Witryna Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP


[Pożar kościoła]

ks. dr Tadeusz Wojak

Dzień 16 września 1939 był piękny, słoneczny, ciepły, jak cały wrzesień owego roku. Mieszkaliśmy wtedy na Bielanach, ale z chwilą rozpoczęcia oblężenia Warszawy, udaliśmy się na plebanię przy ulicy Królewskiej. Przygarnięto nas na wikariatce.

Noce były raczej spokojne, natomiast we dnie gorące nękały nas naloty. Kilka razy dziennie powtarzały się naloty. Słyszeliśmy warkot samolotów, świst spadających bomb, huk wybuchów i łoskot walących się domów. Nieraz było to bardzo blisko. Artyleria hitlerowska bombardowała miasto. W pobliżu był budynek Sztabu Generalnego i Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w Ogrodzie Saskim stały nasze działa przeciwlotnicze. Ostrzeliwano więc naszą dzielnicę. Spłonął budynek Konsystorza i mieszkanie ks. biskupa Burschego przy ulicy Wierzbowej. Kiedyś w czasie bombardowania wpadł do pokoju duży odłamek kraty z ogrodzenia Ogrodu Saskiego.

W dzień gnieździliśmy się więc z wielu innymi, którzy przygodnie szukali schronienia - w piwnicy. Zasoby żywności szybko się wyczerpały. Weterynarz, który znalazł się wraz z nami w piwnicy, wykrawał mięso z zabitych koni, leżących na jezdni ulicy Królewskiej. Kiedyś wybrałem się jednokonnym wozem z chłopcem, którego znałem z pracy młodzieżowej, na Leszno do piekarni Wendta po chleb. W drodze powrotnej zaskoczył nas nalot. Schroniliśmy się w jakiejś bramie. W bliskim sąsiedztwie bomba zburzyła kamienicę i cała ulica była pełna ceglanego pyłu. Przywieźliśmy sporo chleba, który rozdaliśmy potrzebującym, a
tych było wielu.

Dnia 16 września otrzeliwanie miasta nie było zbyt intensywne. Przywykli do tego staliśmy przed wejściem do piwnicy. Nagle, na naszych oczach, pocisk ugodził w krzyż na szczycie naszego kościoła Świętej Trójcy. Krzyż był obity pozłacaną blachą, ale wewnątrz drewniany. Suche drzewo błyskawicznie się zajęło. Ogień szybko objął latarnię na kopule i schodził w dół. Konstrukcja kopuły była również drewniana, ogień miał więc wiele do pożarcia. Ratunku nie było żadnego. Straż ogniowa nie istniała. Staliśmy bezsilni na dziedzińcu kościelnym, patrząc na dymy ścielące się ze szczelin kopuły. Tu i tam bryzgały płomienie. W milczeniu i z bólem oglądaliśmy to smutne widowisko. Stali wśród nas ks. Loth i ks. Ruger. Wtedy ks. Henryk Wegener, który był między nami, powiedział: „Chodźmy uprzątnąć, co się da, z ołtarza". Poszedłem z nim. W kościele było pełno gryzącego dymu i słychać było trzask płonącego drzewa. Zabraliśmy z ołtarza krzyż, naczynia komunijne. Biblię Radziwiłłowską, świeczniki, nakrycia ołtarzowe i przenieśliśmy na plebanię. Dwa razy obracaliśmy tam i z powrotem. Więcej nie mogliśmy zrobić. Po dłuższym czasie kopuła z łomotem załamała się do wnętrza kościoła. Prysły piękne witraże. Ogień strzelił w górę, dymy rozniosły się szeroko. Paliło się wnętrze kościoła - ławki, filary, chóry, organy. Zapadł zmierzch. Pogodna noc przyniosła nowe widowisko. Było cicho. Kościół jeszcze płonął. Budynek czynił wrażenie rozżarzonego garnka, ział czerwonym ogniem, nad nim kołysała się szeroko łuna. Powoli stygły nagie, wewnątrz odarte, wypalone mury - ruiny naszego kościoła.

Nasza gromadka na plebani zżyła się. Wieczorem śpiewaliśmy pieśni kościelne: „Pod Twą obronę", „Wszystkie nasze...", czytaliśmy też krótkie fragmenty z Pisma Świętego. Tego dnia ks. Loth przeczytał słowa z Trenów Jeremiasza.

Przy placu kościelnym stał gmach Gimnazjum imienia Mikołaja Reya, wówczas szkoła Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Warszawie. Budynek zajęto w czasie oblężenia na szpital wojskowy. U wejścia ktoś postawił nieopatrznie beczkę z benzyną. Senator Evert, prezes Rady Parafialnej, zwrócił się do dowództwa szpitala, by stoczyć beczkę do piwnicy. Przestrogę jednak zlekceważono. Tego samego dnia odłamek pocisku ugodził w beczkę. Płomień wystrzelił wysoko. Szpital stanął w płomieniach. Wynoszono rannych żołnierzy i układano na placu kościelnym. Wraz z ks. Wegenerem braliśmy udział w tej akcji. Miałem ukończony kurs sanitarny PCK, ale w tej pełnej grozy chwili moje umiejętności nie miały większego znaczenia. Spełniliśmy zwykły ludzki obowiązek. Rannych zabrano w nocy na inne miejsce.

Druga beczka benzyny stała na podwórzu parafialnym. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ocalała. Nazajutrz, wcześnie rano, wykopaliśmy dół na skwerku koło wejścia do wypalonego kościoła, tam wtoczyliśmy beczkę z benzyną i zakopaliśmy.

Oblężenie było coraz bardziej nużące. Pod koniec zbombardowano wodociągi.

Trzeba było donosić wodę z podwórzowych studzien. Do końca słuchaliśmy odezw prezydenta Starzyńskiego. Tak minęły długie tygodnie oblężenia.


Tekst pochodzi z publikacji "Jubileusz Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Świętej Trójcy w Warszawie 1581-1781-1981", Wyd. Komisja Ochrony Pamiątek przy Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Św. Trójcy w Warszawie, Warszawa 1982.


 e-mail: internet@luteranie.pl (c) 2001-2002 - Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP