|
ks. A. Rondthaler SŁOWO WSTĘPNE *** Pochodzenie. W górach Turyngii
mieszkał już od dawna tam osiadły ród włościański, przywiązany do ziemi
dziedziczonej po przodkach. Nosił on nazwisko w różnych czasach brzmiące nieco
odmiennie: Luder, Lüder, Luider, Luther. Z tego to rodu pochodził Marcin Luter,
wielki odnowiciel Kościoła.
Narodziny. Dnia 10 listopada 1483 r. urodził mu się drugi z kolei syn, któremu
nazajutrz, w dzień św. Marcina, przy Chrzcie Świętym nadano imię Marcin. W
następnym roku widoki polepszenia bytu skłoniły Jana Lutra do przeniesienia się
z rodziną do pobliskiego Mansfeldu, gdzie po latach pracy i zapobiegliwości
dorobił się majątku, jak na górnika wcale pokaźnego. Nabył tu dwa piece hutnicze
oraz kamienny dom przy głównej ulicy. Jednakże pierwsze lata swego dzieciństwa
spędził Marcin w niedostatku. Jego ojciec przez wiele lat ciężko pracował w
kopalni miedzi, matka zaś musiała na plecach nosić z lasu drzewo na opał.
Początki. Wcześnie zaczął Luter uczęszczać do szkoły. Był słabym pięcioletnim dzieckiem, a droga do szkoły wiodąca pod górę była dla malca tak uciążliwa, iż nieraz musiano go zanosić do szkoły na plecach, zwłaszcza w niepogodę. Nauczyciel nie umiał zaskarbić sobie miłości uczniów, był bowiem srogi i skory do chłostania. Chociaż mały Luter był zdolnym i pilnym uczniem, to jednak i na niego spadały w szkole kary cielesne, hojnie wymierzane przez nauczyciela. Toteż Luter w czasach późniejszych biadał nad opłakanymi stosunkami w szkole. Jako to dawniej nauczyciele bywali tacy, że się szkoła stawała istnym więzieniem i piekłem, a szkolarze byli jako tyrani i kaci, gdyż biedne dzieci ćwiczone bez miary i smagane bez końca, uczyły się z trudem i mozołem wielkim, a pożytkiem zaś małym. Dalsza nauka w Eisenach. W czternastym roku życia ojciec oddał go do szkoły katedralnej w Magdeburgu. Sam wtedy jeszcze niemajętny, nie mógł zapewnić synowi utrzymania. Jak większość ubogich żaków musiał więc młody Lut er, według zwyczaj u tamtych lat, żyć o proszonym chlebie, chodząc z chłopcami od domu do domu i śpiewając. Podobnie działo się i w Eisenach. gdzie ojciec umieścił go w szkole klasztornej franciszkanów, a oczekiwana pomoc zamieszkałych tam krewnych zawiodła, ponieważ i oni byli niezamożni. W Eisenach podobnie jak w Magdeburgu, uczniowie szkół zakonnych zapuszczali się nawet do odległych wiosek, zwłaszcza w czasie świąt Narodzenia Pańskiego i na Nowy Rok, śpiewając pieśni, za co otrzymywali obiad i jałmużnę. Dosyć często ludzie odmawiali chłopcom wsparcia, a głodem przyciśnięty i zmęczony po daremnej wędrówce mały Marcin nieraz chciał już zaniechać nauki, wrócić do domu i razem z ojcem pracować w podziemiach kopalni. Jednak szczęśliwy przypadek zmienił warunki jego życia na lepsze. Pewnego razu Luter śpiewał w czterogłosowym chórze chłopięcym przed domem zamożnej patrycjuszki pani Urszuli Cotta. Dobroczynna niewiasta wzruszyła się widokiem chłopca śpiewającego z przejęciem, widocznym na rozmodlonej twarzy i przyjęła go do swego domu. Było to dla biednego chłopca prawdziwe zrządzenie Opatrzności Boskiej. Cztery lata spędził Luter pod dachem pani Cotta, a wolny od troski o chleb powszedni przykładał się jeszcze bardziej do nauki. Niebawem prześcignął w postępach innych uczniów szkoły. Na uniwersytecie. W osiemnastym roku życia (1501) udał się na sławny wtedy uniwersytet w Erfurcie, gdzie zgodnie z wolą ojca miał się poświęcić studiom prawniczym. Tymczasem warunki materialne ojca poprawiły się tak dalece, że mógł już dostatecznie zabezpieczać swego syna na uniwersytecie, co wynika z własnych słów Lutra: W szkole głównej (uniwersytecie) w Erfurcie dawał mi ojciec utrzymanie z miłością i przywiązaniem, a krwawym swym potem i pracą dopomógł mi, iż doszedłem do tego, czym jestem. Zarówno rodzice jak i profesorowie cieszyli się z pilnego studenta, który nie ustawał w zapale do nauki i zwykł był mawiać: Usilna modlitwa stanowi połowę nauki. Powodzenie w nauce nie mogło mu jednak dać całkowitego zadowolenia, gdyż duszę jego przepełniała bolesna tęsknota. Stopniowo, pod wpływem zewnętrznych wypadków, poznał, że potrzebuje łaski Boga, że dusza jego tęskni za pokojem. W cztery lata po wstąpieniu na uniwersytet zdobył Luter tytuł magistra filozofii. Podczas studiów znalazł Luter w bibliotece uniwersyteckiej Pismo Święte w języku łacińskim. Odtąd najgorętszym jego życzeniem było posiadanie własnej Biblii. Życzeniu temu później stało się zadość — co więcej — Bóg poprowadził go drogą, na której nauczył się Biblię sam rozumieć oraz innym ją wykładać. Była to droga cierpienia i próby. Pewnego razu, będąc w podróży, Luter przeciął sobie przypadkowo szpadą żyłę w nodze. Noga krwawiła i spuchła, wyzdrowienie wydawało się niepewne. Ogarnięty strachem Luter zawołał: „Mario, dopomóż!" Jak sam opowiadał, byłby wtedy gotów umrzeć w imię Marii. Na myśl, że mógłby być teraz powołany przed sąd Boży, ogarniało go przerażenie. Wewnętrzne niepokoje. Poważne refleksje wywołała w jego duszy nagła śmierć jednego z przyjaciół. Latem 1505 r. zaskoczyła go gwałtowna burza w drodze z Mansfeldu do Erfurtu. Zdawało mu się, że w piorunach, które biły dokoła, widzi okropności Sądu Ostatecznego, a grzmoty wydawały mu się głosem zagniewanego Sędziego wszechświata. Przerażony padł na ziemię i zawołał: Święta Anno, ratuj, a zostanę mnichem. Przyrzeczenie zostało złożone i Luter czuł się nim nieodwołalnie związany. Chcąc iść za Chrystusem, trzeba opuścić ojca i matkę, a nie oglądać się wstecz. Wstąpienie do klasztoru. Dotrzymując swojej obietnicy w lipcu 1505 r. wstąpił w Erfurcie do klasztoru augustianów, w którym zakonników obowiązywała surowa reguła. Dopiero nazajutrz, po wstąpieniu do klasztoru, powiadomił o tym kroku rodziców. Rodzice, którzy życzyli sobie, aby syn został prawnikiem, bardzo zasmucili się tą wiadomością. W ostrym liście ojciec wymawiał mu: „Patrz synu, aby twoje strachy nie wyszły na oszustwo diabelskie. Wszak dla Boga trzeba być posłusznym rodzicom i nic nie poczynać bez ich wiedzy i rady". Miał jednak poznać życie klasztorne z własnego doświadczenia, „aby lud bezbożny nie mógł się pysznić i wynosić przed nim, swym późniejszym przeciwnikiem, iż potępia rzeczy sobie nieznane". Nowicjat. Jak inni
nowicjusze, odbywający próbę w klasztorze, musiał również magister Luter przejść
twardą próbę. Zlecano mu najniższe posługi i wzywano go do najcięższej pracy.
Gdy chciał posiedzieć w celi nad księgami, braciszkowie wypędzali go z workiem
na miasto, gdyż „kwestą, a nie nauką bogaci się klasztor". Uniwersytet
poczytywał sobie za ubliżenie, że jeden z jego magistrów pokazuje się na mieście
z workiem na plecach. Za wstawiennictwem profesorów uniwersytetu przełożony
wszystkich klasztorów zakonu św. Augustyna na Turyngię, Jan Staupitz, zwolnił
Lutra od niższych posług w klasztorze oraz od obowiązku kwestowania. Od tego
czasu mógł Luter całkowicie oddawać się w swej celi naukom. Sumiennie wypełniał
jednocześnie wszystkie praktyki zakonnej pobożności i umartwiał swe ciało, chcąc
przez to - jak sam mówił — niebo sobie zasłużyć, tak iż uchodził za wzorowego
mnicha. Już to jest prawda, że byłem mnichem pobożnym; jeśli kiedy jaki mnich
poszedł do nieba przez swoje mnichostwo, to i ja bym się tam dostał. Bo gdyby
tak dłużej, trwało, na śmierć bym się zamęczył przez modlitwę, post, czuwanie i
ziąb - tak pisał Luter w czasach późniejszych.
Profesura w Wittenberdze. Trzy lata był Luter zakonnikiem w Erfurcie, potem nakazano mu przenieść się do klasztoru w Wittenberdze. Książę elektor saski, Fryderyk Mądry, idąc za radą Jana Staupitza, powołał Lutra na profesora teologii w założonym przez siebie uniwersytecie w Wittenberdze. Była to mała mieścina, licząca może wtedy dwa tysiące mieszkańców. Luter starał się poznać coraz lepiej Pismo Św., chciał również, aby jego słuchacze pojmowali je coraz głębiej. Wykłady Lutra były lubiane i cenione, gdyż swoje wywody opierał na księgach biblijnych i na słowach Chrystusa Pana, podczas gdy inni profesorowie zajmowali się jedynie dialektyką, zapominając o Piśmie Świętym. Podróż do Rzymu. W sprawach zakonnych musiał Luter odbyć podróż do Rzymu (grudzień 1510 - styczeń 1511). Ujrzawszy z dala mury dawnej stolicy świata i chrześcijaństwa, padł na kolana, a podniósłszy ręce zawołał: „Bądź mi pozdrowień święty Rzymie!" W murach stolicy papieskiej spodziewał się Luter odzyskać spokój duszy. Korzystając z kilkutygodniowego pobytu, starał się poznać miasto, jego piękne kościoły i drogie dla każdego chrześcijanina pamiątki przeszłości. Na kolanach poczołgał się przez
dwadzieścia osiem stopni „schodów Piłata", chcąc w ten sposób wybawić z czyśćca
duszę swego dziada. W mieście Piotrowym widział rozpustę i zepsucie. Wyniósł z
Rzymu uczucia mieszane, wrócił jednak do Wittenbergi jako wierny katolik. Tekst pochodzi z ks. A. Rondthaler, "Ksiądz doktor Marcin Luter", Wydawnictwo "Zwiastun", Warszawa 1983. Wydanie II zmienione. e-mail: internet@luteranie.pl (c) 2002 - Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP |
||||||