Witryna Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP


"Zwiastun Ewangeliczny" - nr 5 z 1906 r.[Początki misji luterskiej śród pogan i dwóchsetny jej jubileusz]

"Zwiastun Ewangeliczny" nr 6/1906

Przez ks. Z. Manitiusa

W roku bieżącym kościół ewangelicki, a w szczególności kościół ew.-luterski, obchodzić będzie dwóchsetną rocznicę rozpoczęcia działalności misyjnej śród pogan. Dnia 9-go lipca bowiem 1706 r. przybił do brzegu morskiego pod Trankebarem w Indjach Wschodnich okręt, wiozący dwóch mężów, którzy poczytywani są za pionierów misji ewangelickiej: Bartłomieja Ziegenbalga i Henryka Plütschaua; dzień ten wszyscy ewangelicy, miłujący sprawy królestwa Bożego, upamiętnić zamierzają uroczystym obchodem.

Jak to?! -- zapyta może niejeden -- wszak kościół luterski wtedy już miał blisko 200 lat istnienia poza sobą; czyż o wykonaniu ostatniego rozkazu swego Pana i Zbawiciela nie pomyślał wcale? Czy Luter i inni reformatorowie, a następnie przodownicy kościoła, oraz same zbory ewangelickie nie poczuwały się do obowiązku rozszerzania prawdy między ludami pogańskimi? Zarzut taki niejednokrotnie kościołowi ewangelickiemu był stawiany, acz najzupełniej niesłusznie. Zarówno Luter jak i jego współpracownicy i następcy dobre mieli zrozumienie słów Zbawiciela: "Idąc na wszystek świat, nauczajcie wszystkie narody!" -- ale zrozumieli też, że i w królestwie Bożem wszystkiego od razu uczynić nie można, że Bóg każdemu pokoleniu właściwe stawia zadania, pozostawiając spełnienie innych -- na pozór nieodzownych -- późniejszym czasom. Luter niejednokrotnie wspomina o rozkazie Chrystusa, rozumiejąc atoli, że dla owej epoki znajdował on spełnienie w niesieniu czystej Ewangelji ludom chrześcijańskim, pozostającym w ciemnościach papiestwa. Pozatem wiek XVI przeszedł na ugruntowaniu podstaw młodocianego kościoła; walki naukowe, dogmatyczne, jako nieodzownie łączące się z przełomową pracą na niwie kościelnej, pochłaniały uwagę i zainteresowanie się nietylko uczonych i teologów, ale wszystkich bez wyjątku warstw społeczeństwa. Nadto walki religijne we własnym kraju i niebezpieczeństwo grożące wówczas Europie ze strony Turków nie pozwalały wcale pomyśleć o wysyłaniu zwiastunów Ewangelji do krajów zamorskich. Wiek XVII prawie cały przeszedł pod grozą strasznej wojny 30-letniej i jej następstw, a w kościele luterskim w Niemczech zapanował niepodzielnie t. zw. ortodoksyzm, który dążył do ugruntowania i obrony czystej nauki ewangelicznej, a1e w chwalebnem tem, aczkolwiek częstokroć w żarliwości swej jednostronnem dążeniu, zapominał o ujawnieniu poznanej prawdy w życiu i czynach.

Zresztą byłoby niesłusznie przemilczać, że mimo to wszystko niejednokrotnie w kościele ewangelickim czyniono próby rozpoczęcia działalności misyjnej w ten lub inny sposób. Niezapomnianym nigdy pozostanie zacny Anglik John Eliot, któremu należy się chlubne miano pierwszego rzeczywistego misjonarza ewangelickiego śród pogan: w r. 1645 rozpoczął opowiadanie Słowa Bożego między szczepem indyjskim Massachusets, nauczył się jego języka, przetłumaczył No w v a później i Stary Testament i zdołał zebrać sporą gromadkę szczerze wierzących pogan, tak, że gdy umierał, było około 3000 Indjan nawróconych. Ale misja ta, jak też kilka innych, były to znamienne, pełne poświęceń prace oddzielnych mężów; działalności misyjnej, zorganizowanej należycie i prowadzonej systematycznie, nie było wówczas ani w Niemczech, ani w Anglii, ani w Ameryce. Holendrzy wprawdzie, posiadający znaczne kolonje zamorskie, pracowali między poganami Archipelagu indyjskiego, jako też na wyspach Cejlonie i Formozie, - ale nie była to misja we właściwem znaczeniu tego słowa. Nie wysyłano bowiem misjonarzy z powołania, lecz duchowni zborów, złożonych z europejczyków, pracowali obok właściwych swych zajęć nad nawracaniem pogan; nie wysyłał ich kościół ojczysty i nie popierały pracy ich zbory chrześcijańskie, lecz towarzystwa handlowe, posiadające lub dzierżawiące owe kolonje, powoływały duchownych i łożyły na ich utrzymanie; a wreszcie nie w duchu ewangelicznym starano się pozyskać pogan dla Chrystusa, lecz, z małymi wyjątkami, dokonywano tego w sposób powierzchowny, środkami światowymi, nawracając masy pogan namową, często nawet przymusem, i pomnażając tym sposobem liczbę chrześcijan z nazwiska.

Prawdziwie ewangeliczna misja, mogąca normalnie żyć i rozwijać się pomyślnie, wyrosnąć może tylko na odpowiednim podkładzie. A podłożem takiem jest zbór chrześcijański misyjny, przejęty żywą wiarą w Chrystusa Pana i miłością ku Niemu i królestwu Jego, zbór, który będąc mocno przeświadczony o obowiązku ogólno-chrześcijańskim wszystkich uczniów Chrystusowych, ima się pracy misyjnej jako dzieła, za które odpowiadać musi przed Panem swym i Zbawicielem. A zboru misyjnego w tem znaczeniu przed wiekiem XVIII nie było w kościele ewangelickim. Wprawdzie już w połowie w. XVII próbował niejaki baron niemiecki Justynian v. Welts powołać taki zbór do życia, agitując słowem żywem i drukowanem za założeniem "Stowarzyszenia Jezusowego," któreby wysyłało misjonarzy do pogan; ale myśl ta padła w owej epoce na tak mało przygotowany grunt, była czemś tak odrębnem i niezrozumiałem, że nie znalazła najmniejszego oddźwięku w społeczeństwie, skądinąd wcale nie obojętnem na sprawy religijne: Weltz żadnego nie znalazł poparcia, owszem, okrzyczano go fantastykiem i marzycielem. Zresztą w Niemczech nie miano wówczas żadnej styczności ze światem pogańskim: Bóg. nie był jeszcze wskazał dróg i środków, którymiby kościół mógł nieść Ewangelję poganom, tak że propozycje Weltza, ażeby z Niemiec wysyłać misjonarzy do ludów pogańskich, musiały wówczas wywołać podobną ocenę, jak w naszych czasach nawoływania nader żarliwych ale nieroztropnych przyjaciół misji, by wtargnąć od razu do wnętrza Tybetu, które dla każdego trzeźwo patrzącego na razie jest jeszcze zamknięte dla misji. W one czasy droga do ludów pogańskich nie była tak utorowana, jak dziś; jedyna droga dla chrześcijan do krajów pogańskich prowadziła przez państwa ewangelickie, władające posiadłościami zamorskiemi; jedynie możliwą misją wówczas była misja kolonjalna. I na to też się wszyscy godzili, że zwierzchność chrześcijańska ma prawo, owszem powinność troszczenia się jak o cielesne, tak też o duchowne dobro wszystkich swych poddanych; stąd też wypływa obowiązek dbania o zwiastowania Ewangelji poganom w kolonjach zamorskich. Oczywiście misja taka, o ile była tylko niejako oficjalnie rządową czynnością, a nie była popierana przez zbory rodzinne, musiała pozostać czemś powierzchownem, martwem; misjonarze stawali się sługami państwowymi, nie zaś Chrystusowymi, a pracy ich brakło najlepszego bodźca, jaki każde dzieło w królestwie Bożem posiadać winno, mianowicie poruszającej niebo i ziemię modlitwy wierzącego zboru Chrystusowego: "Przyjdź królestwo Twoje." Z tego też powodu misja kolonjalna holendrów, o której wyżej wspominaliśmy, prawie żadnego nie przyniosła błogosławieństwa: była dziełem rządu, a nie chrześcijaństwa.

Było to bez wątpienia zrządzeniem Opatrzności Bożej, że w początkach XVIII wieku zbiegły się wszystkie okoliczności, niezbędne dla wytworzenia warunków, umożliwiających rozpoczęcie prawidłowej działalności misyjnej. Komu się właściwie należy zasługa poruszenia tej sprawy i rzeczywistego jej zapoczątkowania, dotychczas zupełnie wyświetlone nie zostało. Pewnem jest to, że król duński Fryderyk IV już jako następca tronu wyraził zdziwienie, że kościół ewangelicki niczego nie podjął dla rozpowszechnienia wiary chrześcijańskiej między poganami. Gdy wstąpił na tron w r. 1699, myśl tę na nowo poruszył, a uczynił to w dobrem zrozumieniu obowiązku, ciążącego na nim jako władcy potężnego podówczas państwa ewangelickiego, władającego licznemi kolonjami w Afryce, w Indjach Zachodnich i Wschodnich, zamieszkałemi przez pogan. Jakkolwiek w życiu swem prywatnem nie był bez zarzutu, Bóg upodobał Sobie tego męża za narzędzie dla Swych celów. Król wydał polecenie otaczającym go duchownym, by się obejrzeli za teologami, odpowiednimi do tej pracy. Ale w Danji takich teologów nie było, owszem, duchowieństwo duńskie było nieprzychylnie usposobione dla zamiarów króla, i prawdopodobnie wszystko byłoby poszło znowu w zapomnienie, gdyby zrządzeniem Bożem w r. 1704 nie był przybył do Kopenhagi jako kaznodzieja nadworny ks. dr. Juljuss Lütkens, który poprzednio był przez lat 17 proboszczem kościoła ś-go Piotra w Berlinie, i będąc zaprzyjaźniony ze Spenerem, ojcem pietyzmu, i innymi mężami tegoż kierunku, przejęty był serdeczną miłością dla spraw królestwa Bożego. Podjął on z żarliwością myśl króla, postarawszy się przyoblec ją w czyn. Odniósł się tedy do przyjaciół swych w Berlinie z prośbą, by się wystarali o misjonarzy. A w Niemczech przez pietyzm właśnie przygotowane było wówczas podłoże dla urzeczywistnienia zamiarów misyjnych. Pietyzm, którego ojcem, jakeśmy już wspomnieli, był nabożny Dr. Spener, był to kierunek w kościele, który w przeciwieństwie do ortodoksyzmu XVII w. kładł największy nacisk nie na czystość nauki, lecz na serdeczną pobożność, ujawniającą się w życiu i czynach. Uniwersytet w Halli, przy którym wówczas nauczali August Herman Frankę, Breithaupt i inni, był główną warownią pietyzmu, siedzibą nauki, połączonej z szczerą pobożnością. Dom sierot, założony przez Frankego, i połączone z nim zakłady były nie tylko przytułkiem dla nieszczęśliwych, ale zarazem zakładami wychowawczymi i uczelnią dla młodych teologów, gdzie znajdowali sposobność nauczania, i -- co ważniejsza -- gdzie widzieli, jak życie chrześcijanina ukształtowane być winno. Halla zasłynęła .w świecie luterskim i ściągnęła tysiące młodzieńców, którzy, tu wychowani, nieśli następnie zasady pietyzmu do zborów, których zostawali pasterzami. W kołach pietystycznych myśl podjęcia misji wdzięczny znalazła odgłos. Dlatego też nic dziwnego, że prośba ks. Lütkensa skory miała posłuch i że niezadługo otrzymał zawiadomienie, iż dwaj ze wszech miar godni młodzi ludzie okazali gotowość pośpieszenia na wezwanie do pracy misyjnej. Byli to kandydaci teologji Bartłomiej Ziegenbalg i Henryk Plütschau. Szczególnie pierwszy z nich okazał się następnie w całej swej działalności osobistością opatrznościowo powołaną do tak ważnego w przełomowej epoce dzieła; dlatego warto się zapoznać nieco z biegiem życia jego dotychczasowego, tem bardziej, że stąd pada niejeden promień światła na jego późniejszą działalność misjonarską.

Bartłomiej Ziegenbalg urodził się w miasteczku Pulsnitz, w Saksonji 24 czerwca 1683 r. Rodziców stracił bardzo wcześnie; oboje byli bardzo pobożni. Matka, umierając, rzekła do swych dzieci, z których Bartłomiej był najmłodszy: "Zbierałam dla was skarb wielki, dzieci drogie; znajdziecie go w Bibiji mojej: każdą kartę w niej zrosiłam łzami." Eys smętku, który pocieszenie znajduje w Słowie Bożem, przeszedł jako dziedzictwo z matki na syna, a spotęgowany jeszcze został przez niezwykłe okoliczności, które towarzyszyły śmierci ojca, który, jak w owych czasach wielu nabożnych, już za życia kazał był sobie zrobić truciznę, by ciągłe mieć przypomnienie śmierci. Kiedy Bartłomiej miał 6 lat, wybuchł pożar w blizkości; dom, w którym leżał śmiertelnie chory ojciec, również był zagrożony; w ogólnem zamieszaniu, chcąc chorego ratować, włożono go do trumny i wyniesiono na rynek, gdzie pod gołem niebem niebawem ducha oddał Bogu. Nic dziwnego, że silne te wrażenia na umyśle dziecka wywarły niezatarte piętno: niezwykła powaga połączona z tęsknotą i myślą o śmierci, pozostała wybitną cechą, jego charakteru; lubił nade wszystko samotność i często bywało padał w lesie lub w polu na kolana, błagając Boga gorąco o światłość i pomoc.

Wychowaniem sieroty zajęła się starsza znacznie siostra, która wielką troskliwością otoczyła dziecko, będące zawsze bardzo słabowitego zdrowia; w poblizkiem miasteczku Kamieńcu (Kamenz) uczęszczał do szkoły a następnie przeszedł do gimnazjum w Zgorzelicach (Görlitz). Tu znajduje przyjaciela, który, będąc podobnego jak on usposobienia, jeszcze więcej go umacniał w oddaniu się całem sercem Bogu tak, że będąc w wyższych klasach gimnazjum, przejęty jest gorącem pragnieniem poświęcenia się całkiem służbie Bożej w kościele, ale zarazem napełnia go trwoga azali jest tego godny. W powątpiewaniu swem zwraca się listownie do Augusta Hermana Frankego w Halli, który był rzec można, spowiednikiem i duchownym doradcą licznej rzeszy poważniej myślących dusz w całych Niemczech. Jego kazania drukowane wywarły na młodym Ziegenbalgu głębokie wrażenie i przejęły go serdecznem zaufaniem do autora. Frankę radził młodzieńcowi pozostać wiernym swemu postanowieniu, ale przedewszystkiem skończyć gruntownie studja, ku czemu, jego zdaniem byłoby, najodpowiedniej, żeby się zniósł z Joachimem Langem, rektorem gimnazjum imienia Fryderyka Werdera w Berlinie, który ze swej uczelni stworzył poniekąd zakład przygotowawczy do uniwersytetu w Halli. Ziegenbalg usłuchał rady, ale na razie choroba staje na zawadzie, nadto brak środków nie pozwala mu urzeczywistnienia zamiaru. Pomoc, jaką obiecuje znany założyciel towarzystwa biblijnego w Halli, baron Kanstein, oraz przyjaciel jego, Dr. Jakób Spener w Berlinie, trudność tę usuwa i tym sposobem Ziegenbalg dostaje się do Berlina i wchodzi w bliższe stosunki z mężami, których wpływ duchowny ożywiał wówczas szerokie koła Niemiec.

Na razie jednak pobyt jego w Berlinie był bardzo krótkotrwały, bo nadwątlone zdrowie zmusza go do szukania ratunku w Eger, a następnie w rodzinnem mieście, wskutek czego przeszło rok przerwać musi studja. Ale, zawiązawszy raź stosunki z przywódcami pietyzmu, przez nich zapomniany nie został. "W r. 1703 na wiosnę za radą Fraukego wstępuje na uniwersytet w Halli. Nareszcie zajaśniała mu nadzieja, że dojdzie do celu swych marzeń: jako kaznodzieja Słowa Bożego będzie czynny około budowy królestwa Bożego; z niezmordowaną pilnością i szczerą modlitwą pracuje, by celu dopiąć. Ale wola Boża i teraz krzyżuje jego plany: wskutek zbyt natężonej pracy na nowo wpada w chorobę; choroba ta jednak, wstrzymująca studja i usuwająca, zda się, cel marzeń w daleką przyszłość, była środkiem wychowawczym mądrości Bożej, potrzebniejszym dla młodzieńca daleko więcej niż, uczoność: miała mu mianowicie posłużyć ku przełamaniu silnej samowoli i pychy, którą sam poznawał jako wielki błąd swój, a przeciwko której jednak zbyt mało walczył. Teraz opanowało go zwątpienie, azali kiedykolwiek. Studja będzie mógł ukończyć, i, aczkolwiek z wielkim bólem serca, postanawia poświęcić się jakiemukolwiek zawodowi praktycznemu. Za radą przewodników swoich, prof. Breithaupta i Frankego, nie rzuca jednak ostatecznie teologji, owszem, obejmuje miejsce nauczyciela w Merseburgu, potem w Erfurcie. Zniewolony nową chorobą, wraca do miasta rodzinnego, zagłębia się w badanie Pisma św., wykłada je w rozmyślaniach biblijnych, oraz w kazaniach, rozbudzających w duchu pietystycznego kierunku. Odzyskawszy nieco siły, postanawia wrócić raz jeszcze do Halli dla ostatecznego dokończenia studjów, ale oto drogi Boże prowadzą go na inne pole, na którem miał okazać, że chęć służenia królestwu Bożemu nie była czczem złudzeniem, ale rzeczywiście przeniknęła całe jego jestestwo.

Było to w sierpniu r. 1705 Ziegenbalg bawił jako gość w okolicy Berlina i pełnił obowiązki kaznodziejskie, zastępując pastora sąsiedniego. W tym właśnie czasie nadeszła do Berlina prośba ks. Lütkensa z Kopenhagi o misjonarzy. Ks. ks. Lisius i Oampe, do których Lütkens z prośbą swoją się zwrócił, odrazu pomyśleli o Ziegenbalgu i zwrócili się doń z zapytaniem, czy przyjmie zaproszenie. Ziegenbalg odpowiedział na razie trwożliwie i wymijająco; wzięto jednak odpowiedź tę za pełne przyrzeczenie i prowadzono dalsze rokowania z Kopenhagą. Niebawem nadeszło też stamtąd wezwanie do upatrzonych kandydatów, by bez zwłoki przyjechali. Mianowicie obok Ziegenbalga pozyskano też dla sprawy starszego o 7 lat meklemburczyka Henryka Plütschaua, którego już w Halli z Ziegenbalgem łączyła ścisła przyjaźń. Plütschau nie zawahał się ani na chwilę, a radosna gotowość jego wpłynęła i na Ziegenbalga, że się ostatecznie zdecydował przyjąć wezwanie. 1-go października obaj oświadczyli gotowość, a już w tydzień potem opuścili Berlin, a 15-go stanęli w Kopenhadze.

Ale nim można było pomyśleć o wysyłaniu misjonarzy, których po tylu trudach nareszcie pozyskano, nowe powstały trudności. Okazało się bowiem, że zarówno Ziegenbalg jak i Plütschau nie byli dotąd egzaminowani i ordynowani, nie mogli przeto być wysłani jako słudzy kościoła dla głoszenia Słowa Bożego. Przedewszystkiem przeto poddać się musieli egzaminowi teologicznemu, a to spowodowało zaraz niemiłe nader zawikłanie. Jakeśmy już wyżej wspominali, projektom misyjnym Lütkensa reszta duchowieństwa duńskiego nie była przychylna, owszem, z jawną przyjmowała je nieżyczliwością, tem bardziej, że Lütkens sam, jako pietysta, spotykał się wszędzie z niedowierzaniem ze strony ortodoksyjnie usposobionego duchowieństwa, a młodzieńcy, których chciał wysłać jako misjonarzy, nietylko nie ukrywali się z tem, że są pietystami "hallskimi" -- ale, owszem, akcentowali swoje stanowisko z naciskiem. Dr. Lütkens, znający położenie rzeczy, prosił króla o zezwolenie egzaminowania i ordynowania kandydatów, lecz ks. Dr. Bornemann, biskup zelandzki, oświadczył, że to byłoby z uszczerbkiem jego atrybucji, i przemógł, że prośbie Lütkensa nie stało się zadość, owszem, że nawetprzy egzaminie nie mógł być obecny; rezultat był też taki, jak Lütkens przewidział: biskup Bornemann oświadczył, że obaj kandydaci są niezdatni, i odmówił ordynacji. Mimo to Lütkens potrafił dopiąć swego, a to dowodzi, jak wysoko król go cenił: na rozkaz króla bowiem kandydaci zostali po raz drugi egzaminowani w mieszkaniu ks. Lütkensa i w jego obecności, -- a gdy teraz egzamin zdali, król rozkazał biskupowi niezwłocznie ich ordynować. Biskup nie sprzeciwił się wyraźnej woli króla, -- ale łatwo pojąć, że wszystko to nie przyczyniło się do zjednania dla sprawy misji duchowieństwa duńskiego. I w samej rzeczy, przynajmniej w pierwszych czasach, udział i poparcie misji ograniczyły się wyłącznie na dwór królewski i otoczenie najbliższe. Król jako t. zw. najwyższy biskup kościoła upoważnił swych wysłanników do opowiadania Ewangelji w posiadłościach swych zamorskich i dlatego też nazywali się oni "królewsko-duńskimi misjonarzami." Ale stosunek ich do kościoła duńskiego pozostał niejasny, i stąd wywiązały się w następstwie przykre zawikłania. Kościół duński miał bowiem w kolonjach zamorskich, przedstawicieli swych którzy byli pastorami znajdujących się tam europejczyków i po pewnym ściśle oznaczonym czasie mieli prawo wrócić do ojczyzny; stosunku misjonarzy do owych pastorów nie określono z góry jasno, i to dawało powód do starć i nieporozumień. Nadto zaniechano porozumieć się z "kompanją wschodnio-indyjską," która w gruncie rzeczy istotną była właścicielką kolonji; wprawdzie król polecił komendantowi, będącemu przedstawicielem władzy królewskiej w Indjach, opiekować się misjonarzami, ale właściwie wysłanie misjonarzy nastąpiło wbrew woli kompanji; wynikłe stąd niesnaski dały się później misjonarzom odczuć dotkliwie. Wogóle wszystkie okoliczności, towarzyszące rozpoczęciu tak ważnego dzieła, znamionują zbytni pośpiech, połączony z brakiem dojrzałego zastanowienia i znajomości rzeczy. Jakżeż bo inaczej nazwać postanowienie, że misjonarze zobowiązywali się, podobnie jak pastorowie zamorscy, na 5 lat, z których dwa trzeba było odliczyć na podróż w jedną w drugą stronę? Jakże wyobrażano sobie pracę między ludem pogańskim, którego języka przybysze, mający pozostać wszystkiego trzy lata, wcale nie znali? Widzimy z tego, że kiedy Bóg wszystkiem tak pokierował, iż nareszcie dzieło misji w luterskim kościele mogło był podjętem ludzie, t to nawet tacy którzy odnosili się do sprawy przychylnie, nierozwagą swą wszystko znowu popsuć mogli. Jeżeli mimo to doszło do powstania, i do rozkwitu nawet misji luterskiej, zawdzięczamy to jedynie łasce Bożej.

15-go października 1705 r. Ziegenbalg i Plütschau przybyli do stolicy duńskiej, 11 listopada zostali ordynowani, a 29 tegoż miesiąca na okręcie "Zofja Jadwiga" puścili się w podróż. Celem podróży był Trankebar na wybrzeżu wschodnio-indyjskiem, nazwanem Koromandel. Początkowo miano na myśli Indje Zachodnie, następnie wybrzeże Gwinejskie w Afryce. o było powodem zmiany pierwotnego planu, nie wiadomo; znać jednak i w tem rękę Opatrzności, gdyż żadna z posiadłości duńskich nie była tak odpowiedniem polem dla misji, jak właśnie Trankebar; lud tamtejszy -- tamulowie, zamieszkujący południowo wschodnią część półwyspu, między wszystkimi ludami Indji odznaczają się bystrością umysłu i wysoką względnie kulturą.

Po przeszło 7 miesięcznej uciążliwej podróży statek zarzucił kotwicę pod Trankebarem. Podróżni byli u celu. Ale zaraz na wstępie czekała ich wielka przykrość: mianowicie, gdy już wszyscy pasażerowie przewiezieni zostali łódkami na ląd, misjonarzy na rozkaz kapitana pozostawiono na okręcie; kapitan ten już podczas podróży okazywał im wrogie usposobienie, a teraz zamyślał przeszkodzić wylądowaniu tylko wdaniu się kapitana innego okrętu zawdzięczali, że się mogli dostać na ląd; ale tu przyjął ich kapitan "Zofji Jadwigi" obelżywie i podburzył ludność przeciwko nim. Przybycie ich dla nikogo nie było pożądane: komendant i namiestnik duński Hassius widział w nich szpiegów, nie pozwolił więc otworzyć im bram miasta, każąc przez 6 godzin czekać w porcie, dopiero na widok królewskiego pisma polecającego wpuścił przybyszów do miasta, ale pozostawił ich na rynku własnemu losowi; już zapadała noc; nikt o obcych gości się nie troszczył, aż wreszcie pewien ziomek ich, sekretarz Attrup ulitował się nad biedakami i postarał się o nocleg, a następnie o skromne mieszkanie. Taki to był pierwszy dzień misjonarzy na nowem polu działalności, jeden z najprzykrzejszych w życia Ziegenbalga, a jednak był to tylko przedsmak wielu goryczy, które go tu czekały. Mimo to dzień 9 lipca 1706 r. aż dotąd przez chrześcijan tamulskich corocznie bywa obchodzony jako święto dziękczynne, a w roku bieżącym słusznie cały kościół luterski święcić będzie w dniu tym dwóchsetletnią rocznicę swej pracy misyjnej.

Dzień ten był bowiem początkiem długiej, mozolnej ale nader owocnej i błogosławionej pracy. Mimo tysiączne przeszkody, które zewsząd stawiano mężnym pionerom, mimo nad wyraz trudne warunki miejscowe, Ziegenbalg i Plütschau bez zwłoki zabrali się do pracy, a dzielnością swą, gorliwem i roztropnem postępowaniem stworzyli trwałe i mocne podwaliny misji ewangelickiej, na których następne pokolenia aż po dzień dzisiejszy dalej pracowały i pracują. Nie była to wprawdzie odrazu misja taka, jak ją dziś pojmujemy. Od samego założenia była misją kolonjalną duńską, przez króla powołaną do życia i przez niego popieraną; zboru misyjnego w Danji nie było; wprawdzie, gdy w r. 1707 nadeszły pierwsze pomyślne wiadomości z Indyj, gdy się przekonano, że misja ma widoki rozwoju, zebrano w Kopenhadze składkę na korzyść misji i pokaźną sumę posłano do Indyj; ale dar ten był tylko jednorazowy: misja pozostała sprawą władzy kościelnej; zwierzchni kierunek pozostawał w rękach ks. Lutkensa, a po jego śmierci w r. 1712 w rękach dwóch inspektorów, aż nareszcie w r. 1714 utworzono królewskie kolegjum misyjne jako stałą władzę nadzorczą; kolegjum to starało się zaszczepić w zborach zamiłowanie do pracy misyjnej ale z niewielkim skutkiem.

Natomiast w Niemczech utworzyło się kółko gorliwych przyjaciół misji. Pietyści niemieccy, z grona których wyszli pierwsi misjonarze, uważali misję trankebarską za swe umiłowane dziecię. Pierwsze wiadomości, przysłane z Indyj, ogłoszone zostały drukiem przez Langego w Berlinie, a Franke, ten mąż pałającego miłością serca, zajął się sprawą z właściwą sobie energją. Już w r. 1707 wydrukował w czasopiśmie, wydawanem przez siebie pod tytułem: "Hallische Korrespondenz," wyciąg z pierwszego listu Ziegenbalga, oraz inny list, w którym misjonarze proszą o czynne poparcie swej pracy. Zaczęły napływać datki, a w cichości modlono się o błogosławieństwo Boże dla misji. Oto był początek zboru misyjnego, tak powstało, rzec można, pierwsze niemieckie ewangelickie towarzystwo misyjne; zewnętrznej organizacji brakło mu wprawdzie: potężna osobistość Frankego była środowiskiem zboru misyjnego związanego duchem miłości Chrystusowej, a zarazem łącznikiem między zborem ojczystym a indyjskiem polem misyjnem. Przez jego ręce już w r. 1708 posłano do Indyj 1,117 talarów jako pierwszy datek chrześcijan w Niemczech dla misji wśród pogan. Ale nietylko datkami pieniężnemi pietyści niemieccy podtrzymywali misję trankebarską. August Herman Franke osobiście zajął się przygotowaniem nowych pracowników: dom sierot w Halli, skąd poprzednio wychodzili głosiciele miłości wśród chrześcijan, postarał się o hodowanie głosicieli Ewangelji wśród pogan; skoro potrzeba było nowych misjonarzy, kolegjum misyjne w Kopenhadze odnosiło się do Frankego, i zwykle między młodymi teologami, pracującymi w zakładach dobroczynnych w Halli, znajdowali się młodzieńcy chętni i uzdolnieni do tego ciężkiego, ale błogosławionego dzieła. We wszystkich ważniejszych sprawach kolegjum porozumiewało się z Frankem, nim wydawało ostateczną decyzję. Jednocześnie Franke był powiernikiem i doradcą misjonarzy: ze wszystkimi kłopotami i wątpliwościami zwracali się do niego, a nigdy nie zostawiał ich bez rady i poparcia, bez dobrych wskazówek i pociechy. Począwszy od r. 1710 Franke regularnie wydawał nadchodzące odmisjonarzy sprawozdania w osobnych zeszytach p. t.: "Wiadomości o misjonarzach w Indjach Wschodnich", zeszyty te stanowiły pierwsze ewangelickie czasopismo niemieckie, zdające sprawę o postępach dzieła misyjnego.

Kiedy w ten sposób w kościele ojczystym tworzył się około osoby Frankego i domu sierot w Halli zbór misyjny ewangelicki, w Indjach kładziono trwałe podwaliny racjonalnej i systematycznej działalności misyjnej. Szczególnie Ziegenbalg łączył w sobie szczerą pobożność z jasnym i szerokim poglądem, oraz wybitnemi zdolnościami organizatorskiemi. Jako misjonarz ewangelicki nie miał poprzedników, na których pracy mógłby się wzorować; instrukcja, jaką otrzymał, opuszczając Kopenhagę, była nader ogólnikowa i pozostawiała mu możność postępowania wedle własnej woli. Tak tedy sam musiał odnaleść drogie prowadzące najłatwiej do celu. I oto z podziwem widzimy, że umiał ominąć manowce, na których częstokroć gubią się początkujący, i we wszystkich kierunkach znaleść i stosować sposoby, jakie z małemi zmianami i dziś jeszcze uchodzą za konieczne dla skutecznej działalności misyjnej. Już jako pietysta Ziegenbalg nie mógł stosować używanego dotąd przez Holendrów powierzchownego nawracania mas pogańskich, by się modz poszczycić pokaźnemi liczbami; owszem zarówno on, jak i towarzysz jego na wstępie swej podróży postanowili zgodnie o jedno błagać Boga w modlitwach swych: "aby im Pan dozwolił nawrócić choć jedną duszę śród pogan, a wtedy podróż ich nie byłaby daremną." Tak z samego początku stosowana była zdrowa ewangeliczna metoda misyjna: przez nawracanie jednostek prowadzić cały naród do przyjęcia wiary chrześcijańskiej.

Dalej, zaraz w pierwszych dniach pobytu swego w Indjach Ziegenbalg poznał, że dla osiągnięcia celu niezbędną jest gruntowna znajomość języka tubylców. W Trankebarze poganie posługiwali się dwoma językami: tak zwani "malabarzy" mówili jedynie swym językiem ojczystym tamulskim, a obok nich byli t. zw. "portugalczycy," potomkowie niewolników tamulskich, lub też mieszańcy, którzy używali narzecza portugalskiego. Misjonarze oparli się pokusie ograniczenia swej działalności jedynie na t. zw. portugalczyków, lecz postanowili nauczyć się obu języków. Przez los rostrzygnęli, który z nich ma się wyrzec powrotu do ojczyzny po 5 latach, by się gruntownie nauczyć trudnego bardzo języka tamulskiego. Łoś padł na Pütschaua, i zdawaćby się mogło, że się stało dobrze: Plutschau bowiem posiadał daleko gruntowniejsze wykształcenie, gdy tymczasem Ziegenbalg według świadectwa dyrektora gimnazjum w Görlitz był "umysłu bardzo miernego." Ale i tu się pokazało, jak często ludzie się mylą, i to, co w oczach ich jest słabem, Bóg do wielkich rzeczy użyć może. Plütschau nie potrafił pokonać trudności językowych, a wtedy Ziegenbalg dobrowolnie wyrzekł się prawa powrotu do ojczyzny, postanowił pozostać w Indjach do końca życia i z całą energją zabrał się do nauki języka tamulskiego i literatury. Przez trssy lata prawie nic innego nie czytał, tylko książki tamulskie, i ku zdumieniu krajowców, jak i europejczyków takiej uabył wprawy w tym trudnym języku, że po trzech latach władał nim również dobrze, jak rodzinnym, a napisane przez niego w r. 1708 i ofiarowane D-r Lütkensowi dziełko p. t.: "bibliotheca malabarica" wylicza przeszło 100 dzieł tamulskich, które czytał, a 14, które sam w tym języku napisał. A za dowód, jak poznał i przeniknął ducha religijnego i kulturalnego hindusów, posłużyć mogą pozostałe po nim obszerne dzieła, z których jedno bardzo cenne, "Genealogja bożków malabarskich" wydane zostało w r. 1867.

Jako jedyny środek ku zjednaniu pogan dla chrześcijaństwa Ziegenbalg uważał słowo Boże. I tą bronią duchową jedynie walczył; świeckiej władzy i mocy nie posiadał, ani się mógł do niej odwoływać; owszem ze strony przedstawicieli władzy stawiano misjonarzom wszelkie możliwe trudności. Ju
żeśmy wyżej opowiedzieli, jak wrogo przyjął na samym wstępie przybyszów komendant twierdzy trankebarskiej - Hassius. A postępowania, swego i w następstwie nie zmienił. Wszelkie przywileje królewskie nic misjonarzom nie pomagały, owszem powoływanie się na nie jątrzyło komendanta jeszcze więcej, a skarżyć się nigdzie nie mogli: na listy, wysłane do Kopenhagi, dopiero pe 2 latach mogła nadejść odpowiedź;, a tymczasem byli zupełnie w ręku swego wroga; a ten korzystał z władzy swej w sposób iście brutalny: w r. 1708 Plütschau został za rzekome jakieś przestępstwo (mianowicie za przyjęcie do domu swego dziecięcia ochrzczonego w kościele katolickim) wtrącony do więzienia, i tak samo Hassius uwięził Ziegenbalga za nieposłuszeństwo władzy, ponieważ ujął się za wdową, której komendant swej pomocy odmówił; Ziegenbalg przesiedział przeszło 4 miesiące w więzieniu. Wszystkie te przeciwności wstrzymywały oczywiście postępy misji, ale z drugiej strony pod brzemieniem krzyża dojrzewał i umacniał się chrześcijański charakter Ziegenbalga, a i cała działalność misyjna otrzymywała znamię więcej duchowe. Wszelkie podpory świeckie były wyłączone, misjonarze jedynie na Panu polegać mogli: słowo Boże i modlitwa pozostały im jako jedyna broń, której żadna moc odebrać im nie mogła, jako środek misyjny najskuteczniejszy i najlepszy.

Za punkt ciężkości całej pracy misyjnej Ziegenbalg słusznie uważał opowiadanie Ewangelji poganom i rozmowę z nimi o sprawach zbawienia duszy. Skoro tylko poznał język o tyle, że mógł się jąć tej pracy, czynił to stale i nigdy nie zaniedbywał tej gałęzi działalności misyjnej. Korzystał z każdej sposobności, by się zbliżyć do pogan z radosną wieścią o Chrystusie, a w tym celu podejmował niejedną wycieczkę aż po za granicę duńskich posiadłości. Zbiór rozmów z poganami i opowiadań o swych przygodach Ziegenbalg przesłał do Halli, gdzie ogłoszone zostały przez Frankego w "wiadomościach misyjnych." Widzimy z nich, jak owocną mogła być taka praca, gdyż Ziegenbalg potrafił z wielką umiejętnością wniknąć w sposób myślenia pogan, i nawiązując słowa swe do ich zapatrywań, wskazywać im drogę żywota.

Obok tych wszystkich prac pierwsi misjonarze gorliwie zajęli się młodzieżą, pokładając w niej nadzieje przyszłości. Niebawem po przybyciu do Trankebaru rozpoczęli z kilkoma biednymi chłopcami naukę u siebie. W listopadzie 1706 r. zaprowadzają regularną naukę młodzieży w języku portugalskim, w początku następnego roku w języku tamulskim; a w końcu r. 1707, zakładają szkołę wspólną dla tamulów i portugalczyków, w której dzieci nie tylko otrzymują naukę, ale i pożywienie. Od samego początku też Ziegenbalg nie spuszcza z oka celu, do jakiego według słusznych jego zapatrywań, misja przy owej działalności szkolnej dążyć winna, mianowicie przygotowania młodzieży na przyszłych pracowników i nauczycieli śród własnego ludu.

Tak więc widzimy, że na wszystkie strony rozwinięte zostały zdrowe zasady dmłalrriści misyjnej, jakie i dziś jeszcze stanowią podstawę tej ważnej gałęzi działania dla królestwa Bożego. A gorliwa i sumienna praca nie mogła pozostać bez owoców. Wprawdzie nie brakło rozczarowań: pierwszy zaraz tamul, który się do misjonarzy zbliżył, kiedy jeszcze byli na okręcie, Modaliapu, którego Ziegenbalg w sprawozdaniach swych nazywa pierwszym owocem .pracy swej, srodze zawiódł nadzieje swych nauczycieli: odwrócił się bowiem od prawdy i do końca swego życia pozostał poganinem. Ale misjonarze nie dali się odstręczyć tem niepowodzeniem, ani też nie zwątpili, gdy się zapoznali z chwiejnym charakterem tamulów. Choć owoce pracy nie odpowiadały oczekiwaniom, ale nie zbrakło ich też zupełnie, powstał powoli mały zbór -- rdzeń przyszłego kościoła narodowego tamulskiego. 12 maja 1707 r. ochrzczonych zostało pierwszych pięciu pogan, a 14 sierpnia poświęcony został pierwszy maleńki dom Boży śród pogan (nazwany kościołem Jerozolimskim), w którym odtąd regularnie w każdą niedzielę odbywały się dwa nabożeństwa w portugalskim i tamulskim języku; później wprowadzono jeszcze nabożeństwa popołudniowe i tygodniowe. Dla nabożeństw tych Ziegenbalg przełożył kilka najpiękniejszych pieśni kościelnych; a już pod koniec r. 1708 rozpoczął tłomaczenie Nowego Testamentu na język tamulski; w r. 1711 pracę tę ukończył. Jął się też przekładu Starego Testamentu, ale doprowadził go tylko do księgi Ruty: śmierć wydarła mu pióro z pracowitej ręki w d. 28 lutego 1719 r. Plutschau już w r. 1711 wrócił do ojczyzny, a tymczasem coraz to nowi pracownicy wysyłani przez Frankego, przybywali do Indyj.

Nie jest naszem zadaniem dawać wyczerpujący obraz życia i działalności Ziegenbalga; zamierzaliśmy skreślić tylko początki błogosławionej tej pracy i wykazać, jak przez tego męża opatrznościowego położone zostały trwałe podwaliny misji luterskiej śród pogan. Kiedy Ziegenbalg odwołany został przez śmierć z pola pracy, zbór trankebarski liczył 250 tamulów (w tej liczbie 120 dorosłych), oraz 201 t. zw. portugalczyków. Z ziarna zasiewu, rzuconego w r. 1706 na niwę misyjną śród serdecznej modlitwy ale też z niejedną łzą i westchnieniem, wzrosła pięknie zieleniejąca, świeża drzewinka, a Pan Bóg dalej błogosławił pracy i z drzewinki wyrósł potężny dąb, którego konary i gałęzie rozpostarły się szeroko w krainie tamulów, aż do Madrasu i do Tritschinopoli na północy i aż do Madury i Tinewelli na południu. A choć niestety pień ten duńsko-halskiej misji w czasie posuchy racjonalizmu, rozpanoszonego w połowie wieku XVIII niepodzielnie w kościele ewangelickim, zdawał się także zupełnie obumarłym, Bóg jednak nie dopuścił zagłady zupełnej: powstające w czwartym dziesiątku XIX wieku luterskie towarzystwo misyjne w Dreźnie, a następnie w Lipsku dziwnemi drogami Boźemi objęło dziedzictwo po praojcach w krainie tamulów i odtąd misja ta, będąca poniekąd węzłem łączącym wszystkie odłamy kościła luterskiego -- przynajmniej w Europie, -- pracuje z wielkiem błogosławieństwem w Indjach i dokonywa dzieła rozpoczętego przed 200 laty. My zaś dzieci luterskiego kościoła w Polsce, będący od czasu, gdy się u nas rozbudziło życie misyjne w ścisłej łączności z misją lipską, wszelki mieliśmy powód w jedności ducha wraz ze wszystkimi luteranami świata z dziękczynieniem obchodzić jubileuszo
wy dzień 9 lipca r. b., i gorąco błagać Boga słowami modlitwy Pańskiej: "przyjdź królestwo Twoje."

Zachowano w większości pisownię oryginału z 1906 r.


e-mail: internet@luteranie.pl (c) 2002 - Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP