Ostatnia Niedziela po Epifanii
Ja, Jan, brat wasz i uczestnik w ucisku i w Królestwie, i w cierpliwym wytrwaniu przy Jezusie, byłem na wyspie, zwanej Patmos, z powodu zwiastowania Słowa Bożego i świadczenia o Jezusie. W dzień Pański popadłem w zachwycenie i usłyszałem za sobą głos potężny, jakby trąby, który mówił: To, co widzisz, zapisz w księdze i wyślij do siedmiu zborów: do Efezu i do Smyrny, i do Pergamonu, i do Tiatyry, i do Sardes, i do Filadelfii, i do Laodycei. I obróciłem się, aby zobaczyć, co to za głos, który mówił do mnie; a gdy się obróciłem, ujrzałem siedem złotych świeczników, A pośród tych świeczników kogoś podobnego do Syna Człowieczego, odzianego w szatę do stóp długą i przepasanego przez pierś złotym pasem; Głowa zaś jego i włosy były lśniące jak śnieżnobiała wełna, a oczy jego jak płomień ognisty, A nogi jego podobne do mosiądzu w piecu rozżarzonego, głos zaś jego jakby szum wielu wód. W prawej dłoni swej trzymał siedem gwiazd, a z ust jego wychodził obosieczny ostry miecz, a oblicze jego jaśniało jak słońce w pełnym swoim blasku. Toteż gdy go ujrzałem, padłem do nóg jego jakby umarły. On zaś położył na mnie swoją prawicę i rzekł: Nie lękaj się, Jam jest pierwszy i ostatni, I żyjący. Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i piekła. Obj 1,9–18
Ostatnia Niedziela po Epifanii zamyka czas objawienia. Przez ostatnie tygodnie Kościół wpatrywał się w światło Chrystusa: objawionego Mędrcom, ochrzczonego w Jordanie, działającego z mocą, uzdrawiającego, nauczającego, objawiającego chwałę Ojca. Epifania mówiła: Bóg stał się widzialny. Bóg wszedł w historię. Bóg objawił swoje oblicze w Jezusie z Nazaretu.
A jednak dziś, u progu czasu pasyjnego, Słowo Boże prowadzi nas nie do Betlejem ani do Jordanu, lecz na małą, skalistą wyspę Patmos. Do miejsca odosobnienia. Do przestrzeni wygnania. Do sytuacji, w której Kościół doświadcza ucisku, napięcia, marginalizacji.
To bardzo ewangelickie: objawienie Boga nie dokonuje się tylko w jasności świąt, ale także – a może przede wszystkim – w miejscach trudnych, naznaczonych cierpieniem, pytaniami i kruchością.
Jan, apostoł, świadek Jezusa, nie pisze tej księgi z wygodnego miejsca. Mówi:
„byłem na Patmos z powodu Słowa Bożego i świadectwa Jezusowego”.
Objawienie rodzi się z wierności. Z trwania przy Słowie mimo ceny, jaką trzeba zapłacić.
Jan określa siebie jako „brata i współuczestnika w ucisku i w królestwie, i w wytrwaniu w Jezusie”. To niezwykle ważne zdanie. Nie mówi: „uczestnik w chwale”. Mówi: uczestnik w ucisku, w królestwie i w wytrwaniu.
Kościół żyje w napięciu.
Jest w Królestwie – bo Chrystus jest Panem.
Jest w ucisku – bo świat nie stał się jeszcze nowym stworzeniem.
Jest w wytrwaniu – bo wiara to droga, a nie jednorazowe uniesienie.
To zdanie burzy tani triumfalizm. Nie obiecuje, że wiara zwolni nas z lęku, choroby, konfliktów czy zmęczenia. Ale też nie zostawia nas samych. Kościół jest wspólnotą tych, którzy razem niosą ciężar – i razem słyszą obietnicę.
Jan nie jest samotnym mistykiem. Jest „bratem”. Objawienie nie oddziela go od Kościoła – ono jeszcze głębiej wprowadza go w los wspólnoty.
Gdy Jan odwraca się, widzi siedem świeczników – obraz Kościoła. A pośród nich – Syna Człowieczego. To klucz całego tekstu.
Chrystus nie stoi ponad świecznikami.
Nie jest obok.
Nie jest daleko.
Jest pośród.
Objawiony Chrystus to nie tylko Pan historii i wszechświata, lecz Ten, który jest obecny w swoim Kościele. W jego słabości. W jego zranieniach. W jego wątpliwościach. W jego małej wierze.
Opis Jezusa jest pełen symboli: biała szata, ogniste oczy, głos jak szum wielu wód, miecz obosieczny wychodzący z ust.
To język apokalipsy – język, który chce powiedzieć: Chrystus nie jest tylko nauczycielem z przeszłości. On jest Panem teraźniejszości. On jest Sędzią. On jest Żyjącym.
Ale najważniejsze jest to, co robi.
Gdy Jan pada jak martwy, Chrystus nie wypowiada najpierw doktryny.
Nie zaczyna od pouczenia. Kładzie na nim rękę i mówi: „Nie bój się.”
Ewangelia zawsze zaczyna się od gestu. Od dotknięcia. Od słowa, które przywraca życie.
„Nie bój się, Jam jest pierwszy i ostatni, i żyjący. Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i piekła.” To nie jest tanie pocieszenie. To nie jest zaprzeczenie lęku. To jest słowo wypowiedziane z wnętrza śmierci. Chrystus nie mówi: „nie bój się, bo nie umrzesz”. Mówi: „nie bój się, bo Ja byłem umarły – i żyję”. To ogromna różnica. Ewangelia nie obiecuje, że ominie nas ciemność. Obiecuje, że w ciemności spotkamy Tego, który ją przeszedł.
Chrystus ma klucze śmierci i piekła. To znaczy: ostatnie słowo nie należy do choroby, nie należy do wojny, nie należy do grzechu, nie należy do grobu.
Kościół nie żyje z optymizmu. Kościół żyje zmartwychwstaniem.
Dlatego ostatnia niedziela Epifanii już rzuca cień Wielkiego Piątku – ale jeszcze mocniej rzuca światło Wielkanocy.
Epifania uczyła nas rozpoznawać Chrystusa w znakach: w dziecku, w wodzie, w chlebie, w słowie. Dziś Epifania prowadzi nas jeszcze dalej: do rozpoznania Chrystusa w chwale, która rodzi się z krzyża. Jan widzi Chrystusa uwielbionego – ale Jego chwała nosi ślady ofiary.
„Byłem umarły.” – To zdanie na zawsze pozostaje w tożsamości Zmartwychwstałego. W wieczności Chrystus pozostaje Tym, który oddał życie. Dlatego Kościół nie głosi Boga abstrakcyjnej mocy, ale Boga ukrzyżowanej miłości. I dlatego prawdziwe objawienie Boga nie polega na ucieczce od świata, lecz na nowym widzeniu świata: w świetle krzyża i pustego grobu.
Co to znaczy dla nas?
Po pierwsze: nie jesteśmy sami na naszych „Patmos”. W chorobie, w wypaleniu, w rozczarowaniu Kościołem, w lęku o przyszłość, w poczuciu marginalizacji wiary – Chrystus jest pośród świeczników.
Po drugie: Chrystus przychodzi, by podnosić. Nie tylko, by oceniać. Nie tylko, by wymagać. Najpierw, by dotknąć i powiedzieć: „Nie bój się.”
Po trzecie: Kościół żyje z objawienia, a nie z nostalgii. Nie wspominamy tylko Jezusa. Spotykamy Żyjącego.
Po czwarte: nasze świadectwo rodzi się z wytrwania. Jan nie zobaczył wizji, bo jej szukał. Zobaczył ją, bo trwał przy Słowie.
Wkrótce rozpocznie się czas pasyjny. Droga, na której Kościół będzie uczył się patrzeć na krzyż nie jako na porażkę Boga, lecz jako na Jego objawienie. Dzisiejszy tekst mówi:
Ten, który objawia się w chwale, jest Tym samym, który zawiśnie na krzyżu.
Ten, który ma klucze śmierci, jest Tym samym, który pozwoli się zamknąć w grobie.
Ten, który mówi „nie bój się”, jest Tym samym, który sam przejdzie przez lęk Getsemane.
Dlatego możemy iść w ten czas nie z rezygnacją, lecz z nadzieją. Bo Pan Kościoła jest Żyjący.
Ostatnia Niedziela po Epifanii nie kończy objawienia. Ona je pogłębia. Objawiony Chrystus nie jest tylko światłem na niebie. Jest światłem, które świeci w ciemności – i którego ciemność nie ogarnęła. Niech więc w naszych osobistych Patmos, w naszych parafiach, w naszym Kościele, w naszej codzienności zabrzmi to jedno zdanie Zmartwychwstałego: „Nie bój się. Jam jest Pierwszy i Ostatni. Byłem umarły, lecz oto żyję.” I to niech będzie fundament naszej wiary, naszej służby i naszej nadziei. Amen.
ks. Adrian Lazar
