Witryna Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP


[Sprawozdanie z akcji pomocy dla powodzian, przeprowadzonej w dniach 4-22 sierpnia 2001.]

ks. Roman Pracki (Lublin)

Na przełomie miesiąca lipca i sierpnia, w wyniku intensywnych opadów atmosferycznych poziom rzek w województwach: podkarpackim, świętokrzyskim, mazowieckim i lubelskim przekroczył średnio o 1,5 m poziom alarmowy. W związku z przerwaniem wałów zalane zostały miejscowości w gminach: Samborzec, Gorzyce Tarnobrzeskie, Solec n/Wisłą i Łaziska. Teren powodziowy to obszar wzdłuż linii rz. Wisły, po obydwu jej brzegach, pomiędzy Tarnobrzegiem a Puławami. Bezpośrednia przyczyną zalania nie było jedynie przerwanie wałów, lecz tzw. podsiąki. Woda płynąca korytem rzeki i zalegająca na polderach (przestrzeń pomiędzy wałami a korytem rzeki) pod swym własnym ciężarem wytwarza tak wielkie ciśnienie, iż przedostaje się na drugą stronę wału poprzez glebę. Jest to proces powolny, lecz równie niebezpieczny i trudniejszy do opanowania, poziom wody powodowany podsiąkaniem, może przekroczyć nawet dwa metry. Woda w zalanych miejscowościach osiągała poziom, miejscami nawet do czterech metrów.

W odpowiedzi na prośbę o pomoc, Diakonia Kościoła E-A we współpracy z Johanniter Unfal Hilfe, wysłała na tereny powodziowe w sumie:

śpiwory 2120 szt.
materace 2000 szt.
pompki 640 szt.
kalosze 3120 szt.
rękawice gumowe 960 szt.
środek bakteriobójczy w koncentracie 7400 l.
worki na śmieci 9400 szt.
odżywki dla dzieci 4 europalety
odzież 500 kg.

Pierwszy i zarazem największy transport, stanowiący blisko połowę wymienionych darów, dotarł do gminy Samborzec w nocy z 4 na 6 sierpnia. Akcja pomocy powodzianom prowadzona przez Diakonie Kościoła prowadzona była we współpracy z Wojewodą Świętokrzyskim p. Wojciechem Lubawskim. Kilkugodzinne oczekiwanie na przyjazd dało mi możliwość doświadczenia na własne oczy powodzi. Wraz z panią Lidią Łukiewicz - pracownikiem Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej i Arturem Siedlcem - studentem teologii z naszej parafii, dotarliśmy do położonych nieopodal miejscowości: Złota i Szewce, leżących przy drodze z Sandomierza do Krakowa.  Najpierw uderzył w nas nieopisany fetor, gnijącej trawy, śmieci niesionych przez wodę, a w szczególności brunatnego szlamu, jaki pokrywa każdy centymetr ziemi, roślin i sprzętów. Płynąca woda poniosła ze sobą wszelkie komunalne nieczystości, wydobywając je z szamb, śmietników, obór i chlewni.

Wyjeżdżając z Samborca zaraz za pierwszym zakrętem na skraju wsi Szewce ujrzeliśmy przy drodze przyczepę kempingową i siedzących obok ludzi, ich dwa domy zalane zostały w dwadzieścia minut do wysokości pierwszego piętra. Przed powodzią ojciec i syn Wilkowie prowadzili przedsiębiorstwo transportowe, udało się im uratować dwa z czterech samochodów. Dziś pilnują w obawie przed szabrownikami ego, co pozostało, a pozostało niewiele. Miałem okazję przekonać się o tym na własne oczy, gdy przez stojącą jeszcze wodę dojechaliśmy ciągnikiem sąsiadów i wchodząc przez balkon, znaleźliśmy się na pierwszym piętrze gdzie woda sięgała na wysokość blisko trzydziestu centymetrów. Najcenniejsze przedmioty znalazły schronienie na strychu, wszędzie wokół widać ostatnie bastiony oporu przed wodą: worki piasku ułożone w drzwiach i oknach nie powstrzymały żywiołu. Kroczymy p gruzowisku drewna, które kiedyś było parkietem - państwo Wilkowie narzekają na opieszałość gminy, otrzymują rzeczy zupełnie im nie potrzebne, ostatnio na przykład cztery worki papieru toaletowego. Ich zdaniem we wsi zaostrzyły się podziały na sołtysa i jego liczną rodzinę oraz resztę. Powodem konfliktu jest według nich niesprawiedliwy rozdział kołder, jaki miał ostatnio miejsce.

Jadąc dalej w głąb mniej już piętrowych domów tym samym więcej wynoszonych na ulicę zniszczonych sprzętów. Tutaj pracują jeszcze pompy, w jednym z ogródków krzątają się ludzie sprzątający obejście, przed domem w sporej kałuży leży łudź, dopiero po chwili uświadamiam sobie, iż woda sięgać musiała znacznie powyżej płotu, dzięki czemu znalazła się po drugiej stronie. Przy końcu szosa niknie w przepastnym jeziorze a gdzieś w oddali wystaje z wody słupek przystanku autobusowego jako jedyne świadectwo toczącego się tutaj kiedyś życia. Wracamy brodząc w błocie, wcześniej w gminie otrzymaliśmy gumowce - pani Lidia pokazuje nam jeszcze jedno miejsce: jest to domek wałowego we wsi Złota. Mieszkająca tu od ponad dwudziestu lat kobieta, ma ogród, małe gospodarstwo i konia stanowiącego jedyny majątek. To oddalone od wsi o dwa kilometry miejsce jest niezmiernie urokliwe, z wysokiego wału widać rozległa dolinę pokryta niezliczonymi sadami (75% pow. Gminy to sady owocowe) wał także piękny, porośnięty i zamieszkany przez bobry i piżmaki, nie chroni jak powinien. Z domku wałowego gdzie mieszka pani Markowska widać było jedynie komin, ewakuowano konia, lecz jego właścicielka pozostała koczując pod samochodową plandeką, gdzie zgromadziła to, co otrzymuje od ludzi. W najbliższych dniach otrzyma barakowóz.

Wracamy do gminy, tutaj na miejscowym boisku płoną dwa ogniska, gdzie ludzie przywożą nie nadające się już do niczego domowe sprzęty, pali się je w obawie przed epidemią. Skażenie to największa troska władz, w sumie utopiło się kilka tysięcy sztuk drobiu (w tym i spore stado strusi), oraz kilkadziesiąt świń i krów. Od pana Witolda Garnuszka - piastującego urząd wójta, dowiadujemy się o jednej ofierze śmiertelnej, - mężczyźnie, którego nurt wody płynącej przez wyrwę zmył z wału. Jego ciało odnaleziono dopiero kilka  dni później. Ofiarami są także ludzie, których powódź zmusiła do prośby o pomoc, kilka z nich zasłabło w kolejce do remizy, gdzie wydawana jest wszelka odzież i żywność. Parter urzędu gminy to zarazem ośrodek zdrowia, gdzie od tygodnia pracują sprowadzeni przez województwo psycholodzy, niosący pomoc ofiarom. W chwili, gdy byliśmy w Samborcu to właśnie na ich wniosek prowadzono intensywne przygotowania do ewakuacji czterystu tutejszych dzieci - część z nich, wraz z grupą z Gorzyc tarnobrzeskich, umieszczona została w naszym ośrodku w Szczyrku - Salmopolu. Po kilku godzinach oczekiwania nadjeżdżają dwa tiry z pomocą, dzięki chłopcom z Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej rozładunek trwał zaledwie godzinę. Kiedy zaczynało świtać wszyscy udali się na spoczynek. Kolejne dni to intensywna praca gminnego ośrodka pomocy społecznej, aby pomoc dotarła do wszystkich ogarniętych powodzią miejscowości województwa świętokrzyskiego, oraz przygotowanie przyjęcia kolejnych transportów. Dotarły one do gminy Solec w woj. mazowieckim i Gorzyce Tarnobrzeskie w woj. podkarpackim.

Kilka dni później na własne oczy zobaczyć mogłem jeszcze większe straty, jakich dokonał żywioł i ciągle trwającą akcję ratowniczą. Z Solca wraz z pracownikami Johanniter Unfal Hilfe, przeprawiliśmy się promem na drugi brzeg Wisły do Kępy Gosteckiej, pewni, iż przejedziemy naszą terenową toyotą, rychło zaniechaliśmy tego pomysłu, przesiadając się z miejscowym Wójtem do łodzi. Płynęliśmy główna ulicą wsi, tutaj także kursował autobus, z balkonów ujadały na nas pilnujące dobytku psy. Ludzie i tu próbują się dostać już do swych domów. Najpewniejszy transport to ciągnik i przyczepa wypełniona wodą, jedzeniem i ludźmi. Nim dotarliśmy do suchego brzegu tworzącego wyspę, minęliśmy kilka takich transportów, jest on bezpieczny, pod warunkiem, iż nie zjedzie się z asfaltu, którego nie widać po wodą. Pytając o pomoc państwową (jest to nazajutrz po wizycie premiera) wójt wymienia zadeklarowaną przez rząd kwotę, średnio 15 000 zł na rodzinę, sam szacuje straty jednego gospodarstwa przynajmniej na 50 000. Od pracujących tutaj strażaków, dowiedziałem się, iż największą groźbą obok epidemii, jest powodowana upałami możliwość samozapłonu wilgotnych drewnianych domów i stodół. Tutaj transport z pomocą dotarł 11 sierpnia, a przygotowaniem jego rozładunku zajął się ks. Dariusz Chwastek, kolejny z materiałami budowlanymi i sprzętem AGD, przewidziany jest na początku września. Ponadto 400 dzieci z Kępy Gosteckiej otrzyma kompletne wyprawki do szkoły. Najtrudniejsza sytuacja miała chyba jednak miejsce w województwie podkarpackim, gdzie przez dwa tygodnie teren gminy Gorzyce, leżącej w widłach Wisły i Sanu, objęty był kwarantanną. Policyjne patrole wraz z wojskiem i strażą nie wpuszczały tu nikogo bez przepustki. 

Sprawozdanie to piszę trzy tygodnie po powodzi i dopiero wczoraj udało mi się dotrzeć do zalanych tu miejscowości. Ten najbardziej okrutnie doświadczony region, otrzymał jak do tej pory stosunkowo najmniejszą pomoc. Gmina Samborzec przekazała drugi transport pomocy humanitarnej, jaki wysłaliśmy właśnie na rzecz gminy Gorzyce. Tutaj na drodze wody płynącej wartkim strumieniem z przerwanych wałów stanął cmentarz, woda zmiotła go z powierzchni ziemi tak samo jak pobliską cegielnię. Na nieszczęście dla poszkodowanych, lokalne władze działają w sposób nieskoordynowany, powierzając rozdział darów lokalnym komitetom przeciwpowodziowym, co w praktyce objawia się tym, iż przyjmowaniem i rozdzielaniem dóbr w wiejskich domach kultury, remizach i plebaniach zajmują się harcerze. Ci, których  spotkaliśmy we wsi Zaleszany liczącej 2200 mieszkańców, okazali się bardzo sprawni, dzięki czemu już po pół godzinie nasz dwudziestotonowy MAN był rozładowany. Harcerzom i harcerkom z łódzkiego hufca ZHP nie przeszkodził nawet rzęsiście padający deszcz, który w międzyczasie zmienił się w grad. Jadąc w drodze powrotnej zmuszony byłem jeszcze raz odwiedzić urząd gminy w Samborcu, celem uzupełnienia dokumentów, dowiedziałem się, iż jeszcze cztery tygodnie po powodzi nie we wszystkich wsiach jest prąd i bieżąca woda. Obok ludzkiej nędzy, fetoru i szlamu, to wspólna cecha wszystkich zalanych terenów. Diakonia Kościoła planuje także wspólna odbudowę jednej z zalanych szkół. 

[Do strony głównej]


 E-mail: internet@luteranie.pl (c) Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, 2001 r.