
![]()
|
bp Juliusz Bursche |
[W pamięci śląskiego ludu] ks. bp dr Andrzej Wantuła Bp Juliusz Bursche (1862-1942), Biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, przywódca polskich ewangelików. Członek wielu towarzystw naukowych, charytatywnych i patriotycznych. Doktor h.c. Wydziału Teologii Ewangelickiej UW. Więzień obozu koncentracyjnego w Schsenhausen-Oranienburg. Zmarł w szpitalu więziennym Moabit w Berlinie. |
Ilekroć z coraz bardziej gęstniejących cieniów przeszłości wywołuję czcigodną postać ś. p. ks. Biskupa
Jul. Burschego, tylekroć wyłania się przed mymi oczyma twarz z charakterystycznym dla niej uśmiechem. Ten uśmiech pozostanie na zawsze niezapomniany dla tych, co go raz choćby widzieli. Rozpogodzone czoło, opalone, rumiane lica, zdrowiem tryskająca twarz, jakaś niespożyta świeżość i -- ów charakterystyczny uśmiech, -- oto ks. Biskup Bursche w oczach śląskiego, szczególnie zaś wiślańskiego ludu.
W uśmiechu tym wypowiadało się to, co ujmowało wszystkich, którzy się z nim na śląskiej ziemi stykali: dobroć i uprzejmość, pogoda ducha i spokój, dostojność i prostota. Wiemy, iż miał w sobie coś z nieustraszonego lwa, czujnego i gotowego do skoku; w Wiśle jednak usuwało się to zawsze w cień i całą postać zabarwiał właśnie ów uśmiech.
Nasza śląska chluba, Gustaw Morcinek, wypowiedział bodaj pierwszy to słowo o Śląsku Cieszyńskim, iż Bóg, stwarzając go, uśmiechnął się. Stąd zapewne posiada Śląsk ową właściwość wywoływania uśmiechniętych nastrojów. W życiu Biskupa Burschego uwidaczniało się to wyraźnie przez długi szereg lat. To też ten uśmiech pełen pogody i pokoju unosić stę będzie zawsze nad wspomnieniami życia Zmarłego, związanymi ze Śląskiem.
Cieszyńskie było dla niego źródłem, z którego czerpał siły fizyczne, energię, odprężenie, zdrowie i uśmiech. Dawał mu je Bóg nie tylko ze spotkań z przyrodą, lecz i środowiskiem ludzkim. Przyroda wywierała wpływ głęboki.
Na Śląsk Cieszyński zwrócił jego uwagę "odkrywca" Wisły, Bogumił Hoff (+ 1894), lecz dopiero synowi Bogumiła, Bogdanowi Hoffowi przypadło w udziale sprowadzenie go na Śląsk. Po raz pierwszy przybył na Śląsk i do Wisły w 1902 r., równo pół wieku temu. Była to jeszcze "stara" Wisła w pełnym tego słowa znaczeniu. Oprócz skromnych, bez wyjątku drewnianych chat góralskich, stało w Wiśle zaledwie kilka will, również drewnianych, zbudowanych przez gości
(Hoffowie, dr Ochorowicz). Wisła uśmiechnęła się do ś. p. Biskupa wszystkimi urokami swej krasy i wstępnym bojem zdobyła jego serce. Ks. Biskup zdecydował się szybko: tego samego roku zakupił parcelę pod willę i ogród, zaś następnego roku zamieszkał po raz pierwszy w własnej, nowobudowanej rękami miejscowych górali willi, którą nazwał "Zacisze". Na stoku założył swój ogród, który po kilku latach zamienił się dzięki pracy i umiłowaniu właściciela w ogródek botaniczny, tyle tu bowiem znalazło się pięknych okazów flory miejscowej i zamiejscowej. Ks. Biskup był zwłaszcza miłośnikiem róż. Odtąd stała się willa "Zacisze" oazą w życiu Biskupa, do której tęsknił i do której rok w rok w letnich miesiącach, a nieraz i zimą przyjeżdżał, aby tu czerpać siły i zdrowie i aby się tu uczyć uśmiechów wdzięczności za Boże dary, dane mu w przyrodzie.
Lecz nie tylko sama krasa ziemi cieszyńskiej wywoływała uśmiech na twarzy ks. Biskupa Burschego. Jakże miał się nie uśmiechać, gdy widział naokoło siebie rdzennie polski ewangelicki lud, który na zawsze wziął w niewolę jego serce! Lud ten miał za sobą
cztery wieki bogatych dziejów, przeszedł przez piekło prześladowań religijnych 17 i 18 wieku l zachował w czystości wiarę i mowę ojców. Jakże tu nie promienieć, gdy się przebywało wśród ludu, który co niedziela zagłębiał się w domach swoich w postyllach Reja Mikołaja, Grzegorza z Żarnowca, Dambrowskiego i innych, który
perły literatury religijnej 16 i 17 wieku wiernie przechował do najnowszych czasów! Stosunki między ówczesnym generalnym superintendentem z zaboru rosyjskiego a luterskim ludem na Śląsku były pełne prostoty i serdeczności. Korzystając z gościnności ówczesnego proboszcza wiślańskiego, ks. S.
Mrowca, chętnie wygłaszał w kościele wiślańskim kazania, korzystał też z zaproszeń, jakie przychodziły do niego z innych zborów i służył im głoszeniem Słowa Bożego. Pragnąc zaś uczynić coś dla kulturalnego podniesienia ludu, brał żywy udział we wszelkich miejscowych oświatowych poczynaniach i wnosił w nie swą cząstkę (Macierz Szkolna, biblioteka). Wszystko, co miało na celu podniesienie Wisły i pracę dla dobra ludu miejscowego, znachodziło u niego życzliwe poparcie i pomoc. Ewangeliccy księża polscy na Cieszyńskim nawiązali od razu z nim .łączność i przyjeżdżali do Wisły celem omówienia aktualnych spraw kościelnych czy politycznych. W tych warunkach musiało się do niego uśmiechać życie!
Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, musiał ks. Biskup jako obcokrajowiec Wisłę opuścić. Przed wyjazdem przyszli go pożegnać znajomi. Ks. P. Nikodem z Ustronia wdział na chwilę płaszcz proroka i przepowiedział, że żegna go jako generalnego superintendenta zaboru rosyjskiego, a witać go będzie jako Biskupa ewangelickiego Kościoła w niepodległej Polsce i jako swojego zwierzchnika. Proroctwo się spełniło co do joty. Po wojnie wrócił Istotnie ks. Biskup Bursche na Śląsk, aby śląski Kościół ewangelicki przyłączyć do warszawskiego Konsystorza i zamieszkiwać odtąd już jako zwierzchnik Kościoła przez letnie miesiące w swoim "Zaciszu" wiślańskim. Była to jedna z najradośniejszych chwil w życiu ks. Biskupa. Bóg, niepojęty w drogach swoich, uśmiechnął się wyraźnie do niego.
Zmarły Biskup pokochał Śląsk całym sercem. Po pierwszej wojnie jeździł nawet na pokojową konferencję w Wersalu, aby bronić ludu śląskiego, pragnąc się odwdzięczyć za to, czym go kraj ten obdarowywał niewiędnącymi uśmiechami młodości.
Ks. Biskup J. Bursche miał życie pełne utrudzeń i walk, dni wielkich i rozczarowań. Bo takie bywa życie wielkich ludzi. Wśród prac i dźwigania brzemion przeżywał jednak chwile jasne, pogodne, uśmiechnięte. Najwięcej dawały mu ich okresy spędzone w Wiśle i na Śląsku. Myśląc o jego olbrzymim trudzie życia z perspektywy lat, jakie nas dzielą od jego męczeńskiej śmierci i wywołując wspomnienie jego osobowości z gęstniejących mroków przeszłości, chcemy go widzieć i dziś, gdy go wspominamy, takim, jakim
wśród nas bywał: chcemy go widzieć uśmiechem błogosławiącego naszą pracę w Kościele Chrystusowym, nasze trudy i brzemiona. W sercach naszych, które go zawsze czcią otaczały i synowskimi darzyły uczuciami najgłębszego szacunku i miłości, jak długo one biją, niech jego postać żyje taką, jakąśmy zawsze widzieli: pogodna i zachęcająco uśmiechnięta. Pamięć jego na Cieszyńskim niechaj prawdziwie pozostanie święta.
Za: "Strażnica Ewangeliczna" Nr 6/1952, s. 78-79.
e-mail: internet@luteranie.pl (c) 2001-2002 Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP