
![]()
[Eiwind
Bergraw]
Chrzest dzieci
Najpiękniej jest chrzcić dzieci. Takie cudowne są oczy dziecięce. Oddawane
Bogu dzieci są dla mnie zawsze jakby żywą Ewangelią. Nic nie szkodzi, że
krzyczą. Że mamy miejsce u Chrystusa, nie jest to ani ich, ani moja zasługa. W
tym także jest Ewangelia.
Chłopczyk, o którym chcę opowiedzieć, nie krzyczał. Miał już pół roku, siedział
więc na ręku kobiety, która go przyniosła i zachowywał się dość żywo.
Zauważyłem, że interesował się blaskiem biskupiego krzyża, dałem mu go więc, by
się nim pobawił. Spojrzał wtedy dużymi oczyma na tę, która go trzymała, jakby
chciał jej ten krzyż pokazać. Ona zaś spojrzała na mnie, i gdy spotkałem jej
wzrok, wyczułem, że była to matka chłopca. Jakież to piękne, gdy matka sama
przynosi dziecko do chrztu i jakie naturalne. Dlaczego miąłby to robić krewny
albo nawet obcy?, Nikt nie jest do tego bardziej powołany niż matka. Inni robią
to tak niezręcznie, bo są bardziej zajęci sobą, niż dzieckiem. Tą, w tym
wypadku, była przejęta uroczystą chwilą. Gdy chłopczyk pochylony, został nad
wodą chrztu, otworzył szeroko duże niebieskie oczy i patrzył na przemian na mnie
i na matkę. Krzyż trzymał cały czas w piąstce. Oboje nie mogliśmy ukryć
wzruszenia. "Idar Björnar Skog, chrzczę ciebie w imię Ojca i Syna i Ducha
Świętego".
Dowiedziałem się później, z jakiej zagrody to dziecię pochodzi. Zagroda ta
położona jest wysoko na najdalszym krańcu górskiej doliny. W drodze powrotnej
poleciłem pastorowi, by wpłacił pieniądze w Vefsn na książeczkę oszczędnościową
dla dziecka imieniem Idar Björnar Skog.
Była to pierwsza część tego wydarzenia.
Innym razem odbywaliśmy naszą daleką i podróż do Tattjelldal i do Susendal, a
następnie pastor wiózł mnie wiele, wiele kilometrów aż do Mosjöen, gdzie
odprawiliśmy nabożeństwo wieczorne w ośmiokątnym, przed dwustu laty postawionym
kościele w Dolstad. Następnie wsiedliśmy na pokład miejscowego statku i
popłynęliśmy fiordem. Następnego dnia miałem mieć wizytację w kościele,
położonym nad samym brzegiem morza. Rankiem przyszedł do mnie pastor i
powiedział: W parafii jest wielkie poruszenie. Jak burza wybuchły w zborze spory
i różnice zdań co do chrztu dzieci. Zanosi się na poważne zamieszanie w parafii.
Czy mam zwołać zebranie?
— Nie — odpowiedziałem — jeżeli sprawa zaszła tak daleko, nie ma sensu zwoływać
zebrania. To parafian jeszcze bardziej podburzy. Proszę pomówić ze wszystkimi,
których ta sprawa interesuje i spokojnie im to zagadnienie wyjaśnić. O chrzcie
trzeba mówić pozytywnie, nie w sposób polemiczny. Proszę zwołać tych, którzy
przyjść zechcą, umocnić ich w wierze i w przekonaniu, ale proszę ich nie
atakować.
Mimo to czułem w sobie jakieś drżenie. Byłem też zmęczony. A cieszyłem się na
spokojne nabożeństwo i na pełne zaufania spotkanie z parafianami. O tym sporze,
który wybuchł : w ostatniej połowie roku, nic nie wiedziałem. Kościelny
przyszedł do mnie do zakrystii i powiedział:
— Kościół jest przepełniony, a przyszli sami przeciwnicy chrztu dzieci.
Atmosfera jest naładowana elektrycznością.
Już nie pamiętam, na jaki tekst wtedy kazałem. Miałem trudnych słuchaczy i
czułem, że będzie to dla mnie za wielki wysiłek, jeżeli zaraz po nabożeństwie
głównym będę miał w dusznym kościele nabożeństwo dla dzieci. Prosiłem więc
pastora, by przez jakieś dziesięć minut zajął się dziećmi, abym mógł trochę
odpocząć. Opadłem wprost na postawione mi krzesło. Nagle poczułem się jakby
porażony prądem elektrycznym. gdy usłyszałem jak pastor powiedział do dzieci:
— A teraz pomówimy o chrzcie dzieci. Ja rozpocznę z wami, a ksiądz biskup
dokończy.
Trudności piętrzyły się, a ja miałem tylko parę minut czasu, aby się z nimi
uporać. Tylko minuty... W tej atmosferze problem chrztu dzieci... Można było z
góry przewidzieć, jaki będzie wynik. Żebym tylko nie był zmęczony! A ja niemal
myśleć nie mogłem. Mściły się na mnie teraz wszystkie rozjazdy i nieprzespane
noce. Spojrzałem na zegarek. Owe dziesięć minut już dobiegały końca. Pastor
doszedł właśnie do sedna sprawy. Modliłem się. Czułem, że jestem w tej sytuacji
bezsilny, cieleśnie i duchowo.
Gdy za chwilę stałem przed ołtarzem, mając przed sobą dzieci i cały kościół
pełen ludzi, byłem tak pusty i tak bezradny, jak to się rzadko zdarza. Nie
mogłem uchwycić żadnej myśli, tym bardziej, jakiejś jasnej myśli.
Usłyszałem własny głos:
— A więc, jak to jest dzieci, czy te maleństwa, które przynosimy do chrztu, mogą już mieć wiarę?
Byłem przekonany, że usłyszę odpowiedź, jaką
podaje szkoła i podręczniki szkolne. W kościele rozległo się głośne:
— Nie!
W tej trudnej chwili stało się jednak coś niezwykłego. Patrząc na moją klęskę,
ujrzałem nagle dwoje niebieskich oczu dziecięcych na tle chrzcielnicy i dwie
małe piąstki, które bawiły się krzyżem. W ułamku sekundy stałem się innym
człowiekiem. Nie wiem, jak doszło do tego skojarzenia myśli, ale w każdym razie
odpowiedziałem dzieciom zupełnie spokojnie:
— A zatem wy mówicie, że takie małe dziecko nie może mieć wiary. Zapytam was
więc o coś innego: Czy takie małe dzieciątko może mieć swoją książeczkę
oszczędnościową?
Dzieci były teraz już zupełnie pewne swego i po prostu krzyknęły:
— Nie!
Uśmiechnąłem się.
— Teraz was złapałem — powiedziałem. A zatem taka mała istotka nie może mieć
książeczki oszczędnościowej? Opowiem wam teraz co zrobiłem w środę. Ochrzciłem
małego chłopczyka, któremu na imię Idar Bjornar Skög. A ten ma książeczkę
oszczędnościową. Spytajcie w Kasie Oszczędności w Vefsn, a dowiecie się, że to
prawda. Dlaczego mówicie, że dzieci, które chrzcimy, nie mogą mieć książeczki
oszczędnościowej? Ponieważ myślicie, że one są jeszcze za małe. Książeczkę
oszczędnościową może mieć tylko taki, kto zarabia i oszczędza, a niemowlę jest
jeszcze Za małe na to. Zapominacie jednak, że może ono otrzymać książeczkę
oszczędnościową w darze. Idar Björnar właśnie w ten sposób ją otrzymał.
W międzyczasie stało się dla mnie jasne, że nie mogę się wdać z dziećmi w
dyskusję na ten temat. Czas, powietrze, napięcie, dorośli, wszystko mówiło mi,
że powinienem jeszcze tylko dalej rozwinąć ten obraz i na tym zakończyć.
Poszedłem więc dalej i powiedziałem:
— Wy dorośli, którzy się tu zebraliście — na pewno każdy z was, a ja także, my
wszyscy, już niejednokrotnie zadawaliśmy sobie pytanie: Czy Pan Bóg może
naprawdę przyjąć dziecko, które jeszcze nie może mieć wiary? Gdzie tkwi błąd w
naszym rozumowaniu? Patrzymy na wiarę zawsze jak na coś, co sami zdobywamy. Z
czasem dochodzimy nawet do tego, że wydaje nam się, iż możemy powiedzieć: „Teraz
już wierzę na pewno. Wyobraźmy sobie, że wiara Jest naszą zasługą, osiągnięciem,
które znajduje uznanie u Boga, na tej podstawie Bóg może nas przyjąć do siebie,
jako swoje dzieci. Wobec tego chrzest ma swoje uzasadnienie wtedy tylko, gdy
jesteśmy już dorośli na tyle, aby móc wierzyć. Powiedzcie mi, moi kochani, kiedy
posiadamy już wystarczającą wiarę, aby być dojrzałym do chrztu. Gdybym ja
osobiście chciał z moim chrztem czekać tak długo, bym mógł stanąć przed Bogiem i
powiedzieć: Teraz już uzbierałem taką wiarę, że możesz mnie spokojnie ochrzcić —
obawiam się, że do dziś jeszcze nie byłbym ochrzczony. Ja wierzę na pewno. Ale
czy mogę przyjść do Boga i powiedzieć: Na mojej wierze możesz polegać, ona
stanowi pewny fundament, moja wiara jest mocna, wielka? Nie. Musiałbym
powiedzieć: Jeszcze nie! I obawiam się, że musiałbym na chrzest czekać aż do
śmierci. Gdyby człowiek miał być przyjęty przez Boga na podstawie swoich
własnych osiągnięć w wierze czy w uczynkach — jak moglibyśmy się przed Nim
ostać?
Oto Jezus przychodzi i mówi: „Pozwólcie dziatkom, przychodzić do mnie, albowiem
takich jest Królestwo Niebieskie". To znaczy: Chcę im. dać Królestwo Niebieskie,
chcę im dać wiarę, chcę je złożyć w ręce Boga. Krótko powiedziawszy: chcę im dać
wiarę, jako Boży dar. Być dzieckiem, to znaczy umieć przyjąć z radością, bez
ubocznych myśli i z ufnością. Być dzieckiem, to znaczy posiadać więcej, niż się
wie. Stać się dorosłym znaczy raczej, stać się zdolnym do roztrwonienia tego, co
się powsiada. Nie wiem, dokąd bym zaszedł, gdyby ode mnie zażądano czynu, na
podstawie którego mógłbym wejść do Królestwa Bożego. Ale Bóg nie jest taki. Bóg
daje. On nam też daje wiarę w darze. Dorośli mają większe trudności i więcej
niepewności w przyjęciu daru Bożego, niż małe dzieci, które przynosimy Bogu w
chrzcie. Usposobienie dorosłych jest pełne oporu wobec Boga i jest wrogo do
Niego nastawione. Mimo to Bóg nas nie odrzuca. Czy Bogu byłoby łatwiej podać dar
swój dorosłemu, niż małemu dziecku? Nie. I zanim znów zaczniemy mówić o chrzcie
dzieci, musimy wpierw poznać, co to jest wiara. Bez wiary nie jesteśmy w stanie
pojąć, czym jest i chrzest.
Wiara nie jest zasługą, wiara jest darem Bożym, danym nam przez Jezusa
Chrystusa.
A teraz, dzieci, powiedzcie mi, czy uważacie, że możemy przyjść z małymi dziećmi
do Boga, aby przez chrzest zostały przyjęte do Królestwa Bożego?
— Tak — odpowiedziały z całego serca.
W kościele zrobiło się tak cicho, że „Amen" powiedziałem szeptem, a wszyscy mnie
słyszeli.
Jak długo będę żyć, będę pamiętał o tym, co mi dał Idar Björnar Skog.
Tekst pochodzi z "Kalendarza Ewangelickiego 1966", Warszawa 1965, s. 176-179.
e-mail: internet@luteranie.pl (c) 2002 - Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP