Witryna Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP


Bp Juliusz Bursche

bp Juliusz Bursche

[Pamięci ks. Biskupa D. Juliusza Burschego]

ks. prof. Woldemar Gastpary 

Bp Juliusz Bursche (1862-1942), Biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, przywódca polskich ewangelików. Członek wielu towarzystw naukowych, charytatywnych i patriotycznych. Doktor h.c. Wydziału Teologii Ewangelickiej UW. Więzień obozu koncentracyjnego w Schsenhausen-Oranienburg. Zmarł w szpitalu więziennym Moabit w Berlinie.

Więcej...


Przed wybuchem drugiej wojny światowej w Kościele naszym było czynnych, jako księża parafialni, prefekci, profesorowie Wydziału Teologii Ewangelickiej Uniwersytetu Warszawskiego i kapelani w duszpasterstwie wojskowym, stu dziewięćdziesięciu trzech księży (nie licząc księży z Zaolzia). Z tych stu dziewięćdziesięciu trzech stu pięćdziesięciu sześciu ordynował ks. Biskup Bursche w ciągu swojej trzydziesto czteroletniej działalności, jako Generalny Superintendent i Biskup Kościoła Ewangelicko Augsburskiego w Polsce. Nie wiem, czy gdziekolwiek inny biskup ewangelicki dokonał tylu ordynacji, ilu dokonał ś.p. ks. Biskup Bursche.

Do wybuchu pierwszej wojny światowej księża Warszawskiego Okręgu Konsystorskiego studiowali w Dorpacie, księża ze Śląska Cieszyńskiego w Wiedniu i Halle. Po wojnie powstał pierwszy polski Wydział Teologii Ewangelickiej w Warszawie, na którym studiowali odtąd przyszli księża Kościoła naszego.

Wydział Teologii, jak i młodzież studiująca na nim miały w ks. Biskupie Burschem gorącego orędownika i szczerego przyjaciela. Sam studiował w Dorpacie i rozumiał doskonale, co to znaczy dla młodego człowieka studium w obcym otoczeniu, wśród innych warunków i stosunków i w obcym języku. Dlatego usilnie pragnął powstania tego Wydziału i brał udział w jego organizacji, a kiedy już powstał Wydział Teologii Ewangelickiej starał się stworzyć teologom w Warszawie warunki najbardziej odpowiednie dla studiów i przygotowania do przyszłej pracy duszpasterskiej. Jego osobistym wysiłkom należy zawdzięczać powstanie bursy dla teologów, instytucji, która nie tylko zapewniała studentom dach nad głową, ale i możliwość zżycia się młodych kolegów, którzy na studia przybyli z nad Olzy, Wisły, Styru czy Buga, a którzy w przyszłości mieli pracować w tym samym Kościele Ewangelickim w Polsce.

Zbór warszawski przeżywał w okresie międzywojennym swoje wielkie dni. Teolog miał nie tylko możliwość obserwacji i ewentualnego udziału w poszczególnych dziedzinach życia tego zboru, ale i możliwość częstych kontaktów z społeczeństwem ewangelickim w zborze stołecznym i w parafiach podwarszawskich. W sercu niejednego "chłopca z prowincji", który przybył na studia do Warszawy i ty kilka lat przebył, zrodził się głęboki sentyment i serdeczne przywiązanie do zboru warszawskiego.

Bursa teologów była też tą instytucją, która nas teologów zbliżała do osoby ks. Biskupa i odwrotnie. Ks. Biskup osobiście troszczył się o byt bursy i często ją odwiedział. Kiedy teolog po zdaniu egzaminu dyplomowego szedł przedstawić się ks. Biskupowi, jako kandydat na duchownego, to, nie był Mu obcy, ale z kilkoletniego pobytu na bursie dobrze już znany.

Ordynacja odbywała się najczęściej w Warszawie i wtedy nowowyświęceni byli gośćmi domu ks. Biskupa. Mieli wtedy możność poznania poważnej, patriarchalnej i bogobojnej atmosfery tego domu. A potem jakże często prowadziły drogi każdego, a szczególnie młodego księdza, na Wierzbową 2. I osobliwe, nikt prawie nie zatrzymywał się na pierwszym pietrzę, gdzie był Konsystorz, ale od razu szedł na drugie, do mieszkania ks. Biskupa, wiedząc, że duszą i wykonawcą wszystkich spraw jest On sam. Najczęściej sam osobiście otwierał drzwi przychodzącemu; nigdy nie zaradzał zniecierpliwienia czy niechęci, choć na biurku piętrzyły się stosy akt, choć każda wizyta nasza przerywała tok Jego pracy i zabierała drogi czas, choć zwracano się do Niego z sprawami nie zawsze dość poważnymi. A czasem poświęcił i dwie i trzy godziny 'młodemu koledze, opowiadając ze swego doświadczenia, z swych przeżyć, szczegóły z najtrudniejszych i najcięższych dni swej pracy. A mógł wiele opowiadać, bo i wiele przeżył i wiele doświadczył.

Jako zwierzchnik miał dar przekonywania nie apodyktycznym rozkazem, ale zrozumieniem sprawy, dobrą radą i szybką a trafną decyzją. Nigdy z ust Jego nie słyszano nie zdecydowanego, kunktatorskiego: "Zobaczymy", ale postanawiał natychmiast i natychmiast działał. Nie działał nigdy lekkomyślnie. Każda decyzja była owocem głębokiego przemyślenia i prawie nigdy nie musiał swoich decyzyj odwoływać lub korygować. I co jest cechą wielkich ludzi, nie miał osobistych uprzedzeń. Każdego oceniał nie według tego, czy jest Jego przyjacielem czy przeciwnikiem, ale według tego, co potrafi i co jest wart. Bywało, że stawiał kandydatury swoich zdecydowanych przeciwników, jeśli uznał, że będą. na właściwym miejscu i potrafią coś zdziałać. Wśród młodych księży miał serdecznie oddanych a wśród oddanych szczerze wiernych ludzi. A jednał ich sobie wrodzonym optymizmem, który narzucał innym, i naprawdę ojcowską wyrozumiałością i życzliwością.

W optymizmie swoim nie wierzył w wybuch wojny, a później, kiedy było już jasne, że wojna jest nieunikniona, wierzył w jej szybkie zakończenie przez rozbicie hitlerowskich Niemiec. Stało się inaczej. Wojna wybuchła, była długa, a On był jedną z pierwszych jej ofiar.

Na początku wojny nie wiedzieliśmy, co się z ks. Biskupem dzieje, czy żyje, a jeżeli żyje, to gdzie przebywa. Wreszcie wiadomość, że pozostał w kraju, choć władze państwowe kazały Mu się ewakuować, ale, niestety, jest aresztowany. W obozie w Oranienburgu dowiedzieliśmy się już wszystkiego. Choć nazwisko Jego znajdowało się w spisie więźniów bloku 16 (jeden z trzech bloków zajętych przez księży), On sam był izolowany od reszty więźniów. Przebywał w pojedynczej celi tzw. bunkra. Widocznie bano się Jego wpływu na nas, gdyby był razem z wszystkimi, tak jak później bano się po Jego śmierci nawet prochów, które rodzinie nie zostały wydane.

Kontakt z ks. Biskupem w obozie był niemożliwy, gdyż bunkier był izolowany od reszty obozu i pilnie strzeżony. Z miotłami jako "Kehrkommando" kolejno pod kierunkiem i przewodnictwem ks. Edwarda Szendla (obecnie w Ukcie na Mazurach) zakradaliśmy się pod bramę bunkra niby to zamiatając asfalt, aby przez szparę spojrzeć na spacerującego w obecności SS-mana Ks. Biskupa. Widok postaci Jego w pasiastym biało-niebieskim ubraniu więźniów obozów koncentracyjnych, działał na nas przygnębiająco. Osobliwa "sprawiedliwość", która prawie osiemdziesięcioletniego starca mogła więzić i piętnować za Jego wierność swoim przekonaniom religijnym i narodowym. I wtedy poczuliśmy się tacy osamotnieni, opuszczeni, o których nie ma się kto upomnieć. Wtedy uświadomił sobie każdy z nas, że tam na Wierzbowej pod 2, (a Wierzbowa 2 już wtedy nie istniała, zburzyły ją niemieckie bomby podczas oblężenia Warszawy w 1939 r.) nie ma Tego, który ubrany w czarny tużurek, lekko utykający na jedną nogę otworzyłby dzwoniącej samotnej kobiecie drzwi i posadziwszy przychodzącą do Niego po radę i pomoc dla uwięzionego męża sam siadłszy za biurkiem, popatrzyłby chwilę na widoczny z okna pałac Bruehla i odezwałby się głosem pewnym i przekonywującym: ...No to będziemy musieli zrobić tak... On dzielił ten sam los. Pomocy ludzkiej nie było, mógł tylko pomóc Bóg. Trzynastego grudnia 1940 roku wywieziono nas z Oranienburga do Dachau, gdzie zgromadzono ze wszystkich obozów koncentracyjnych księży wszelkich wyznań i narodowości. Ks. Biskupa Burschego wśród nas nie było, pozostał sam w bunkrze w Oranienburgu. W Dachau pamiętny był dla nas dzień 19 września 1941 r., był to dzień siedemdziesiątych dziewiątych urodzin ks. Biskupa. Właśnie wtedy wszystkich księży zebrano przed blokami i władze obozowe przeprowadziły wśród nich podział według narodowości; księży polskich tak katolickich jak i ewangelickich zgromadzono na blokach 28 i 30. Rozpoczął się najostrzejszy i najdłuższy kurs przeciwko księżom w ogóle a przeciw polskim w szczególe. Zima 1941/42 była bardzo ostra i śnieżna. Kartoteka tych dwóch bloków podawała codziennie kilkanaście wypadków śmierci wśród księży. Poszły pierwsze transporty niezdolnych do pracy do komór gazowych w okolicach Linzu. Wśród największego nasilenia akcji wyniszczenia w końcu marca 1942 r. przyszła do nas do Dachau wiadomość o śmierci ks. Biskupa Burschego, rzekomo w szpitalu policyjnym w Berlinie. Wiadomość tę otrzymał z domu wnuk ks. Biskupa, ks. Wegener-Wojnowski. Po wieczorowym apelu oddano nam listy, wśród nich była i ta smutna wiadomość.

Nazajutrz pozostała jeszcze w obozie grupa ewangelicka, a było nas dziesięciu, w tym dwóch starszych księży: ks. Nikodem z Ustronia i ks. Loppe z Wilna, zebrała się po apelu wieczorowym na głównej ulicy obozowej i w milczeniu przyjęła wiadomość o śmierci w dniu 20 lutego 1942 ks. Biskupa Burschego. Wszyscy wtedy byliśmy u kresu sił; wyczerpani do ostateczności, pragnęliśmy przeżyć obóz i wrócić do swoich, ale niektórzy byli już w takim stanie wyczerpania, że już nie bardzo i wierzyć potrafili w to, że przeżyją. I jeszcze ta straszna wiadomość, piorun nie z jasnego ale z zachmurzonego nieba. Dopiero po dniach, po tygodniach zaczęliśmy się zastanawiać i dyskutować nad następstwami, jakie ma dla Kościoła naszego śmierć ks. Biskupa Burschego.

Od roku 1943, a właściwie już od zimy 1942/43 złagodniało postępowanie władz obozowych w stosunku do więźniów. Ożywiliśmy się, rosła nadzieja, że przeżyjemy i wrócimy. Grono nasze się zmniejszało, uwolnienie obozu 29 kwietnia 1945 r., a była to niedziela, zastało w Dachau siedmiu polskich księży ewangelickich. Podczas ostatnich dwóch lat pobytu naszego w Dachau zebrawszy się gdziekolwiek rozmawialiśmy na temat przyszłości Kościoła naszego i nad tym, kto będzie następcą ś. p. Biskupa Burschego, kto zastąpi Jego autorytet i zdolności przy organizowaniu życia kościelnego. Jedno czuliśmy wszyscy jednakowo, przez śmierć ks. Biskupa Burschego Kościół Ewangelicki w Polsce poniósł nie dającą się wyrównać stratę. Bo to wiedział każdy, że nie ma drugiego wśród duchownych Kościoła naszego, któryby tak znał sprawy nie tylko natury ogólnokościelnej, ale nawet poszczególnych parafii i filiałów, ba, nawet nazwiska członków rad kościelnych poszczególnych parafii.

Dziś patrzymy już z perspektywy czasu. W bieżącym roku dwudziestego lutego minęło dziesięć lat. Nikt z bliskich przy śmierci ś. p. ks. Biskupa Burschego nie był. Nie pozostał żaden widzialny ślad po Nim. Miejsce na cmentarzu warszawskim, które wybrał sobie ks. Biskup i na którym chciał być w ziemi pochowany, jest puste; żadnego znaku, ani śladu. Czyżby imię Jego tak szybko zapomniano? Czy ten numer jedynego naszego pisma kościelnego poświęcony pamięci dziesięciolecia śmierci ks. Biskupa Burschego, jest wszystkim, na co zdobyć się potrafi Kościół nasz, jego wierni i duchowni, za pięćdziesiąt pięć lat pracy pasterskiej i trzydzieści pięć lat pracy na stanowisku zwierzchnika Kościoła, za trudy wygnania, za gorycz, której nie szczędzili Mu w pracy przeciwnicy i nawet rzekomi przyjaciele i ostatecznie za mękę ostatnich dni spędzonych w więzieniu, za udręki i śmierć męczeńską w, imię honoru Kościoła, któremu tyle lat służył według najlepszej wiary i zrozumienia, dla którego żył i umarł?!

Za: "Strażnica Ewangeliczna" Nr 6/1952, s. 77-79.


e-mail: internet@luteranie.pl (c) 2001-2002  Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP