5. Niedziela po Trójcy Świętej
(1) Pewnego razu, gdy On stał nad jeziorem Genezaret, a tłum tłoczył się dokoła niego, by słuchać Słowa Bożego, (2) ujrzał dwie łodzie, stojące u brzegu jeziora; ale rybacy, wyszedłszy z nich, płukali sieci. (3) A wszedłszy do jednej z tych łodzi, należącej do Szymona, prosił go, aby nieco odjechał od brzegu; i usiadłszy, nauczał rzesze z łodzi. (4) A gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wyjedź na głębię i zarzućcie sieci swoje na połów. (5) A odpowiadając Szymon, rzekł: Mistrzu, całą noc ciężko pracując, nic nie złowiliśmy; ale na Słowo twoje zarzucę sieci. (6) A gdy to uczynili, zagarnęli wielkie mnóstwo ryb, tak iż się sieci rwały. (7) Skinęli więc na towarzyszy w drugiej łodzi, aby im przyszli z pomocą, i przybyli, i napełnili obie łodzie, tak iż się zanurzały. (8) Widząc to Szymon Piotr przypadł do kolan Jezusa, mówiąc: Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny. (9) Albowiem zdumienie ogarnęło jego i wszystkich, którzy z nim byli, z powodu połowu ryb, które zagarnęli. (10) Także i Jakuba, i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli towarzyszami Szymona. Wtedy Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, od tej pory ludzi łowić będziesz. (11) A wyciągnąwszy łodzie na ląd, opuścili wszystko i poszli za nim. Łk 5,1–11
Dzisiejsza Ewangelia przenosi nas nad Jezioro Genezaret — miejsce zwyczajne, codzienne, pełne pracy, zmęczenia, potu i wysiłku. Nie ma tu świątyni, nie ma uroczystości, nie ma modlitwy. Jest poranek po nieudanej nocy. Są rybacy, którzy wracają z pustymi sieciami. Jest zmęczenie, frustracja, poczucie bezsensu. I właśnie tam – w sam środek ludzkiej codzienności – wchodzi Jezus. To jest pierwsza prawda, którą trzeba usłyszeć: Bóg nie czeka na idealne warunki. Bóg przychodzi do człowieka tam, gdzie człowiek naprawdę jest. Nie tam, gdzie chciałby być. Nie tam, gdzie udaje, że jest, ale tam, gdzie jest naprawdę. Bóg przychodzi do człowieka w zmęczeniu, w porażce, w poczuciu, że „znowu się nie udało”. Jezus nie stoi na brzegu, nie obserwuje z daleka. On wchodzi do łodzi Szymona. On wchodzi w jego historię, wchodzi w jego trud, wchodzi w jego niepowodzenie. Tak samo jak wtedy Jezus wszedł w życie Szymona tak wchodzi także w nasze życie.
Wyobraźmy sobie Szymona, który całą noc pracował, całą noc walczył z falami, z sieciami, z własną frustracją i zmęczeniem. I… nic. Zero. Pustka. A teraz, o poranku, zamiast odpocząć, musi jeszcze czyścić puste sieci – symbol nieudanej pracy. To właśnie wtedy Jezus wchodzi do jego łodzi. To niezwykłe. Jezus nie wybiera momentów sukcesu, On wybiera momenty porażki. Bo to właśnie wtedy człowiek jest najbardziej prawdziwy, najbardziej otwarty, najbardziej świadomy, że sam nie da rady. Ile razy w naszym życiu Bóg przychodzi właśnie wtedy, gdy czujemy się przegrani? Gdy coś się nie udało? Gdy nasze wysiłki nie przynoszą owoców? To nie przypadek. To Jego zamierzenie.
Po nauczaniu Jezus zwraca się do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. To zdanie, to polecenie jest jak iskra, jak wezwanie, które przewraca codzienność. Bo z ludzkiego punktu widzenia to polecenie jest nielogiczne. Rybacy łowią nocą, nie w dzień. Po nieudanej nocy człowiek chce odpocząć, a nie zaczynać wszystko od nowa. A jednak Piotr odpowiada słowami, które zmieniają historię: „Mistrzu, całą noc ciężko pracując, nic nie złowiliśmy, ale na Słowo Twoje zarzucę sieci”. To jest moment wiary. Nie wtedy, gdy widzimy cud, ale wtedy, gdy jesteśmy gotowi zrobić coś wbrew logice, wbrew zmęczeniu, wbrew doświadczeniu – tylko dlatego, że Jezus tak mówi. W naszym życiu duchowym przychodzi taki moment, w którym Bóg mówi: – Zrób krok. – Zaufaj. – Spróbuj jeszcze raz. – Wypłyń głębiej, niż dotąd się odważyłeś. Wtedy, w takich sytuacjach wszystko zależy od naszej odpowiedzi, od naszej decyzji.
Gdy Piotr zarzuca sieci, dzieje się coś, czego nie przewidział. Sieci zaczynają się rwać. Łodzie zaczynają tonąć od nadmiaru ryb. Trzeba wołać innych, by pomogli. To nie jest zwykły połów, to jest objawienie. Bóg pokazuje, że Jego hojność przekracza ludzkie wyobrażenia, że Jego błogosławieństwo nie mieści się w naszych kategoriach, że kiedy człowiek ufa, Bóg działa z wielką mocą. Ten cud ma jednak głębszy sens. To nie jest nagroda za pracę. To nie jest „zapłata” za noc wysiłku. To jest znak, który ma otworzyć oczy Piotra. Bo prawdziwy cud nie jest w rybach. Prawdziwy cud jest w tym, że Piotr zaczyna widzieć, kim jest Jezus.
Reakcja Piotra jest zaskakująca. Nie cieszy się. Nie świętuje. Nie myśli o zysku. Piotr pada Jezusowi do nóg i mówi: „Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny”. Dlaczego Piotr zdobywa się na takie słowa? Otóż w świetle Bożej obecności człowiek widzi prawdę o sobie. Widzi nie swoją wielkość, ale swoją małość; nie swoje sukcesy, ale swoje ograniczenia; nie swoją siłę, ale swoją kruchość. To nie jest potępienie samego siebie, to jest początek nawrócenia. Każde prawdziwe spotkanie z Bogiem zaczyna się od tego momentu: od uznania, że jestem słaby, że potrzebuję pomocy, że nie jestem samowystarczalny. I właśnie wtedy, w takich momentach ludzkiego życia Jezus mówi: „Nie bój się”. Są to słowa, które Bóg powtarza człowiekowi od początku historii. Bo wie, że człowiek boi się Jego bliskości, boi się powołania, bo boi się zmian.
Jezus nie mówi: „Piotrze, jesteś świetnym rybakiem, przydasz mi się”. Nie mówi: „Masz talent, będziesz liderem”. Bóg mówi do Szymona: „Odtąd ludzi będziesz łowił”. To zdanie jest jak nowy początek. Jak otwarcie drzwi, o których Piotr nawet nie wiedział, że istnieją. Powołanie nie rodzi się z naszych kompetencji. Powołanie rodzi się z doświadczenia Boga. Rodzi się z momentu, w którym człowiek pozwala Bogu wejść do swojej łodzi, do łodzi swojego życia. Piotr zostaje powołany nie dlatego, że jest idealny. Zostaje powołany dlatego, że potrafi wyznać: „Jestem grzeszny”. To właśnie tacy ludzie są zdolni do wielkich rzeczy. Nie ci, którzy uważają się za doskonałych, ale ci, którzy wiedzą, że wszystko zawdzięczają Bogu.
Ewangelia kończy się zdaniem: „A wyciągnąwszy łodzie na ląd, opuścili wszystko i poszli za Nim”. To „wszystko” jest kluczowe. Bo nie chodzi o to, że każdy ma porzucić pracę czy rodzinę. Chodzi o to, by Jezus stał się centrum, a wszystko inne – by było przeżywane w świetle Jego słowa. Czasem „zostawić wszystko” oznacza: – zostawić swoje lęki, – zostawić swoje schematy, – zostawić swoje wymówki, – zostawić swoje „nie da się, nie potrafię”. Czasem oznacza to po prostu: zrobić krok w stronę Boga, nawet jeśli nie wiem, dokąd mnie prowadzi.
Drogie Siostry, drodzy Bracia!
Dzisiejsza Ewangelia jest jak lustro. Pokazuje nam, gdzie jesteśmy. Pokazuje, gdzie jest Jezus. Pokazuje, do czego nas zaprasza. Stawia też trzy pytania:
1/ Czy pozwalam Jezusowi wejść do mojej codzienności – także tej trudnej, nieudanej, pełnej pustych sieci?
2/ Czy potrafię zaufać Jego słowu bardziej niż własnym obawom i kalkulacjom?
3/ Czy jestem gotów wypłynąć na głębię – tam, gdzie kończy się moja kontrola, a zaczyna Jego działanie?
Jezus wciąż do nas mówi: „Nie bój się. Wypłyń na głębię”. Jest to zaproszenie nie tylko dla Piotra. To zaproszenie dla każdego z nas – dziś.
Amen
ks. Wisław Żydel
