|
[Ofiara i poświęcenie] ks. Marcin Brzóska Mając więc wielkiego arcykapłana, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trzymajmy się mocno wyznania. Nie mamy bowiem arcykapłana, który by nie mógł współczuć ze słabościami naszymi, lecz doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu. Przystąpmy tedy z ufną odwagą do tronu łaski, abyśmy dostąpili miłosierdzia i znaleźli łaskę ku pomocy w stosownej porze. List do Hebrajczyków 4,14-16 Drogie Siostry i Bracia, Na łamach jednego z ogólnopolskich czasopism chrześcijańskich został opublikowany niedawno artykuł mówiący o transplantacji organów. Jego autorzy zadali sobie spory trud, by dotrzeć do lekarzy, etyków i teologów, którym zadano pytanie o to, jak postrzegać ten problem i jak zachować się w tej niełatwej sytuacji. W artykule tym zawarto także wywiady z osobami, które przeżyły ciężkie choroby dzięki temu, że wszczepiono im czyjeś serce, nerkę, czy szpik kostny. Najbardziej poruszające były jednak wypowiedzi rodzin tych, którzy umierając stali się dawcami dla innych. Do tego artykułu dołączona była także niewielka karta – deklaracja dawcy. Można ją było wypełnić i na przykład włożyć do swojego portfela, by w ten sposób zadeklarować chęć oddania swoich narządów po śmierci innym. Kiedy czytałem ten artykuł przyszło mi na myśl pewne istotne pytanie: Do jak wielkiej ofiary byłbym zdolny? Co byłbym w stanie zrobić dla drugiego człowieka – kogoś, kogo znam, albo kogoś zupełnie obcego? Do jak wielkiego poświęcenia zdolny jest współczesny człowiek? Ile jesteśmy w stanie ofiarować innym? W jakim stopniu jesteśmy w stanie poświęcić się dla innych. Czasy, w których żyjemy zdają się nie sprzyjać postawie dawania, a raczej czemuś całkowicie odwrotnemu. Współczesny człowiek częściej myśli o tym, co i ile mu się należy, a rzadziej o tym, z czego mógłby zrezygnować, czego się wyrzec, albo czym podzielić z innymi. A więc do jakiej ofiary jesteśmy zdolni? Słowo „ofiara” kojarzy się nam najczęściej z pieniędzmi, ale przecież nasza gotowość do ofiarowania nie może ograniczać się wyłącznie do zawartości naszych portfeli. Czasem równie ważne jest to, by ofiarować komuś swój czas, by podać mu dłoń i być z nim, gdy potrzebuje naszej obecności i wsparcia. Jeszcze jedno pytanie rodzi się w moich myślach: Ile jesteśmy w stanie poświęcić dla Boga i Kościoła – ile naszego czasu, zaangażowania i energii. Stoimy właśnie u progu czasu pasyjnego. Po raz kolejny w ciągu najbliższych kilku tygodni rozważać będziemy tajemnicę męki i śmierci Chrystusa. Na nowo odczytywać będziemy przesłanie o krzyżu. Czy jednak do końca wiemy i zdajemy sobie sprawę z tego, co tam się stało i jakie to wydarzenie ma dla nas konsekwencje? To wszystko, co uczynił dla nas Jezus da się zaś streścić właśnie w dwóch słowach: ofiara i poświęcenie. O tym mówi słowo lekcji apostolskiej dzisiejszej niedzieli, które wspólnie pragniemy rozważać. Mając więc wielkiego arcykapłana, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trzymajmy się mocno wyznania. Autor Listu do Hebrajczyków pisze, że Jezus, Syn Boży jest arcykapłanem. Co oznaczają te słowa? Jedną z najważniejszych osób w Izraelu był arcykapłan. To on przewodniczył obchodom świąt i składaniu ofiar. Spośród innych kapłanów wyróżniało go jednak przede wszystkim jedno. To właśnie on, jeden raz w roku, miał prawo wejść do tej części świątyni, która zwana była miejscem najświętszym. Tylko on miał prawo przejść przez oddzielającą to miejsce kotarę i stanąć przy arce przymierza, w której przechowywane były kamienne tablice Bożych przykazań. Tylko arcykapłan mógł stanąć przed tronem Boga, by właśnie tam złożyć ofiarę przebłagania za swoje grzechy i za grzechy całego ludu. Żadna z ludzkich ofiar nie mogła być jednak na tyle skuteczna, by przed Bogiem mogła stać się zadośćuczynieniem za jego grzechy. Bo cóż może człowiek ofiarować Bogu? Po to właśnie Bóg posłał na świat swego Syna – Jezusa Chrystusa. On stał się dla nas arcykapłanem i aby przebłagać Boga za nasze grzechy, złożył ofiarę ze swojego życia. Chrystus stał się naszym arcykapłanem i ofiarą zarazem, byśmy mogli zyskać od Boga przebaczenie naszych grzechów i mogli czerpać ze źródła Jego miłości i łaski. Dzięki ofierze Chrystusa Bóg przestał być Bogiem dalekim, zasłoniętym, do którego dostęp mają tylko wybrani. Dzięki Chrystusowi otwarła się zasłona oddzielająca ludzi od Boga. To dzięki Niemu możemy śmiało i bez obaw stawać przed Bogiem i mówić do Niego Ojcze nasz – Abba – Tatusiu – tak, jak nauczył nas tego właśnie Jezus. Chrystus – Arcykapłan przeszedł przez niebiosa i szeroko otworzył dla nas ich bramy. On powołał nas do tego, byśmy żyli wraz z nim w Bożym Królestwie. On wskazał nam drogę, którą mamy iść i cel, do którego mamy zdążać. Ta perspektywa pełna jest radości i optymizmu. Ale czy w rzeczywistości nie jest inaczej. Jako chrześcijanie, tak jak inni ludzie doznajemy bowiem bólu, cierpienia, tak samo przeżywamy kryzysy i załamania, wzloty i upadki. Cierpienie i ból wpisane są w życie każdego człowieka i bycie chrześcijaninem nie uwalnia nas od nich, ale pozwala patrzeć na nie inaczej. O tym właśnie mowa jest także w Liście do Hebrajczyków: Nie mamy bowiem arcykapłana, który by nie mógł współczuć ze słabościami naszymi, lecz doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu. Cierpienia dotykają każdej i każdego z nas, ale dzięki Chrystusowi, który doświadczył cierpienia możemy być pewni Bożej bliskości i obecności w naszym życiu – a w szczególności właśnie wówczas, gdy Bóg zdaje się być gdzieś daleko, gdy zdaje się nie słyszeć naszych modlitw i nie widzieć naszych łez. Ale właśnie wówczas blisko nas jest Chrystus. On wie bowiem, co to znaczy czuć się opuszczonym przez Boga. To nikt inny, tylko On wołał z krzyża: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Jezus przeżywał osamotnienie, gdy po Jego pojmaniu zaprowadzony został do pałacu arcykapłana, a wszyscy Jego uczniowie rozbiegli się przestraszeni w obawie o swoje życie. On był kuszony przez szatana, który starał się zniweczyć Boży plan zbawienia. Chrystus był fałszywie oskarżany. Był poniżany i wyśmiewany. W końcu cierpiał i umarł. On przeżywał to samo, co my. Czyż może więc być ktoś jeszcze nam bliższy? Bp Andrzej Wantuła pisał w jednym ze swoich kazań: Pan Jezus po to właśnie przyjął postać ludzką i stał się naszym Przyjacielem i Bratem, aby dać przykład do naśladowania i uczyć, jak być człowiekiem, jak żyć, gdyż od tego zależy nasz ostateczny los. Jezus stał się człowiekiem, by stać się nam bliski w naszych cierpieniach, osamotnieniu i śmierci. Czyż może być dla nas nowina, jeszcze bardziej dodająca nam nadziei i mocy wiary? Przystąpmy tedy z ufną odwagą do tronu łaski, abyśmy dostąpili miłosierdzia i znaleźli łaskę ku pomocy w stosownej porze. A jednak na drodze naszej wiary i nadziei tak często stają przeszkody, które ją krępują, a czasem wręcz tłumią i nas jej pozbawiają. Dlatego właśnie autor Listu do Hebrajczyków pisał: Mając więc wielkiego arcykapłana, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trzymajmy się mocno wyznania. W czasach, w których pisane były te słowa największym zagrożeniem dla chrześcijan były prześladowania, które dotykały młody kościół. Raz po raz w różnych miejscach przeciwko chrześcijanom wybuchały fale nienawiści i przemocy. Wielu było wówczas więzionych, wielu torturowano i wielu także zapłacić musiało życiem za swoje wyznanie. Na pierwszy rzut oka dane jest nam dziś żyć w zupełnie odmiennych czasach. Żyjemy w wolnym kraju, w którym zagwarantowana jest każdemu obywatelowi swoboda wyznawania swej wiary, więc nie powinniśmy mieć problemów z tym związanych. Ale czy tak jest do końca? Jako ewangelicy żyjemy w diasporze – w rozproszeniu. Jesteśmy postrzegani jako inni i wielu z nas z pewnością spotkało się nieraz z tego powodu się z objawami nietolerancji. Wielu członków także naszej społeczności coraz mniej czuje się związanych z Kościołem i swoją parafią. Problem ten w sposób znaczący dotyka parafii w wielkich miastach, ale coraz bardziej widoczny jest także w mniejszych miejscowościach. Wiele osób przestaje odczuwać potrzebę społeczności nabożeństwa. Większość ludzi należących do młodszych generacji tłumaczy się wówczas brakiem czasu i zapracowaniem, starsi problemami ze zdrowiem, albo z dotarciem do kościoła. W rzeczywistości jednak zachowania te są niestety często objawami postępującego i w naszym społeczeństwie procesu zeświecczenia. Jeszcze inni szukają alternatywnych dróg prowadzących do szczęścia w jego doczesnym i wiecznym wymiarze. Dlatego właśnie do nas szczególnie przemawia Słowo Boże: Mając więc wielkiego arcykapłana, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trzymajmy się mocno wyznania. Trzymajmy się Chrystusa, bo tylko On jest drogą, prawdą i życiem. Cytowany już wcześniej Bp Andrzej Wantuła powiedział kiedyś: Ukrzyżowany toruje nam drogę do Ojca i w krzyżu swoim podaje nam nić , która poprzez nasze słabości i grzechy do Niego prowadzi. Jest to nić życia. Kto ją uchwycił, wszedł na drogę życia. Obyśmy i my uchwycili i utrzymali w naszych dłoniach tę nić życia. Temu niechaj służy tegoroczny czas Pasji, który właśnie rozpoczynamy. Niechaj będzie czasem pojednania, budowania i umocnienia wiary. Przystąpmy tedy z ufną odwagą do tronu łaski, abyśmy dostąpili miłosierdzia i znaleźli łaskę ku pomocy w stosownej porze. Pozwól nam więc, Panie Jezu przystąpić do Twego tronu – pod krzyżdostąpić Twej łaski i miłosierdzia. Wspieraj nas i prowadź pod krzyż Zbawiciela, bo w nim jest źródło naszego życia. Amen. (c) 2004 - Kościół Ewangelicko-Augsburski w RP - internet@luteranie.pl |