Pamiątka Reformacji
Albowiem nie ma nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajnego, o czym by się dowiedzieć nie miano. Co mówię wam w ciemności, opowiadajcie w świetle dnia; a co słyszycie na ucho, głoście na dachach. I nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą; bójcie się raczej tego, który może i duszę i ciało zniszczyć w piekle. Czyż nie sprzedają za grosz dwu wróbli? A jednak ani jeden z nich nie spadnie na ziemię bez woli Ojca waszego. Nawet wasze włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się; jesteście więcej warci niż wiele wróbli. Każdego więc, który mię wyzna przed ludźmi, i Ja wyznam przed Ojcem moim, który jest w niebie; ale tego, kto by się mnie zaparł przed ludźmi, i Ja się zaprę przed Ojcem moim, który jest w niebie. Mt 10, 26-33
„Każdego więc, który mnie wyzna przed ludźmi i ja wyznam przed Ojcem moim, który jest w niebie” – „Tak oto stoję, inaczej nie mogę!”
Jest rok 1511. Marcin Luter przybył z Erfurtu do Wittenbergi, by objąć stanowisko wykładowcy na miejscowym uniwersytecie. Liczącą niemal 200 kilometrów trasę pokonał pieszo, jak było nakazane zakonnikowi. Założoną przed kilku laty wittenberską uczelnię ze względów finansowych obsadzono augustianami, do których należał także brat Marcin. Ich wspólnota rządziła się surowymi regułami, a życie Lutra polegało na nieustannej nauce przerywanej klasztorną rutyną. Wspólne modlitwy, codzienne nabożeństwa, nauka, zimne i małe cele, niewygodne sienniki, praca i rygor – to świat, z którego przybył.
Wittenberga liczyła ledwie 2 tys. mieszkańców i nie była przesadnie zamożna. Produkcja służyła tu raczej niewygórowanym potrzebom okolicznego chłopstwa. Dla Lutra, który kilka poprzednich lat spędził w gwarnym akademickim Erfurcie, objęcie stanowiska na miejscowym uniwersytecie było w równej mierze awansem, co wygnaniem. Zakonnik nie był szczególnie znany mieszkańcom Wittenbergi, ale kazania, jakie zaczął wygłaszać wzbudziły pewne zainteresowanie. Dalej były pierwsze rozmowy, nieśmiałe dyskusje i budowanie zaufania. „Nie ma nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajnego, o czym by się dowiedzieć nie miano”. „Tak oto stoję, inaczej nie mogę!”
W Wittenberdze główną przestrzenią wykładową był kościół Wszystkich Świętych, zwany też zamkowym. Właśnie tam Fryderyk Mądry, elektor saski i władca tych ziem, zgromadził najliczniejszą w Europie kolekcję relikwii. Wystawiał je na widok publiczny, licząc na wdzięczność i kieszenie poddanych. W 1520 roku zbiór Fryderyka liczył blisko 19 000 przedmiotów. Wśród nich były takie „rarytasy”, jak flakon z mlekiem z piersi Matki Bożej czy gałązka krzewu gorejącego. Drzwi kościoła służyły za tablicę ogłoszeń. Tu wieszano zapowiedzi nadchodzących wydarzeń i do nich właśnie, 31 października 1517 roku Marcin Luter przybił swoje tezy. Rozpoczął się świt Reformacji. Zanim jednak ogrzejemy się w blasku jego słońca, chciałbym zostać na chwilę jeszcze w tej nocy przed porankiem. W jakim świecie rodzi się Reformacja? Co ten świat niepokoi? Co go fascynuje? „Co mówię wam w ciemności, opowiadajcie w świetle dnia” – „Tak oto stoję, inaczej nie mogę!”
Luter przywędrował do miasta ledwie pół wieku po tym, jak Gutenberg zaprezentował drukowaną Biblię na targach frankfurckich. Pismo zaczęło wyrywać się z objęć mnichów skrzętnie przepisujących księgi. Było coraz bardziej dostępne, coraz popularniejsze i coraz tańsze. Przed Gutenbergiem dominowały wydania luksusowe, za które żądano nawet 20 guldenów, a w czasach Lutra Nowy Testament sprzedawano po półtora guldena – równowartość dwóch tygodniówek wykwalifikowanego robotnika.
Pismo więc stopniowo powszechniało, ale czy wraz z nim powszechniała odwaga i nadzieja? Początek szesnastego stulecia to okres przejściowy między średniowieczem a renesansem. W Europie wciąż czai się strach. Ludzie bali się wojen, epidemii, czarnej śmierci, nędzy, rozboju, buntów. Alegoryczne „tańce śmierci – danse macabre” – korowód ludzi wszystkich stanów z kościotrupem na czele – zapełniały wyobraźnię, freski i poematy. Johan Huizing w książce „Jesień średniowiecza” pisze: „Życie upływało między całkowitym wyrzeczeniem się wszelkich uciech a obłąkanym pędem do bogactwa i użycia. Pomiędzy piekielnym strachem i dziecinnym żartem, pomiędzy okrutną zatwardziałością i skorym do łez współczuciem”.
Stąd pojawiają się odpusty. Przepustki do nieba. Bilety premium dla wybranych, którzy zdecydowali się wycenić swoje życie, przeliczyć ile są warte ich grzechy i jak cenny może być wieczny spokój. Instrukcja odpustowa, jaką wydał arcybiskup moguncki Albrecht Hohenzollern, stawiała sprawę jasno: „Przede wszystkim sprzedawcy odpustów i spowiednicy muszą, po wyjaśnieniu penitentom wielkości całkowitego odpustu i jego skutków, zapytać, na jaką kwotę pieniędzy lub innych doczesnych dóbr szacują w swym sumieniu wspomniany całkowity odpust z jego skutkami”. Na jaką kwotę pieniędzy…
Życie wieczne otrzymało nominalną wartość i postawiono je na sklepowo-kościelnej wystawie, a człowiek otrzymał metkę z ceną. „Czyż nie sprzedają za grosz dwu wróbli? (…) Nie bójcie się, jesteście więcej warci, niż wiele wróbli” – „Tak oto stoję, inaczej nie mogę!”
Wtedy rozpoczął się świt. Tradycja mówi, że Luter zabrał ze swojego gabinetu młotek, gwoździe i pergamin z tezami, a później idąc przez ulice pełne ludzi zbliżał się do drzwi kościoła, aby wykrzyczeć światu jak bardzo ten zbłądził. Jak świat oszalał. Jak mocno rozczarowuje go ten świat!
Otwiera przed człowiekiem nowe horyzonty, a jednocześnie zamyka go w lęku. Na początku XVI wieku Europa przeżywała zmiany, których następstw nikt jeszcze nie potrafił przewidzieć. Druk przyspieszał obieg myśli. Podróże przez Atlantyk poszerzały znany Europejczykom świat, a rywalizacja władców zmieniała układ sił. Rosły ambicje monarchów i narastały napięcia społeczne. Nowe możliwości szły w parze z poczuciem zagrożenia. Człowiek nauczył się drukować Biblię, lecz Bożą łaskę wciąż przelicza na pieniądze. Sięga coraz dalej, a nadal nie wie, czy Bóg jest mu bliski.
Czy Reformację rozpoczął więc Luter, czy ludzie, którzy doprowadzili ten świat do granicy absurdu? Z pewnością sprawili, że pytania o Boga nie można już było odłożyć. Czy Jego Słowo ma dostosować się do tego porządku? Czy ma potwierdzać, że wszystko jest na sprzedaż, a ludzkim strachem można zarządzać?
„Nie bójcie się, jesteście więcej warci niż wiele wróbli”.
Chrystus mówi zupełnie inaczej. Tam, gdzie człowiek pyta o cenę, On mówi o wartości. Tam, gdzie człowiek usiłuje zabezpieczyć swoją wieczność, On mówi o Ojcu. O Bogu, który dostrzega nawet upadającego wróbla i zna człowieka tak dobrze, że policzył wszystkie włosy na jego głowie. Nie trzeba dopiero kupić Jego zainteresowania. Nie trzeba przekonywać Go, żeby zechciał się nami zająć.
Dostrzeżenie tego to właśnie jest świt. Świat nie stał się nagle spokojniejszy. Nie ucichły wojny, nie zniknęły choroby ani ludzkie ambicje. Ale pośród tego wszystkiego człowiek usłyszał, że nie został sam. Że jego życie jest przedmiotem Bożej troski, zanim zdoła cokolwiek ofiarować w zamian.
A Jezus dopowie jeszcze: „Co mówię wam w ciemności, opowiadajcie w świetle dnia”.
Ta wiadomość musi wyjść poza klasztorną celę, uniwersytecką salę i kościelne drzwi. Musi dotrzeć także do naszych domów, do naszych nieprzespanych nocy i pytań o jutro. Bo cóż nam po wspominaniu odwagi reformatora, jeśli sami pozostaniemy wyłącznie ze swoim strachem? Nie wiemy, jaki świat zastaniemy jutro. Wiemy jednak, jakiego Boga objawia nam Chrystus. Ojca, dla którego nie jesteśmy anonimowi ani obojętni. I tej obietnicy możemy trzymać się mocniej niż własnych przewidywań.
„Tak oto stoję, inaczej nie mogę!” Stoję w tym niespokojnym świecie, powierzając siebie Bożej opiece. Nie znam całej drogi, ale znam Tego, który mnie na niej nie opuści. To mnie re-formuje.
Amen
ks. Paweł Meler
