Dziękczynne Święto Żniw
(1) W one dni, gdy znowu było wielkie mnóstwo ludu, a nie mieli co jeść, przywołał uczniów i rzekł do nich: (2) Żal mi tego ludu, bo już trzy dni są ze mną, a nie mają co jeść. (3) A jeśli rozpuszczę ich głodnych do domów, ustaną w drodze; a przecież niektórzy z nich przybyli z daleka. (4) I odpowiedzieli mu uczniowie jego: Skądże ktoś potrafi ich nakarmić chlebem, tutaj, na pustyni? (5) I zapytał ich: Ile macie chlebów? Oni zaś rzekli: Siedem. (6) I polecił ludowi usiąść na ziemi. I wziąwszy te siedem chlebów, i podziękowawszy, łamał i dawał uczniom swoim, by kładli przed nimi. I kładli przed ludem. (7) Mieli też kilka rybek. I pobłogosławiwszy je, kazał i te kłaść przed nimi. (8) A jedli i nasycili się, i zebrali siedem koszów resztek chleba, które zbywały. (9) Było ich zaś około czterech tysięcy. I rozpuścił ich. Mk 8, 1-9
Ponoć w Niemczech frekwencja wiernych w kościołach ewangelickich w Święto Żniw przewyższa tę Wielkopiątkową. Gdyby udało się tę informację potwierdzić kolejnymi badaniami w nadchodzących latach, to stałaby się ona przełomowa dla naszego pojmowania ewangelicyzmu. Wtedy też należałoby konsekwentnie dopytać, co tych wiernych tak tłumnie ciągnie do kościołów w Święto Żniw. Festyn parafialny następujący po nabożeństwie, podczas którego wierni spoglądają niecierpliwie na zegarki z nadzieją, że pastor skończy już wreszcie kazanie, że nie będą śpiewać wszystkich zwrotek wyznaczonych pieśni? Jadłodzielnia? Tam będzie można spróbować wypieków i produktów przygotowanych przez innych członków parafii. Perspektywa skosztowania różnych mięs z grilla? Zapach pieczonego mięsa wdziera się natrętnie do kościoła.
No dobrze, to o „innych”. A co nas „ściąga” do naszego kościoła w ten świąteczny dzień? Spodziewana piękna pogoda i nostalgia złotej polskiej jesieni? Nie chcecie mi przecież powiedzieć, że powoduje nami chęć wyrażenia dziękczynienia za plony.
My przecież, wyedukowani i rozsądni ludzie, wiemy doskonale jak to wszystko wygląda. Nikt już dziś nie pozostawia upraw ich własnemu losowi. Dziś mamy do czynienia z wielkoobszarową „produkcją rolną”. Mamy rozliczoną charakterystykę gleby, certyfikowane nasiona (prawdopodobnie genetycznie modyfikowane), wiemy dokładnie kiedy i jak nawozić naszą uprawę, potrafimy ją odpowiednio podlać w czasie suszy i ochronić przed szkodnikami. Potrafimy tak kontrolować procesy, że nasze pomidory dojrzeją dokładnie wtedy, gdy trzeba je dostarczyć do marketu.
Nikt też już nie hoduje zwierząt. Nawet jeśli powraca się do „wolnego wybiegu”, to w istocie rzeczy jest to „wybieg” w pełni kontrolowany. Znamy choroby naszych stad i trzód, wiemy jak im zapobiegać i jak je leczyć (zapewne przemycając przy tym niezliczoną ilość antybiotyków i podobnych „świństw”). To profesjonalna wysokospecjalistyczna produkcja żywności. To precyzyjnie kontrolowany cykl produkcyjny od poczęcia do gustownie opakowanego, przygotowanego do przyrządzenia steka, przyciągającej wzrok wędliny, czy pachnącego (czyżby?) sera. Okiełznaliśmy siły natury. Czysto teoretycznie pierwszy raz w historii ludzkości, tak, dokładnie, w historii całej naszej rasy, możemy zabezpieczyć potrzeby żywieniowe wszystkich ludzi na planecie.
To, że są jeszcze ludzie cierpiący głód nie wynika z niedostatków technologicznych, ale wyłącznie z polityki. Mając wyżej wspomniany potencjał produkcyjny jednocześnie marnujemy żywność na niespotykaną wcześniej skalę.
Gdzie i po co nam w tym wszystkim [jakiś] Bóg?
Wspięliśmy się na Wieżę Babel. Jesteśmy jako Bóg.
Żyjemy w ziemi pszenicy, jęczmienia, winnej latorośli, drzewa figowego i drzewa granatu, […] ziemi drzewa oliwnego, oliwy i miodu; […] ziemi, w której bez ograniczeń spożywamy chleb i niczego [nam nie] brakuje, […] ziemi, której kamienie są z żelaza i z której gór wydobywamy miedź; [ziemi, w której] jemy do syta. Historia nakarmienia głodnego tłumu z ewangelii Marka dziś nie miałaby prawa się wydarzyć. Za tłumem podążałby konwój foodtrucków, na wzgórzach rozłożone byłyby tymczasowe stoiska z przekąskami lepszej i gorszej jakości. Może nawet pojawiłyby się maszyny vendingowe. W końcu tam, gdzie jest popyt, tam pojawia się podaż. Umiemy biznesowo zaspokajać potrzeby innych. Zresztą, kto wie, część z uczestników parady miałby ze sobą plecaki wypełnione wodą (bo trzeba się nawadniać) i bezglutenowymi batonami energetyzującymi (bo należy się odżywiać, ale nie wolno się przeciążać).
Skoro mowa o winnej latorośli, figach i granatach, to warto zauważyć, że w najzwyklejszym markecie mamy też egzotyczne czerymoje, chlebowce, pitaje i co tylko sobie wymarzymy.
Dziwi w tym wszystkim tylko rosnąca ilość samobójstw, pacjentów psychiatrycznych i boom na usługi poradnictwa psychologicznego. Czyli: jesteśmy najedzeni, ale nie jesteśmy nasyceni. Jednak czegoś nam brakuje w tym naszym całym dobrobycie. Bo że żyjemy w dobrobycie, i to niespotykanym wcześniej w historii, to nie ma wątpliwości. Ludzie wracają do Polski z „emigracji zarobkowej” – czegoś takiego jeszcze nie było jak Polska Polską!
Technologia, sztuczna inteligencja, zagraniczne podróże, światowe standardy w kraju na co dzień, ziemia mlekiem i miodem płynąca – a jednak pustka.
Czy na naszych oczach spełnia się starotestamentowa obietnica: Jak narody, które Pan wytraca przed wami, tak samo i wy zginiecie za to, że nie będziecie słuchać głosu Pana, Boga waszego
Nie lubimy już słuchać takich słów. Zdecydowanie wolimy słowa nadziei i wsparcia. Ale jednak: czy nie stoimy na stanowisku, że to nasza moc i nasza ręka zdobyła nam wszystko, co posiadamy? Czy nasze serce nie stało się cokolwiek wyniosłe?
Co przyszli oglądać uczestnicy spotkania z Jezusem, które opisuje Ewangelista? Czego się spodziewali? Cudu? Wygląda na to, że tym razem nie chodziło o cud. Nikt Jezusa o cud nie prosił, nikt nie oczekiwał od Niego tej aktywności. Wydaje się, że „już trzy dni” trwał maraton ewangelizacyjny. Że tak zapamiętali się w zapełnianiu pustki, że zapomnieli o podstawowych potrzebach, że słynna piramida potrzeb się odwróciła. I wtedy pojawia się: żal mi tego ludu, […] ustaną w drodze, a przecież niektórzy z nich przybyli z daleka. To bezpośrednie odniesienie do słów: Który na pustyni karmił cię manną, […] abyś nie mówił w swoim sercu: Moja moc i siła mojej ręki zdobyła mi to bogactwo. To jest deklaracja i proklamacja Jezusa jako Chrystusa. Choć zapewne wtedy jeszcze oczy uczestników tego znamiennego wydarzenia były zakryte.
Jezus nie tylko naucza, jak byśmy to powiedzieli w kościelnej mowie. Troszczy się. Przejawem tej troski jest całe to wydarzenie opisane w markowej Ewangelii. To Chrystus jest w tej perykopie tym, który w sposób wyraźny okazuje wdzięczność. Dziękuje i błogosławi. Łamie i daje. Czy coś nam to przypomina? Czy zachęca do skorzystania z okazji, z łaski?
Oto cud dziejący się na naszych oczach a „wywołany” przez Jezusa wynosi dar do jego najczystszej postaci: do działania, do samego aktu dawania. Nie ma co ukrywać, że dary pola i jeziora, wydobyte z zapasów uczniów, same w sobie byłyby żałośnie niewystarczające. Siedem chlebów i kilka rybek. Nie ryb, rybek… A wszystko to dla czterech tysięcy uczestników spotkania.
Swoją drogą, kto z nas tak zapamiętałby się w szukaniu wspólnoty z Chrystusem, że zapomniałby o zaspokojeniu swoich najbardziej podstawowych potrzeb? Ja z pewnością nie umiałbym tego uczynić.
A jednak chcę utożsamić się z tłumem tak szukającym wspólnoty z Jezusem, że wszystko inne zostaje odsunięte na dalszy plan. Tak szukającym tej wspólnoty, że doprowadzającym się do głodu zagrażającemu egzystencji. Zasiadającym wreszcie do tego – wspólnego przede wszystkim – skromnego posiłku. Skromnego, ale w zupełności wystarczającego do nabrania sił.
Chodzi przecież o uczestnictwo w biblijnej uczcie, o dostrzeżenie życia w jego najważniejszych, niemodnych i niespektakularnych aspektach. O zrozumienie życia jako codziennie dostarczanego, otrzymywanego od kogoś innego, daru, zrodzonego z najbardziej pozytywnych wobec nas uczuć Chrystusa: żal mi tego ludu. Chodzi o codzienną świadomość zależności od otrzymywanych od Boga darów. To jest „odkrycie” dzisiejszego dnia, dzisiejszego Święta.
Ewangeliczny obraz głodu, chleba i małych rybek przypomina nam o najbardziej fundamentalnym związku między Bożym darem życia jako takiego a jakością tego życia. Życia pełnego. Wiemy już przecież, że być najedzonym i być nasyconym to pojęcia wprawdzie blisko ze sobą spokrewnione, ale w żadnym razie nie tożsame.
Bohaterowie opowieści jedli i nasycili się. Niech i my się nasycimy a nasze serca niech nigdy nie staną się wyniosłe.
ks. Robert Sitarek
