3. Niedziela przed końcem Roku Kościelnego

A o czasach i porach, bracia, nie ma potrzeby do was pisać. Sami bowiem dokładnie wiecie, iż dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy. Gdy mówić będą: Pokój i bezpieczeństwo, wtedy przyjdzie na nich nagła zagłada, jak bóle na kobietę brzemienną, i nie umkną. Wy zaś, bracia, nie jesteście w ciemności, aby was dzień ten jak złodziej zaskoczył. Wy wszyscy bowiem synami światłości jesteście i synami dnia. Nie należymy do nocy ani do ciemności. Przeto nie śpijmy jak inni, lecz czuwajmy i bądźmy trzeźwi. Albowiem ci, którzy śpią, w nocy śpią, a ci, którzy się upijają, w nocy się upijają. My zaś, którzy należymy do dnia, bądźmy trzeźwi, przywdziawszy pancerz wiary i miłości oraz przyłbicę nadziei zbawienia. Gdyż Bóg nie przeznaczył nas na gniew, lecz na osiągnięcie zbawienia przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który umarł za nas, abyśmy, czy czuwamy, czy śpimy, razem z nim żyli. Dlatego napominajcie się nawzajem i budujcie jeden drugiego, co też czynicie. 1 Tes 5, 1–11

Drogie Siostry i Drodzy Bracia w Chrystusie!

Kiedy mam przed sobą coś ważnego, zwykle chce wiedzieć, kiedy to nastąpi. Czekając na wyniki badań ważnej dla mnie osoby, liczę dni. Kiedy ktoś bliski długo nie wraca do domu, patrzę na zegarek. Gdy życie zaczyna się z jakiś powodów komplikować, chciałbym przynajmniej wiedzieć, jak długo potrwa to, co trudne.

Wydaje mi się, że niepewność bywa bardziej męcząca niż sama wiadomość, której się obawiamy. Chyba dlatego jako ludzie tak bardzo pragniemy mieć wszystko zaplanowane, przewidziane i zabezpieczone. Apostoł Paweł pisze jednak do chrześcijan w Tesalonice, że nie ma potrzeby mówić o dniach i godzinach. Mogą nas zaskoczyć te słowa. Przecież właśnie to wielu z nas chciałoby wiedzieć. Np. kiedy przyjdzie Chrystus? Kiedy skończy się znany nam świat? Ile czasu jeszcze nam zostało? Paweł jednak nie odpowiada na te pytania. Przypomina za to, że dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy. Nie po to, aby wzbudzić w wierzących strach, lecz aby uświadomić nam coś znacznie ważniejszego, mianowicie, że możemy znać wiele rzeczy, a mimo to nie być przygotowanym na to, co naprawdę istotne.

Drodzy, mówimy, że historia lubi się powtarzać. Od wieków pojawiają się ludzie przekonani, że potrafią obliczyć datę końca świata. Wskazują konkretne terminy, odczytują znaki, dopatrują się w kolejnych wojnach, katastrofach i kryzysach zapowiedzi ostatecznych wydarzeń. Kiedy przepowiednie zawodzą, powstają następne. Zmieniają się pokolenia, okoliczności i środki przekazu, niemniej ludzka potrzeba poznania przyszłości pozostaje ta sama. Dziś wystarczy odpalić przeglądarkę internetową, aby znaleźć kolejnych samozwańczych proroków. Niektórzy powołują się przy tym na Biblię. Zapominają jednak, że Pismo Święte nie zostało nam dane jako kalendarz przyszłych katastrof, lecz jako świadectwo o naszym Bogu, który w Jezusie Chrystusie przyszedł ratować grzesznego człowieka.

Pytanie o przyszłość jest dla nas jak najbardziej zrozumiałe. Problem pojawia się wtedy, gdy staje się ono ważniejsze od pytania o naszą teraźniejszość. Właśnie dlatego apostoł kieruje uwagę swoich czytelników ku codzienności. Przywołuje słowa ludzi, którzy będą mówić: „Pokój i bezpieczeństwo”. To przecież także nasze pragnienie. Chcielibyśmy mieć przewidywalną pracę, stabilne dochody, przynajmniej względnie dobre zdrowie i udane życie rodzinne. I chyba nie ma nic złego w zabieganiu o te sprawy. Są potrzebne, a troska o nie należy do naszych życiowych zadań. Niebezpieczeństwo zaczyna się jednak wtedy, gdy poczucie bezpieczeństwa usypia naszą czujność. Gdy zaczynamy wierzyć, że wszystko pozostanie takie, jakim jest, i że zawsze będziemy mieli czas, aby zająć się tym, co naprawdę ważne. Wystarczy tymczasem jeden SMS, diagnoza lekarska, utrata pracy albo nagłe odejście kogoś bliskiego, aby przekonać się, jak kruche są nasze zabezpieczenia. W takich chwilach okazuje się, że jednak nie nad wszystkim potrafimy zapanować a życie może zmienić się znacznie szybciej, niż jesteśmy na to przygotowani. Mimo to potrafimy żyć tak, jakby nic nie mogło zakłócić naszych planów. Bywa, że odkładamy niełatwe rozmowy, przeprosiny na kiedy indziej. Odkładamy również sprawy wiary. Wydaje nam się, że zgięcie kolan przed Najwyższym i modlitwa mogą poczekać. Niedzielne nabożeństwo będzie następnym razem. Na spokojną lekturę Biblii przyjdzie jeszcze pora.

Tylko skąd ta pewność, że rzeczywiście będziemy mieli jeszcze tyle czasu?

Nieprzypadkowo Paweł mówi więc o nocy i śnie. „Nie śpijmy więc jak inni, lecz czuwajmy i bądźmy trzeźwi”. Człowiek pogrążony we śnie nie zauważa tego, co dzieje się wokół niego. Podobnie może być z naszym życiem duchowym. Wydaje mi się, że nie musi wydarzyć się nic szczególnie dramatycznego, abyśmy jako ewangelicy stopniowo tracili wrażliwość na Boże Słowo. Czasem wystarczy codzienny pośpiech, zmęczenie, przyzwyczajenie albo przekonanie, że przecież wszystko jest w porządku. Możemy regularnie uczestniczyć w nabożeństwach, znać historie biblijne, a jednocześnie coraz mniej przejmować się tym, co Bóg do nas chce powiedzieć przez swoje Słowo. Można też godzinami dyskutować o wierze i dogmatach w internecie, bronić własnych przekonań, oceniać innych chrześcijan, a nie zauważyć człowieka, który potrzebuje naszej cierpliwości, czasu albo zwyczajnej życzliwości. Duchowe uśpienie nie zawsze oznacza więc porzucenie wiary. Niekiedy oznacza przyzwyczajenie się do niej bez oczekiwania, że Jezus Chrystus rzeczywiście chce zmieniać i kształtować nasze życie.

Dlatego wezwanie do czuwania nie jest skierowane jedynie do tych, którzy żyją z dala od Jednoty Kościoła. Moim zdaniem dotyczy każdego i każdej z nas. To wezwanie ma zmusić nas do zastanowienia się nad tym, jak wygląda moja wiara poza niedzielnym nabożeństwem. Na przykład jak odnoszę się do najbliższych, kiedy jestem zmęczony? Czy potrafię przyznać się do błędu? Czy umiem przebaczyć? Czy moje słowa w domu są równie uczciwe jak te wypowiadane w kościele? Czy pamiętam o Bogu również wtedy, kiedy wszystko układa się pomyślnie? Takie pytania mogą być zapewne niewygodne, niemniej właśnie one pozwalają dostrzec, że chrześcijańskie czuwanie nie polega na nieustannym wypatrywaniu nadzwyczajnych wydarzeń. Chodzi tu raczej o życie przeżywane świadomie przed Bogiem.

Czy więc gdy spojrzymy na nasze życie, możemy powiedzieć, że zawsze pozostajemy czujni? Czy nie musimy przyznać, że tak często brakuje nam cierpliwości, miłości i zaufania, że mimo dobrych postanowień powtarzamy te same błędy? I gdyby nasza gotowość na spotkanie z Chrystusem zależała wyłącznie od naszej duchowej gorliwości, chyba trudno byłoby komukolwiek zachować spokój.

Apostoł dlatego nie pozostawia nas więc z samym wezwaniem do poprawy. Mówi coś znacznie ważniejszego: „Wy wszyscy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia”. Zwróćmy uwagę, że Paweł nie pisze, że staniecie się synami światłości, jeśli będziecie wystarczająco czujni. Przypomina za to wierzącym, kim już są dzięki Jezusowi Chrystusowi. Nie chodzi więc o zdobywanie Bożej przychylności własnym wysiłkiem, lecz o życie zgodne z darem, który już otrzymaliśmy.

I tutaj widzimy serce naszej Dobrej Nowiny. Nasze zbawienie nie zależy od tego, czy zdołamy własnymi siłami osiągnąć doskonałą duchową czujność. Gdyby tak było, kto z nas mógłby mieć nadzieję? Przecież znamy własne zaniedbania, słabości i niedoskonałość. Paweł wskazuje nam na Jezusa Chrystusa, „który umarł za nas, abyśmy, czy czuwamy, czy śpimy, razem z nim żyli”.  Nie w naszych zasługach, nie w religijnej gorliwości ani w umiejętności przewidywania przyszłości. Znajduje się ono w Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym Zbawicielu Jezusie Chrystusie, który umarł za nas, tj. ludzi, którzy potrzebują przebaczenia i łaski. Dlatego dzień Jego przyjścia nie musi być dla nas wierzących źródłem lęku przed sądem. Jest obietnicą spotkania z Tym, który już teraz nas zna, kocha i wspiera. Kiedy mamy taką nadzieję, nie musimy już rozpaczliwie szukać pewności we własnych sposobach na zabezpieczenie naszego losu. Nie musimy również zamykać oczu na przemijanie i udawać, że śmierć nas nie dotyczy. Możemy przyjąć prawdę o kruchości życia, wiedząc, że nasza przyszłość spoczywa w rękach Boga a Jego obietnic nie może nam nikt i nic odebrać!

Ta pewność nie oznacza jednocześnie obojętności, wobec tego, co dzieje się dzisiaj. Wręcz przeciwnie. Wierzę, że człowiek, który wie, jak wiele otrzymał od Chrystusa, zaczyna inaczej patrzeć na czas, ludzi i powierzone mu obowiązki. Stąd Apostoł Paweł zachęca nas, aby przywdziać pancerz wiary i miłości, a jako hełm nadzieję zbawienia. Nie wymienia tutaj rzeczy, którymi możemy zaimponować innym. Nie mówi o sile, koneksjach, pozycji społecznej, majątku czy nawet rozległej wiedzy religijnej. Mówi o wierze, miłości i nadziei. Wiara pozwala uchwycić się nam Bożych obietnic również wtedy, kiedy nie wszystko rozumiemy. Miłość nie pozwala przejść obojętnie obok bliźniego (nawet konwertyty lub kogoś nie „stela”) a nadzieja przypomina, że cierpienie, grzech i śmierć nie mają ostatniego słowa. Te trzy dary nie są przeznaczone jedynie na szczególne chwile naszego życia. Potrzebujemy ich przede wszystkim w zwyczajnej codzienności, w której rozgrywa się tak wiele spraw mających znaczenie dla naszej wiary. Może właśnie dzisiaj czuwanie oznacza telefon do osoby, z którą dawno nie rozmawialiśmy, zakończenie sporu, który od lat dzieli rodzinę. Być może czasem będzie to uczciwe wykonanie swojej pracy, cierpliwość wobec chorego domownika albo odwaga, by poprosić o przebaczenie. A niekiedy będzie to po prostu powrót do modlitwy, którą tak długo odkładaliśmy wierzą w siebie i swoje zdolności.

Nie są to wielkie czyny, o których mówi się publicznie. Jednak to właśnie w takich sytuacjach okazuje się, czy wiara pozostaje jedynie częścią naszych przekonań, czy rzeczywiście kształtuje sposób naszego życia. Nie dzieje się to oczywiście bez zmagań. Zapewne znamy chwile zwątpienia, zniechęcenia czy duchowego osamotnienia. Dlatego apostoł nie kończy swojego pouczenia jedynie wezwaniem do osobistej czujności. Pisze jeszcze: „Dlatego napominajcie się nawzajem i budujcie jeden drugiego”. Chrześcijańskie czuwanie nie jest więc samotnym wysiłkiem. Potrzebujemy wspólnoty Kościoła, w której możemy usłyszeć Słowo Boże, znajdować pocieszenie, ale także życzliwe napomnienie. Potrzebujemy ludzi, którzy w chwilach zwątpienia przypomną nam o Bożej wierności.

Drogie Siostry i Drodzy Bracia!

Rok kościelny zbliża się do końca. Coraz częściej słyszymy o przemijaniu, śmierci, sądzie i powtórnym przyjściu Chrystusa. Nie są to proste sprawy. Nie powinniśmy jednak od nich uciekać. Przypominają nam, że nasze życie nie jest nieskończone, a czas, który otrzymaliśmy, jest darem. Nie wiemy, ile jeszcze będzie przed nami dni. Nie wiemy, jakie wydarzenia przyniosą kolejne lata i jak potoczą się sprawy np. z Trybunałem Konstytucyjnym. Wiemy natomiast, do kogo należymy. Dlatego nie musimy żyć w strachu przed jutrem. Warto natomiast odpowiedzialnie przeżyć dzisiaj. Z Bogiem, z otwartymi oczami i sercem wrażliwym na drugiego człowieka. A kiedy odkryjemy, że znowu zabrakło nam wiary, miłości czy cierpliwości, nie szukajmy usprawiedliwienia we własnych osiągnięciach. Wracajmy do Jezusa Chrystusa, bo to On jest naszą nadzieją, naszym życiem i naszym zbawieniem. Nie znamy dnia ani godziny Jego przyjścia. Ale już dzisiaj możemy usłyszeć Jego Słowo, przyjąć przebaczenie i rozpocząć na nowo to, co zaniedbaliśmy. Obyśmy więc, zamiast zajmować się obliczaniem terminu końca świata, nauczyli się dobrze przeżywać czas, który Bóg nam powierzył. Tak, aby nasze życie, nawet w jego najzwyklejszych sprawach, było świadectwem wiary w naszego Pana Jezusa Chrystusa, aby jak najwięcej ludzi wokoło nas mogło w Niego uwierzyć.

Amen.

ks. Karol Długosz