nietylko jednemu miastu lub krajowi, lecz całemu światu służył..... Nie
.mogę ani jeść, ani pić, ani też spać. I gdybym posiadała była. księstwo lub
cesarstwo, nigdybym tyle bólu nie odczuła po utracie ich, iłem ucierpiała, gdy
Pan Bóg zabrał mi, lecz nietylko mnie, ale i światu całemu, tego kochanego i
drogiego męża."
Po śmierci Lutra Katarzyna znalazła się, w krytycznem materjalnem położeniu. Nie
wiele pozostawił po sobie Luter; elektor pośpieszył wdowie reformatora z pomocą
i kupił dla niej i jej dzieci mająteczek Wachsdorf pod Wittenbergą. Król duński
Krystjan przeznaczył jej również 50 talarów rocznej pensji. Lecz mimo. to
walczyć musiała z troskami codziennego życia. "Wiara jednak w Boga, Ojca wdów i
sierot, nie opuszczała jej do końca życia, nawet w najcięższych chwilach. Gdy
wkrótce po śmierci Lutra wybuchła wojna domowa, a dzikie żołdactwo, cesarskie
zalało kraj, mszcząc wszystko, uciekać musiała i na obczyźnie szukać
schronienia, nim po ukończeniu wojny wrócić mogła do porzuconej siedziby swojej.
W r. 1552 wybuchł znów mór, choroba zawitała do jej domu; porzuciła więc
wszystko, by udać się z dziećmi do Torgawy. .Nie wróciła już więcej. W drodze
spłoszone konie rozbiegały się; chcąc ratować dzieci swoje, zeskoczyła Katarzyna
z wozu i nieszczęśliwie upadła. Przestrach, przeziębienie, a zapewne i
wewnętrzne uszkodzenie organizmu rzuciły ją na łoże boleści. Zdradliwa febra
przecięła nić jej życia po trzech miesiącach ciężkiej niemocy. 20 grudnia 1552,
wyznawszy, jak i jej małżonek, niezachwianą ufność w łaskę i miłosierdzie Boga i
wiarę swą w Zbawiciela, oddała Bogu duszę.
Krótki, ten zarys .życia Katarzyny v. Bora, żony reformatora naszego, jasno
dowodzi, że była ona chlubą i koroną męża swego, godną matką swych dzieci.
Chociaż wrodzy nam pisarze katoliccy pamięć jej zniesławiają, chociaż obrzucają
błotem duszę tę tak czystą, dobrą i skromną: dom Lutra pozostanie wzorem dla
rodzin ewangelickich, a obraz Katarzyny stać będzie przed oczyma żon naszych i
matek; Katarzyna zaś sama pozostanie wzorem wiernej, kochającej i wytrwałej
towarzyszki w doli i niedoli, wzorem matki, miłującej swe dziatki i chowającej
je na upodobanie Bogu i ludziom.
Tekst pochodzi ze "Zwiastuna Ewangelicznego", nr 2/1899 r., s. 40-44. Zachowano pisownię XIX-wiecznego oryginału.
e-mail: internet@luteranie.pl (c) 2002 - Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP