
![]()
[O
chrześcijańskie małżeństwo]
ks. Jan Motyka
Czy nie tkwi błąd gramatyczny w
tak sformułowanym tytule? Z pewnością nie. Takiej formy użyto świadomie, by od
razu skierować myśli na trudności przeszkody i niebezpieczeństwa, na jakie
natrafia w świecie chrześcijańskim małżeństwo; przypomina walkę, jaką
chrześcijaństwo musi stoczyć o pojmowanie i urzeczywistnianie zgodnego z wolą
Bożą małżeństwa. Pod względem upadku życia rodzinnego i moralności współczesny
nam świat przypomina starożytny świat pogański, w którym powstało i rozwijało
się chrześcijaństwo. Słowa Jezusa i Jego apostołów świadczą o walce, jaką
wówczas chrześcijanie musieli stoczyć z rozpowszechnioną wśród pogan
rozwiązłością obyczajów. Do podobnej walki jesteśmy powołani dziś wszyscy,
niezależnie od tego, do jakiego chodzimy kościoła. Piszę o chrześcijańskim
małżeństwie, ponieważ w poglądach na małżeństwo istnieją tylko nieznaczne
różnice między poszczególnymi odłamami chrześcijaństwa. Źródłem tych poglądów
jest Biblia, zwłaszcza słowa Jezusa Chrystusa i Jego apostołów, które uznają
wszyscy wyznawcy Zbawiciela. W ciągu wieków Kościół utrwalił monogamiczny typ
małżeństwa, czyli legalnego związku jednego mężczyzny z jedną kobietą, zawartego
na całe życie. W chwili ślubu kościelnego nowożeńcy przyrzekają sobie wzajemnie
miłość, wierność i szacunek, zobowiązują się dzielić z sobą radość i smutek,
szczęście i nieszczęście w dobrych i złych dniach oraz ślubują, że jedno
drugiego nie opuści, dopóki ich Bóg przez śmierć nie rozłączy.
Zeświecczenie małżeństwa
Ten najlepszy i, zdawałoby się, sam przez się zrozumiały model monogamicznego
małżeństwa na całe życie był i bywa dziś jeszcze kwestionowany. W XVIII wieku
powstała teoria, głosząca, że model małżeństwa zmieniał się w ciągu wieków.
Wiele zamieszania wywołała teoria, według której pierwotną formą życia
rodzinnego był bezład płciowy. Żyjący w wielkich hordach mężczyźni i kobiety
żyli z sobą bez żadnych ograniczeń; wszyscy mężczyźni byli mężami wszystkich
kobiet (Backhofen). Jednakże uściślenie metod badawczych w dalszych badaniach
pozwoliło ustalić, że hipoteza bezładu płciowego opierała się na fikcyjnych
przesłankach, wypływających z powierzchownej obserwacji ludzi, powodujących się
jedynie sensacją, a nie gruntowną wiedzą. Etnolodzy tacy jak: Westermarck,
Ankermann, Schmidt i Malinowski stwierdzili, że wszędzie od samego początku była
rozpowszechniona monogamia w wszystkich społeczeństwach ludzkich niezależnie od
położenia geograficznego.
Jeszcze większe zamieszanie wywołali w XIX w. anarchiści (Kropotkin, Marie,
Hervieu, Dumas-syn i inni). Według nich główną podstawą małżeństwa jest wolne,
samorodne uczucie; czas jego trwania wyznacza zarazem czas trwania małżeństwa.
Jedynie miłość legitymuje związek mężczyzny z kobietą. Tylko w wolnym związku
można mówić o prawdziwej i autentycznej miłości. Według anarchistów po prostu
niemoralne jest ograniczanie prawa człowieka do miłości. Do ruchu wywołanego
przez anarchistów przyłączył się ruch feministyczny, głoszący hasła wolnej
miłości i prawo każdego człowieka do swobodnego rozporządzania własnym ciałem.
Warto tu zaznaczyć, że oba te ruchy zredukowały miłość wyłącznie do aktu
fizycznego i pominęły zupełnie społeczny charakter rodziny, jej obowiązki,
zwłaszcza zobowiązania wobec dzieci. Ich indywidualistyczny charakter prowadzi
do zupełnej likwidacji rodziny, opartej na trwałym, społecznie usankcjonowanym
małżeństwie.
Można by się nie zajmować tego rodzaju poglądami, gdyby nie fakt, że w dalszym
ciągu są one rozpowszechniane przez literaturę piękną, teatr, kino, radio i
telewizję. Szczególnie tej ostatniej nie należy lekęeważyć, gdyż zajmuje wiele
miejsca w naszym życiu. Telewizja urabia światopogląd człowieka, kształtuje
opinię, oddziałuje na jego podświadomość. Jakże często telewizja podaje filmy
przedstawiające rozluźnienie obyczajów, upadek jednostki i społeczeństwa,
degenerację, która zaprzecza wyższym wartościom. Czy to może sprzyjać rozwojowi
dobra i moralności?
W ten sposób doszło do zeświecczenia małżeństwa, do traktowania go jako związku
o charakterze czysto ludzkiej umowy na wzór umów handlowych. Każdą ludzką umowę
można wypowiedzieć i rozwiązać. Sekularyzacja małżeństwa przyczyniła się do
podważenia trwałości małżeństwa i utorowała drogę rozwodom, które szczególnie
rozpowszechniły się tam, gdzie osłabły wpływy Kościoła. Tak więc
industrializacja, umożliwiająca powstanie wielkich miast, urbanizacja oraz
zeświecczenie przyczyniają się najbardziej do podważenia chrześcijańskiego
modelu małżeństwa.
Przerażająca statystyka
Jak bardzo nasze społeczeństwo oddaliło się od chrześcijańskiego pojmowania
małżeństwa, tego dowodem jest statystyka. Źródłem niżej podanych danych
statystycznych jest Socjologia małżeństwa i rodziny Franciszka Adamskiego (PWN
1981). W naszym kraju w okresie powojennym narasta systematycznie zjawisko
rozwodów. W okresie od 1945 do 1980 r. liczba rozwodów w miastach wzrosła
trzykrotnie, na wsi dwukrotnie. W pierwszym pięcioleciu PRL rozpadem kończyło
się co dwudzieste drugie małżeństwo. W ostatnim pięcioleciu rozpadło się co
dziewiąte małżeństwo, przy czym w mieście co piąte małżeństwo. Konkretnie: w r.
1950 rozpadło się 11.125 małżeństw, a w r. 1979 aż 40.322 małżeństw. Oczywiście
w związku z tym rośnie także liczba małoletnich dzieci, opuszczonych przez co
najmniej jedno z rodziców. W r. 1950 liczba ta wyniosła 5865 dzieci. W r. 1979
aż 33.969 dzieci. Trzeba wziąć pod uwagę fakt przepełnienia naszych sierocińców,
aby zrozumieć, jak poważnym problemem społecznym staje się w zastraszający
sposób rosnąca liczba osieroconych dzieci z powodu rozpadu małżeństwa. Zjawisko
to przybiera cechy choroby społecznej. Rozwód staje się modny.
Temu zastraszającemu zjawisku sprzyja swoistego rodzaju atmosfera społeczna,
nacechowana brakiem odpowiedzialności otoczenia koleżeńskiego, a nawet
rodzinnego za trwałość małżeństwa i zrodzone w nim dzieci. Wprawdzie Konstytucja
PRL w art. 67 wyrażała troskę Państwa o trwałość rodziny w następujących
słowach: „Dążenie za pomocą użycia wszystkich dostępnych dla prawa środków do
zapewnienia małżeństwu trwałości jest jednym z najistotniejszych przejawów
opieki i ochrony, jakiej PRL udziela małżeństwu i rodzinie". Ale w praktyce bywa
inaczej. Socjolog F. Adamski pisze: „Prawo państwowe idzie po linii
najmniejszego oporu - i to niezależnie od deklaratywnych wypowiedzi, zgodnie z
którymi trwałość małżeństwa leży u podstaw jego laickiej koncepcji (Socjologia
małżeństwa i rodziny, str. 271).
Zastanawiający jest także fakt, że przecież co najmniej 80% wszystkich małżeństw
w Polsce po zawarciu związku małżeńskiego w USC bierze jeszcze ślub w kościele,
i to przeważnie w Kościele nie uznającym w ogóle rozwodów. Mimo to ci
małżonkowie żyją tak, jakby ich nie obowiązywały przykazania Bożego Dekalogu,
jak gdyby nie wiedzieli, czym jest małżeństwo, jak je należy pojmować, jak w nim
żyć, jak przezwyciężać powstałe między niedoskonałymi ludźmi konflikty.
Zadanie Kościoła
Przerażająca statystyka podana wyżej wykazuje poważny problem społeczny z powodu
rozpadu wielu małżeństw, zwłaszcza młodych małżeństw. Trzeba tu skutecznego
przeciwdziałania. Pod tym względem są luki. Publicysta Jerzy Lowell na łamach
Nowej Kultury (nr 44/1955) wyraził się:
„Zupełnie ignoruje się u nas propagandę w sprawach obyczajowych, nie stosuje się
jej masowo, ba w ogóle jej nie stosujemy w celach wychowawczych. Szkoda. „Tę
lukę winien wypełnić Kościół. Chociaż są tacy, którzy mu tego prawa do tego
odmawiają. „Istnieje ogromny obszar spraw uczuciowych i seksualnych, gdzie
wszelki moralista traci właściwie kompetencje gdzie jego natręctwo byłoby
bezpodstawne, gdzie tylko sam zainteresowany powinien być sobie prawodawcą"
(Przegląd kulturalny Nr 7/1956). Powstaje więc pytanie: Na jakiej podstawie ma
jednak Kościół prawo wtrącać się w te sprawy, które bynajmniej nie są poza
dobrem i złem? Co upoważnia Kościół do zabierania głosu w sprawie życia
małżeńskiego? Czy w tym wypadku nie wkracza Kościół w dziedzinę sobie obcą? Czy
nie mija się z swoim przeznaczeniem? Zadaniem Kościoła jest stać na straży
Bożych przykazań, czuwać nad moralnym wychowaniem człowieka, dopomóc mu i
rodzinie do oparcia życia na trwałych podstawach i zdrowych zasadach.
Przykazania Bożego Dekalogu, upoważniają i zobowiązują Kościół do zajęcia się
także sprawami małżeństwa i rodziny. Przecież tu chodzi o sprawy niezmiernie
ważne i istotne, tu chodzi o postawę człowieka i społeczeństwa wobec życia, tu
chodzi o odpowiedzialność za najbliższych. W tych sprawach Kościół powinien
przemawiać mocno i zdecydowanie. Trzeba przynajmniej raz w roku przeznaczyć całe
kazanie tematyce rodzinnej. Trzeba o niej mówić na zebraniach młodzieży. W
Diecezji Cieszyńskiej naszego Kościoła w większych parafiach urządzono kursy
przedmałżeńskie. Uczestnikom bywały wydawane specjalne świadectwa, które trzeba
było przedstawiać proboszczom przy zamawianiu ślubu kościelnego. A kiedy
kandydaci do stanu małżeńskiego zgłaszają proboszczowi swój zamiar, każdy
proboszcz zobowiązany jest do przeprowadzenia indywidualnej rozmowy o istocie
chrześcijańskiego małżeństwa i zadaniach z nim związanych. Znane są wypadki, że
tego rodzaju rozmowy były prowadzone kilka godzin. Specjalna komisja opracowała
tematy, które winne być poruszone w czasie tego rodzaju rozmów. Coś się więc już
robi, a trzeba robić jeszcze więcej. Ponaglać nas powinna owa smutna statystyka.
Przede wszystkim trzeba propagować chrześcijańskie pojmowanie małżeństwa, na
czym polega jego istota, jakie są główne cechy, jaki jest fundament dobrego i
szczęśliwego małżeństwa.
Małżeństwo ustanowił sam Bóg
Stanowczo trzeba zerwać z rozpowszechnionym przekonaniem, że małżeństwo jest
ludzką umową, opartą o prawne podstawy, że wyłącznie człowiek może decydować,
czy ono ma trwać czy też nie, że Stwórca naszego ciała i życia nie ma tu nic do
powiedzenia. Na tym polega podstawowy błąd. Wystarcza jedno spojrzenie na
Biblię, która wszak jest świętą księgą wszystkich wyznawców Chrystusa Pana, aby
zrozumieć, że nie wolno wyłączać Boga z instytucji małżeństwa. Słowo Boże
zawarte w Piśmie św. podaje zasadniczą prawdę, iż sam Bóg ustanowił związek
małżeński. Już na pierwszej karcie Biblii jest napisane: „Rzekł Pan Bóg:
Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla
niego" (I Mojż. 2,18). „I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga
stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich. I błogosławił im". (I Mojż.
1,27-28). A jeśli ktoś jeszcze miałby wątpliwości co do charakteru małżeństwa,
winien wziąć pod uwagę słowa Jezusa: „Co tedy Bóg złączył, człowiek niechaj nie
rozłącza" (Mat. 19,6). Na tej podstawie mówimy o świętym stanie małżeńskim.
Odnosi się to również do małżeństwa, zawartego wyłącznie w USC. Z woli Boga,
dzięki Jego ustanowieniu każde małżeństwo jest stanem świętym, nietykalnym,
nienaruszalnym jak życie. Zabójstwo jest wielkim grzechem, nie mniejszym
grzechem jest wszystko, co małżeństwo psuje, rozbija i niszczy. Za swoje
małżeństwo jesteśmy przed Bogiem odpowiedzialni wszyscy bez wyjątku. Niewierzący
również. Nasza wiara bowiem nie tworzy Boga, a niewiara nie pozbawia Boga prawa
do człowieka i nie uchyla odpowiedzialności jego przed Nim. Na każdym
małżeństwie spoczywa czujne spojrzenie wszechobecnego i wszechwiedzącego Boga.
W Mowach stołowych ks. dr. Marcin Luter powiedział: „Bóg ustanowił stan
małżeński nie tylko w ogólności, lecz również był z Swym Słowem ze mną, gdym
składał ślubowanie; był więc twórcą i mego małżeństwa. Swego współmałżonka
otrzymałem z ręki Bożej. To jest najdroższy skarb i najpiękniejsza osoba, która
mi jest dana w tym mężczyźnie czy tej kobiecie. Może mi inna kobieta wydawać się
piękniejszą, bardziej pożądania godną niż moja, wtedy mówię sobie: Mam w domu o
wiele piękniejszą ozdobę w postaci mojej małżonki, którą mi dał Bóg. Chociażbym
patrzał na wszystkie kobiety świata, to przecież nie znajduję żadnej, którą
mógłbym się szczycić, jak o swojej z radosnym sumieniem mogę powiedzieć: Tą
obdarzył mnie sam Bóg i dał w moje ramiona, i wiem, że Mu się to wraz ze
wszystkimi aniołami podoba, gdy żyję z nią w miłości i wierności. Dlaczego
miałbym gardzić tak zacnym darem Bożym, a uganiać się za inną?"
Taka jest prawda i konsekwencje z niej wypływające. Kto wyłącza Boga ze swego
małżeństwa, uważając je za umowę ludzką i prywatną, ten otwiera szeroko podwoje
dla ludzkiej samowoli i niestałości.
Dobre, chrześcijańskie małżeństwo musi cechować: miłość, poświęcenie, wierność,
wzajemne poszanowanie, przebaczenie i modlitwa. Rozpatrzmy po kolei te cechy.
Miłość
Zawarcie małżeństwa, jak również akt seksualny powodują nieodwracalne skutki.
Zanim do tego dojdzie trzeba mieć pewność, że te skutki nie spowodują
nieszczęścia i klęski życiowej, przeciwnie - staną się błogosławieństwem. Tej
pewności nie można mieć bez przepełniającej serce miłości, i to nie byle jakiej
miłości. Sam Bóg powiada: „Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy
się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem" (I Mojż. 2,24). Jakże silna jest ta
naturalna miłość dzieci do rodziców. Jakże tęsknią za nimi i za domem, gdy
dłuższy czas przebywają zdała od domu. A miłość, która skłania człowieka do
zawarcia małżeństwa jest jeszcze silniejsza, gdyż pod jej wpływem opuszcza
człowiek ojca i matkę. Ta miłość staje się drzwiami do małżeństwa. Gdyby
małżeństwo było zawierane bez miłości, bez seksualnego i erotycznego pociągu (a
nikt nie może zapewnić, że w przyszłości znajdzie się we współżyciu, miłość
bowiem nie przychodzi na zawołanie) takie małżeństwo od samego początku byłoby
zagrożone wiarołomstwem i rozpadem. Choćby nie doszło do rozwodu, utrzymywanie
takiego małżeństwa pochłania wiele duchowej siły.
Miłość małżeńska jest szczególnego rodzaju. Luter powiada: „Każda inna miłość
szuka czegoś innego. Jedynie ta miłość pragnie posiąść miłującego i to posiąść
całkowicie. Ta miłość mówi: Nie chcę tego lub tamtego, chcę mieć tylko ciebie,
chcę cię posiadać całkowicie, albo nie chcę niczego". Umiłowana osoba zajmuje w
sercu miejsce wyjątkowe. Dla niej człowiek pragnie pracować i dać jej wszystko,
pragnie zawsze jej dobra, jej szczęścia, zawsze gotów jej pomagać. Człowiek
zawsze chce kochać i być kochanym. Jest to potrzebą serca. Twórca psychoanaliz
Z. Freud wyraził tę prawdę: „Człowiek musi kochać, aby być zdrowym, a choruje,
gdy zły los nie pozwala mu kochać".
Miłość małżeńska jest bardzo złożona: składa się z miłości seksualnej,
erotycznej oraz miłości, którą ap. Paweł wyraził w słowach: „Miłość jest
cierpliwa, miłość jest dobrotliwa, nie zazdrości, miłość nie jest chełpliwa, nie
nadyma się, wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa,
wszystko znosi" (I Kor. 13,4 i 7). Taka miłość akceptuje przedmiot miłości mimo
dostrzeżonych słabości i wad. W małżeństwie chrześcijańskim jest realizowana
miłość w najpełniejszym znaczeniu tego słowa (Jan 13,34-35; I Kor. 13; 16,14;
Gal. 5,13; Koi. 3,19; Efez. 5,25-33 i inne). W miłości małżeńskiej wszystkie
rodzaje miłości tworzą harmonijną jedność, tak jak różne tony tworzą harmonijny
akord. Wszystkie rodzaje miłości są ważne dla dobrego i szczęśliwego małżeństwa.
Przezwyciężenie wrodzonego samolubstwa
Miłość jest nie tylko darem, lecz przede wszystkim zadaniem. Piękne to, a
zarazem nie łatwe zadanie obronienia swojej miłości wśród różnych
niebezpieczeństw, przeszkód i trudności. Największe niebezpieczeństwo dla niej
stanowi samolubstwo. Pod jego wpływem pożądanie seksualne dąży do zaspokojenia
bez względu na dobro drugiego człowieka, za wszelką cenę, nawet za cenę
brutalnej przemocy, byle tylko siebie zadowolić. Dlatego zawsze musimy się
pytać: Czy moja miłość już przezwyciężyła samolubstwo?
Prawdziwa miłość jest ściśle złączona z wyrzeczeniami, ofiarnością i
poświęceniem samego siebie. „Miłość nie szuka swego" (I Kor. 13,5). Przykładem
dla chrześcijańskich małżonków jest Jezus Chrystus, który powiedział: „Większej
miłości nikt nie ma nad tę, gdy kto życie swoje kładzie za przyjaciół swoich"
(Jan 15,13). Jezus dla nas grzesznych ofiarował Swe życie na krzyżu. Jego ofiara
jest wstrząsającym apelem do sumień wszystkich małżonków: „Mężowie, miłujcie
żony swoje, jak i Chrystus umiłował Kościół i wydał zań samego siebie. Tak też
mężowie powinni miłować żony swoje, jak własne ciała. Kto miłuje żonę swoją,
samego siebie miłuje. Albowiem nikt nigdy ciała swego nie miał w nienawiści, ale
je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus Kościół" (Efez. 5,25, 28-29). Małżonkowie
zawsze winni mieć przed oczyma Jego krzyż i prosić o Ducha pełnej poświęcenia
miłości. Gdy nie znajdujemy w małżeństwie wymarzonego szczęścia, gdy jesteśmy
rozczarowani, wtedy zwykle winą obarczamy swego współmałżonka. A powinniśmy
postępować odwrotnie: Uczynić wszystko, aby go uszczęśliwić i stać się dla niego
błogosławieństwem, choćby to było połączone z rezygnacją z wygód i
przezwyciężeniem samolubstwa. Na tej drodze i do nas uśmiechnie się szczęście.
Wierność
„Współżycie mężczyzny i kobiety jest połączone z przyjemnością, dlatego przez
samolubstwo człowiek pragnie je wykorzystać dowolnie dla zaspokojenia seksualnej
pożądliwości. Jednakże z woli Bożej budząca się miłość w swojej istocie broni
się przed tym, by była przez samolubstwo wykorzystana i zrujnowana. Człowiek
miłujący prawdziwie zdaje sobie sprawę z tego, że chodzi o całość, o wszystko, o
całego człowieka i rzeczywistego Boga. Złączona z tym wyłączność domaga się
całkowitego oddania i wierności" (Luter).
Wierność jest nieodłącznym elementem każdej cnoty. Bez niej miłość nie byłaby
miłością, przyjaźń przyjaźnią. Bez niej człowiek byłby jak czcina chwiejąca się
za lada podmuchem wiatru. Bez wierności byłby człowiek pozbawiony charakteru,
byłby stale otwarty dla nowych przygód. Taka nieludzka postawa jest równoznaczna
ze zdradą własnej miłości, własnego serca. Niewierność jest najgorszym
występkiem przeciwko własnemu małżeństwu.
Niezłomna wierność staje się jeszcze bardziej konieczna ze względu na dzieci.
One chcą mieć nie tylko matkę, lecz także ojca, ich zgodne współżycie stanowi
najlepszą podstawę ich egzystencji. Odejście któregoś z rodziców jest dla nich
tragedią.
Wierność była zawsze u ludzi w
wysokiej cenie bez względu na pogląd na świat i położenie geograficzne. Była
ceniona w starożytnej, pogańskiej Grecji, czego dowodem jest Odysseja Homera.
Penelopa, żona Odyssa dochowała swemu mężowi wierności, mimo że był przez 20 lat
nieobecny w domu. Szwajcarski teolog Emil Brunner nazwał wierność kręgosłupem
małżeństwa. Nasza wierność jest częścią służby dla Pana, który powiedział: „Bądź
wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota".
Wzajemny szacunek
Zakończenie szóstego przykazania Dekalogu nasz reformator napisał: „Aby się
małżonkowie wzajemnie miłowali i szanowali". Również w słowach ślubowania
przyrzekają sobie nowożeńcy szanować jedno drugiego. Szacunek jest podstawowym
elementem więzi małżeńskiej. „Nie powinna jedna płeć pogardzać drugą, ani
wynosić się jedna nad drugą, lecz szanować jako Boże dzieło, w którym sam Bóg ma
upodobanie. Z Bożej woli jestem albo mężczyzną, albo kobietą. W tej sprawie nie
mieliśmy wyboru, ani nie mieliśmy na to żadnego wpływu". (Luter)
Zgodnie z powszechnie przyjętymi zasadami kobiecie, jako istocie słabszej
fizycznie, należy okazywać szacunek i uprzejmość. W tak zwanej rycerskości
mężczyzny wobec kobiety przejawia się kultura, umiejętność uszanowania jej płci,
troskliwość i takt. Ta sprawa jest aktualna w małżeństwie. Mąż nie powinien
pozbawiać swej żony jej uprzywilejowanego stanowiska, powinien ją zawsze
traktować po dżentelmeńsku. To ją uszczęśliwia i powiększa jej miłość ku mężowi.
H. Balzak w Fizjologii małżeństwa taką daje radę mężom: „Obchodź się z żoną tak,
jak z ministrem, od którego zależy nadanie ci upragnionej posady".
Sprzeczne z obowiązkiem szacunku jest krytykowanie wobec innych swego partnera
małżeńskiego, mówienie o jego wadach i niedociągnięciach. To poniża. Małżonkowie
winni strzec wzajemnie swojej godności.
Słowo Boże, którego zawsze mocno winniśmy się trzymać, tak nas upomina: „Niech
żadne nieprzyzwoite słowo nie wychodzi z ust waszych, ale tylko dobre, które
może budować, gdy zajdzie potrzeba, aby przyniosło błogosławieństwo tym, którzy
go słuchają. Bądźcie jedni dla drugich uprzejmi, serdeczni, odpuszczając sobie
wzajemnie, jak i wam Bóg odpuścił w Chrystusie" (Efez. 4,29 i 32).
Wzajemne przebaczanie
Theodor van de Velde, autor licznych książek o małżeństwie, tak się wyraził:
„Prawdziwe małżeństwo nie jest małżeństwem bezkonfliktowym, lecz małżeństwem,
które zawsze przezwycięża konflikty". Nieporozumienia, zatargi, starcia zdarzają
się i w najlepszym małżeństwie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego najbliżsi
skaczą sobie niejednokrotnie do oczu?
Jesteśmy wszyscy grzesznikami i tworzymy niedoskonałe związki. Pismo św. wyraża
się: „Gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej. Nie ma ani jednego
sprawiedliwego" (Rzym. 3,21 i 10). On i ona pochodzą przecie z różnych rodzin,
mają za sobą różne doświadczenie, różne spojrzenie na sprawy, które stają się
przyczyną konfliktu. Każdy z nich stara się przeforsować swój punkt widzenia,
gdy natrafi na trudności, czuje się zagrożone w swoich dążeniach. Do tego
dołącza się jeszcze egoizm. Każdy widzi tylko własne potrzeby, własne
pragnienia, własne rzeczywiste czy urojone krzywdy. W rozgoryczeniu przestaje
panować nad sobą i wypowiada słowa przykre i obraźliwe, których potem żałuje,
gdy ochłonie. Jeśli uczestnicy konfliktu naprawdę się kochają i szukają
wzajemnego zrozumienia, wtedy sobie wyjaśnią swoje stanowiska i dojdą do
porozumienia. Po chwilowej burzy znowu zaświeci słońce. Takie zatargi trzeba jak
najprędzej likwidować. Nie dopuszczać do tego, by złe słowa jątrzyły, stały się
przyczyną bezsenności, tworzyły urazy i wywoływały nerwice. Zbyt długo trwające
napięcia osłabiają wzajemne uczucia, życzliwość. Ludzie sobie bliscy obojętnieją
dla siebie, stają się sobie obcymi. Jeszcze jakiś czas żyją obok siebie, ale nie
z sobą. T. Róźewicz napisał wiersz pt. Mur:
„Przez ten mur który
budowaliśmy razem
z dnia na dzień
dorzucając słowo
do milczenia
przez ten mur
przebić się nie możemy
zamurowani
własnymi rękami
umieramy z pragnienia
słyszymy jak obok
porusza się to drugie
słyszymy westchnienia
wzywamy pomocy
nawet łzy uciekają
w głąb naszych ciał".
Oto odbicie skutku długotrwałego zatargu w niejednym małżeństwie. Wszelkie spory
należy zaźegnywać szybko, jeszcze tego samego dnia. Słowo Boże upomina: „Niech
słońce nie zachodzi nad gniewem waszym" (Efez. 4,26). Codziennie modlimy się
słowami Jezusa: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym
winowajcom". Ta niebezpieczna prośba zawiera zarazem przyrzeczenie, że i my
będziemy wspaniałomyślni i dobrzy wobec drugich, jak Bóg wobec nas. Zdolność do
przebaczania jest jednym z filarów małżeństwa chrześcijańskiego.
Jezus Chrystus fundamentem małżeństwa
Wszystkie wyliczone poprzednio cechy dobrego małżeństwa, a więc miłość, zdolność
przezwyciężenia samolubstwa, wierność i przebaczenie muszą spoczywać nie na
lotnym piasku, lecz na niewzruszonym fundamencie. Takim fundamentem jest Jezus
Chrystus. „Albowiem fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który
jest założony, a którym jest Jezus Chrystus" (I Kor. 3,11). Ap. Paweł ma na
myśli tu Kościół, jednakże każda rodzina chrześcijańska jest najmniejszą komórką
tego Kościoła. Może ktoś nie wierzyć i nie rozumieć, żeby Chrystus" miał tak
wielkie znaczenie dla sprawy świeckiej i ludzkiej, jaką jest małżeństwo.
Stanowczo jednak śmiem twierdzić, że stosunek do Chrystusa Pana nie jest
obojętny dla małżeństwa, zarówno na jego pojmowanie, jak i pożycie małżeńskie.
Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że małżeństwo dzięki Jezusowi osiągnęło niezwykłą
godność, jakiej nigdy przed tym nie miało w dziejach ludzkości. Małżeństwo
bowiem jest porównane do związku Jezusa z Kościołem (Efez. 5,22—33). W ten
sposób małżeństwo zostało podniesione do sprawy ponadludzkiej, ponadprawnej i
nadspołecznej. Ponieważ nierozerwalna jest więź Chrystusa Pana z Kościołem,
który został nazwany Jego oblubienicą, więc też i związek męża z żoną winien być
nierozerwalny. Wystrzegajmy się niewierności, cudzołóstwa i rozwodu nie tyle ze
względu na drobnomieszczańską moralność lub pobudki społeczne, lecz przede
wszystkim ze względu na Chrystusa Pana, który z Swej wielkiej miłości życie i
krew Swoją ofiarował dla naszego odkupienia. Wszelki występek przeciwko
małżeństwu jest ostatecznie równoznaczny ze zdradą Jezusa Chrystusa. Spełnienie
wszystkich warunków dobrego małżeństwa nie jest łatwe. Małżeństwo jest niekiedy
ciężkim brzemieniem, ale Jezus nas wzmacnia. Kto oddał Mu swe serce, może
wyznawać za apostołem: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia, w Chrystusie"
(Filip. 4,13).
Tekst pochodzi z "Kalendarza Ewangelickiego 1987", Wydawnictwo "Zwiastun", Warszawa 1986.
e-mail: internet@luteranie.pl (c) 2002 - Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP