14. Niedziela po Trójcy Świętej
(1) I wszedłszy do Jerycha, przechodził przez nie. (2) A oto mąż, imieniem Zacheusz, przełożony nad celnikami, człowiek bogaty, (3) pragnął widzieć Jezusa, kto to jest, lecz nie mógł z powodu tłumu, gdyż był małego wzrostu. (4) Pobiegł więc naprzód i wszedł na drzewo sykomory, aby go ujrzeć, bo tamtędy miał przechodzić. (5) A gdy Jezus przybył na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź śpiesznie, gdyż dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. (6) I zszedł śpiesznie, i przyjął go z radością. (7) A widząc to, wszyscy szemrali, mówiąc: Do człowieka grzesznego przybył w gościnę. (8) Zacheusz zaś stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę majątku mojego daję ubogim, a jeśli na kim co wymusiłem, jestem gotów oddać w czwórnasób. (9) A Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem domu tego, ponieważ i on jest synem Abrahamowym. (10) Przyszedł bowiem Syn Człowieczy, aby szukać i zbawić to, co zginęło. Łk 19, 1-10
Łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa, miłość Boga Ojca i społeczność Ducha Świętego niech będą z nami wszystkimi. Amen.
Drogie siostry i bracia w Jezusie Chrystusie!
Historia Zacheusza jest jedną z tych historii biblijnych, które znamy bardzo dobrze. Wielu pamięta ją jeszcze z dzieciństwa. Mały człowiek, który nie może zobaczyć Jezusa, wspina się na drzewo. Jezus przechodzi obok, zatrzymuje się, spogląda w górę i mówi:
„Zacheuszu, zejdź śpiesznie, gdyś dziś muszę się zatrzymać się w twoim domu”.
To piękna historia. Ale kiedy przyjrzymy się jej bliżej, odkrywamy, że mówi ona także bardzo wiele o nas samych. Bo czyż każdy człowiek nie ma czasem potrzeby, aby się ukryć? Czasami bawimy się w chowanego. Dzieci potrafią znaleźć naprawdę niezwykłe kryjówki. Chowają się tak, że trudno je odnaleźć. A jednak w tej zabawie jest pewien paradoks: dziecko chce się dobrze schować, ale jednocześnie chce, aby ktoś je w końcu znalazł. Może podobnie jest również w naszym życiu? Czasem ukrywamy się przed innymi. Ukrywamy nasze problemy, nasze lęki, nasze słabości. Staramy się pokazać światu, że wszystko jest w porządku. Uśmiechamy się, choć w sercu nosimy smutek. Mówimy: „Wszystko dobrze”, choć wcale nie jest dobrze. Nie chcemy, aby inni zobaczyli nasze porażki, nasze błędy, nasze rozczarowania. Każdy z nas ma pewne miejsca w swoim życiu, których nie pokazuje innym. I właśnie tam, gdzie człowiek próbuje się ukryć, pojawia się Jezus.
Zacheusz również się ukrył. Wspiął się na drzewo, aby zobaczyć Jezusa. Był mały, więc tłum zasłaniał mu widok. Ale może nie chodziło tylko o jego wzrost. Zacheusz był człowiekiem, którego inni nie lubili. Był celnikiem. A nawet przełożonym celników. Był bogaty, ale jego bogactwo nie dawało mu szacunku. Ludzie patrzyli na niego z niechęcią. Dla innych był po prostu grzesznikiem.
Może dlatego łatwiej było mu ukryć się wśród gałęzi drzewa niż stanąć twarzą w twarz z ludźmi.
Ale Zacheusz miał w sobie coś bardzo ważnego – On chciał zobaczyć Jezusa. Coś pchało go w stronę Chrystusa. Miał pieniądze. Miał stanowisko. Miał władzę. A jednak czegoś mu brakowało.
Bo są takie rzeczy, których nie można kupić. Nie można kupić prawdziwej miłości. Nie można kupić pokoju serca. Nie można kupić przebaczenia. Nie można kupić poczucia, że ktoś przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy. I być może właśnie tego szukał Zacheusz. Wielu ludzi również dzisiaj szuka Jezusa. Może nie zawsze potrafią to tak nazwać. Może mówią, że szukają sensu życia, pokoju, nadziei, szczęścia. Ale głęboko w sercu człowiek często szuka Boga. A jednak czasem trudno jest zobaczyć Jezusa.
Zacheuszowi przeszkadzał tłum. Nam również czasem coś przesłania Chrystusa. Może są to nasze obowiązki. Może pośpiech. Może problemy. Może rozczarowanie Kościołem albo drugim człowiekiem. A czasem, trzeba to powiedzieć uczciwie, również my – chrześcijanie – możemy komuś zasłonić Jezusa. Kiedy jesteśmy bardziej zajęci ocenianiem ludzi niż ich przyjmowaniem.
Kiedy szybciej potrafimy powiedzieć, kto jest „godny”, a kto „niegodny”. Kiedy zapominamy, że wszyscy żyjemy z Bożej łaski. Tłum wokół Jezusa nie chciał przepuścić Zacheusza.
Ale Jezus zrobił coś zupełnie innego. Spojrzał w górę. Zobaczył człowieka, którego inni nie chcieli widzieć. I to jest jedna z najpiękniejszych prawd tej historii: Jezus widzi każdego człowieka.
Widzą nas ludzie – ale często widzą tylko to, co na zewnątrz. Bóg widzi głębiej. Widzie nasze serce. Zna nasze radości i nasze cierpienia. Zna pytania, których nie wypowiadamy głośno.
Wie o rzeczach, o których nikomu nie opowiadamy. I co najważniejsze – nie odwraca wzroku.
Jezus spojrzał na Zacheusza. A potem powiedział: „Zacheuszu”.
Po imieniu. Dla tłumu był po prostu celnikiem. Grzesznikiem. Kimś, kogo należało unikać.
Ale dla Jezusa był Zacheuszem. Człowiekiem mającym imię. Człowiekiem, którego Bóg zna. I to również jest Dobra Nowina dla nas. Bóg zna nasze imiona, nie jesteśmy dla Niego anonimowi.
Może czasem człowiekowi wydaje się, że nikt go nie zauważa, może ktoś czuje się pomijany.
Może ktoś myśli, że jego życie nie ma większego znaczenia.
Ale w oczach Boga każdy człowiek ma imię. Każdy jest ważny i każdy jest dostrzeżony.
I wtedy Jezus wypowiada niezwykłe słowa: „Dziś muszę zatrzymać się w twoim domu”.
Zwróćmy uwagę na jedno słowo: „Muszę”.
Jezus nie mówi: „Jeżeli się poprawisz, przyjdę” albo „najpierw uporządkuj swoje życie, a potem cię odwiedzę” albo „Udowodnij mi, że zasługujesz na moją obecność”. Pan Jezus mówi:
„Dziś muszę przyjść do twojego domu”.
To jest prawdziwa Ewangelia – dobra nowina.
Pan Jezus przychodzi do Zacheusza nie dlatego, że Zacheusz już był dobrym człowiekiem.
Pan Jezus przychodzi, ponieważ Zacheusz potrzebował zbawienia.
Miłość Boga nie jest nagrodą za dobre zachowanie. Jest darem łaski.
To właśnie jest centrum Ewangelii. Nie musimy najpierw stać się idealni, aby Bóg nas pokochał.
Bóg przychodzi do nas takimi, jakimi jesteśmy. Ale kiedy naprawdę spotykamy Jego miłość, nie możemy pozostać tacy sami. I właśnie to wydarzyło się w domu Zacheusza. Jezus wszedł do jego domu. A wraz z Jezusem do jego życia weszła zmiana.
Zacheusz mówi:
„Panie oto połowę majątku mojego daję ubogim, a jeśli na kim co wymusiłem, jestem gotów oddać w czwórnasób”. Pan Jezus nie powiedział mu wcześniej: „Oddaj pieniądze, wtedy przyjdę do ciebie”.
Najpierw przyszła Boża miłość. Najpierw przyszło przyjęcie. Najpierw przyszła Boża łaska. A potem przyszła zmiana. To bardzo ważna kolejność. Człowiek nie zmienia swojego życia po to, aby zasłużyć na Bożą miłość. Człowiek może się zmieniać, ponieważ już został przez Boga przyjęty. Zacheusz nie musi już udowadniać swojej wartości poprzez pieniądze. Nie musi już gromadzić coraz więcej. Nie musi wygrywać. Nie musi budować swojej wartości na tym, co posiada.
Ponieważ odkrył coś znacznie ważniejszego, że jest kochany przez Boga. A kiedy człowiek wie, że jest kochany, może zacząć puszczać to, czego wcześniej kurczowo się trzymał. Może puścić pieniądze, zaszczyty, potrzebę ciągłego udowadniania swojej wartości. Może przestać żyć tylko dla siebie i zacząć dostrzegać drugiego człowieka. To właśnie jest przemiana, którą przynosi Chrystus.
Historia Zacheusza kończy się słowami Jezusa:
„Przyszedł bowiem Syn Człowieczy, aby szukać i zbawić to, co zginęło”.
To jest również historia o nas. Bo czasami wszyscy jesteśmy trochę jak Zacheusz. Czasami wspinamy się na swoje drzewa i ukrywamy się przed światem. Czasami chcemy zobaczyć Jezusa, ale boimy się, że On zobaczy nas. A jednak właśnie wtedy słyszymy Jego głos. Nie głos potępienia. Nie głos oskarżenia. Ale głos, który woła nas po imieniu i mówi: „Dziś muszę przyjść do twojego domu”. Chrystus chce wejść nie tylko do domu Zacheusza. Chce wejść do naszego życia, do naszych radości, do naszych problemów, do naszych pytań, do tego, co piękne, ale również do tego, czego się wstydzimy. Nie po to, aby nas upokorzyć ale po to, aby nas podnieść. Nie po to, aby nas potępić, ale po to, aby nas zbawić. Nie po to, abyśmy nadal się ukrywali, ale abyśmy mogli żyć jako wolne dzieci Boże. Dlatego nie musimy się ukrywać. Możemy zejść z naszych drzew i stanąć przed Bogiem takimi, jakimi jesteśmy. Bo Jezus nas widzi. Zna nas po imieniu. I mimo naszej przeszłości mówi: „Dziś muszę przyjść do twojego domu”.
Niech ta Dobra Nowina towarzyszy nam każdego dnia i przypomina nam, że jesteśmy widziani przez Boga i że nie jesteśmy dla Niego anonimowi. Że Jego miłość wyprzedza nasze zasługi. I że tam, gdzie Jezus wchodzi do życia człowieka, tam może rozpocząć się nowe życie. Bo Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.
Amen.
A pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum, niech strzeże serc naszych i myśli naszych w Chrystusie Jezusie. Amen.
ks. Sebastian Kozieł
