2. Niedziela po Narodzeniu Pańskim
3 stycznia 2026
(1) Duch Wszechmocnego, Pana nade mną, gdyż Pan namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę; posłał mnie, abym opatrzył tych, których serca są skruszone, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, a ślepym przejrzenie, (2) abym ogłosił rok łaski Pana i dzień pomsty naszego Boga, abym pocieszył wszystkich zasmuconych, (3) abym dał płaczącym nad Syjonem zawój zamiast popiołu, olejek radości zamiast szaty żałobnej, pieśń pochwalną zamiast ducha zwątpienia. I będą ich zwać dębami sprawiedliwości, szczepem Pana ku Jego wsławieniu. (10) Bardzo się będę radował z Pana, weselić się będzie moja dusza z mojego Boga, gdyż oblókł mnie w szaty zbawienia, przyodział mnie płaszczem sprawiedliwości jak oblubieńca, który wkłada zawój jak kapłan, i jak oblubienicę, która zdobi się we własne klejnoty. (11) Bo jak ziemia wydaje swoją roślinność i jak w ogrodzie kiełkuje to, co w nim zasiano, tak Wszechmocny Pan rozkrzewi sprawiedliwość i chwałę wobec wszystkich narodów.
Iz 61, 1-3; 10-11
Pocieszyciele niepocieszeni
Drodzy bracia i siostry w Jezusie Chrystusie, i wy, zmęczeni po świątecznym maratonie duszpasterze, którzy zaglądacie tutaj, by poszukać inspiracji na zbliżające się kazanie. Może i ja dzisiaj, jak Izajasz, powiem: „Posłał mnie do was, bym opatrywał rany serc złamanych”. Ale i was Pan także do tego posłał. Byście zwiastowali wyzwolenie jeńcom — ale czy sami jesteście wolni? Byście pocieszali — ale czy jesteście pocieszeni? Czy pocieszenia potrzebujecie?
Można by spojrzeć na to tak, że to kryzys. Pocieszyciele niepocieszeni. Głosiciele miłości — niekochani. Pokój czyniący, sami w ciągłej wojnie z sobą: ze swoją grzesznością albo z systemem, w którym przyszło nam żyć i ze światem który coraz częściej pokazuje nam wrogość. A gdyby to dotyczyło tylko nas, księży… ale to dotyka także naszych rodzin, dzieci, parafian. Wszystkich wierzących.
Głoście radość, gdy świat męczy. Głoście miłosierdzie. I chcemy je głosić — ale sami siebie, a nieraz i nawzajem, się nie znosimy. Uczymy się nienawiści, pomniejszamy, wyśmiewamy, politykujemy, nastajemy na dobre imię drugiego człowieka.
I tak to trwa od dwóch tysięcy lat — albo od trzech, zależy, czy patrzymy na czas, gdy Izajasz wypowiadał swoje słowa, czy na moment, gdy powstaliśmy my, chrześcijanie. Bo to już dwa tysiące lat. Dwa tysiące lat od narodzin Jezusa, niemal dwa tysiące od Jego śmierci i zmartwychwstania. Rzeki płyną, a morza nie wzbierają. Słońce wschodzi i zachodzi. Nic nowego pod słońcem.
I jakoś tak… jeśli i wy tak myślicie, to nie martwcie się — nie jesteśmy sami. Izajasz widział to, co działo się wokół niego. Widział niewolę, upadek swojego państwa. Widział trud ludzi, którzy byli obok. Wołał do nich, sam będąc udręczonym. I jego też pewnie ścigano, bo czasem mówił prawdę bolesną, której nie chciano ani słuchać, ani czytać.
Czy było mu ciężko? Na pewno. A jednak miał w sobie coś, co go ogrzewało i dodawało sił. Co pozwalało mu wołać głośno. Można to nazwać nadzieją, „ciepłem na sercu”, powołaniem — ale na pewno było to coś pochodzącego od Boga. W końcu był Jego prorokiem.
Pewnie po drodze znalazłoby się więcej takich zmęczonych życiem i służbą. Byli inni prorocy, inni bohaterowie biblijni Starego Testamentu — zmęczeni słudzy Boży. A jednak wierzyli i się nie poddawali. Opierali się na Bogu.
Nam powinno być łatwiej. Bo my poznaliśmy Jezusa.
A przecież i On był zmęczony. Chyba był. Był załamany, smutny, pozbawiony sił. Pocił się krwawym potem…
a potem już się nie pocił — a i tak był cały we krwi.
I Jezus nie przyszedł jako Ten, który miał wszystko pod kontrolą.
Przyszedł jako Ten, który zna zmęczenie. Który zna noc. Który zna strach.
Nie tylko po to, by nas nauczać, ale by ponieść to, czego my nie uniesiemy.
On nie mówi tylko: „Głoście”.
On mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni”.
Najpierw do Mnie. Dopiero potem do ludzi.
On i prorocy byli tacy jak my. Podobni. Przeżywali podobnie. Pewnie i Piotr, i Paweł, i Luter, i inni kaznodzieje znali zmęczenie, strach, wypalenie. A jednak przetrwaliśmy. Jesteśmy. Dalej piszemy, dalej głosimy. Ludzie dalej przychodzą — może mniej. Ale wiemy, że warto.
Więc warto walczyć. Ale nie samotnie. To ciepło w sercu rozpalać nawet na mrozie — nie własną siłą, ale Jego obecnością. Głosić, pisać, a czasem po prostu rozmawiać. Bo czy coś, co ma wartość, przychodzi łatwo? Czy to, o co nie trzeba walczyć, naprawdę ma wartość?
Może tak ma być. Byśmy w swoim życiu doświadczali upadków i podniesień. Jak Chrystus — przygnieciony krzyżem, może i zabity. Ale potem zmartwychwstały. I właśnie w trudnościach objawia się chwała Boża. W podniesieniu się — bohaterstwo. W zrzuceniu zbyt ciężkiego brzmienia — męstwo. W ucieczce — odwaga gotowa na nowe. Albo w pozostaniu i krzyku.
Mamy na co czekać. To wiemy. To wiemy na pewno. To daje nam siłę: że Pan przyjdzie. Tak jak ziemia wydaje plony, jak ogród rozmnaża swoje zasiewy, tak Pan Bóg sprawi, że rozpleni się sprawiedliwość i chwała wobec wszystkich narodów.
Początek roku. Pierwsza niedziela. Może to czas na postanowienie noworoczne? Moja propozycja jest prosta:
w tym roku nie chcę dźwigać wszystkiego sam.
Nie poddam się.
Pozwolę, by On działał we mnie więcej.
Zobaczę, co będzie.
A może potem wykrzyknę:
„Ogromnie się weselę, dusza moja raduje się w Bogu moim”.
ks. Jarosław Sajdok